Strony

niedziela, 22 stycznia 2017

Czas mija

Przepraszam, że mało mnie tu ostatnio. Jestem chwilowo za granicą, czasu mało.

Wczoraj minęły dwa miesiące odkąd skończyliśmy kurs. Myślałam, że będzie gorzej. Że będzie się strasznie dłużyło. Ale ostatecznie nie jest tak źle. Czekamy sobie spokojnie, te lata starań nauczyły nas cierpliwości. Szczególnie mnie. Poza tym, jak już wiadomo, że czekamy na coś, czego jesteśmy pewni, co na pewno nastąpi, jest zdecydowanie łatwiej. Czasem się tylko zastanawiam, jakie będzie nasze dziecko. Czy to będzie chłopczyk czy dziewczynka:) Czy będzie podobne do mnie, czy do męża. Jakie będzie miało włoski. Jak będziemy sobie radzić jako rodzice? Bardzo bym chciała być bliskim rodzicem, jestem zafascynowana rodzicielstwem bliskości. Ale czy nam się uda? Na papierze wygląda to wręcz bajkowo, ale wiadomo, życie to życie, może być różnie. Mam takie momenty, że bardzo się boję. Tego, jak bardzo zmieni się nasze życie i czy sobie z tym wszystkim poradzimy. Ale dużo częściej jestem po prostu spokojna.
Jak wrócę, kupimy łóżeczko. Nie będziemy go składać, będzie sobie stało w pokoju w pudle i czekało na malucha. Wybraliśmy proste, ale większe, które się rozkłada i służy później jako tapczanik dla trochę starszego malca:

Ładne prawda?
Czuję, że jeszcze trochę poczekamy. Ostatnio dowiedziałam się, że w mieście, gdzie pracuje ktoś z mojej rodziny, rodzina zastępcza przekazywała dziecko rodzinie adopcyjnej. Półroczne dziecko. Czekali na nie 3 lata. Wprawdzie przenosili się w międzyczasie z jednego ośrodka do drugiego, ale mimo wszystko, 3 lata to szmat czasu:( Mam nadzieję, że z noworodkiem będzie jednak szybciej.

No więc siedzę w hotelu, tęsknię za mężem, za psem, czytam, chodzę do pracy i jakoś ten czas leci.
Będzie dobrze:)

sobota, 7 stycznia 2017

Małe grzeszki:)

Muszę się Wam do czegoś przyznać.
.
.
.
.
Do tego...

I do tego...



Jak widzę te malutkie ciuszki to głupieję, no nie moja wina

I chyba w końcu znaleźliśmy wózek, który nam się podoba. Trochę drogi, więc jeszcze zobaczymy, ale póki co, stawiamy na Jedo, bo wspieramy polskie marki:)


czwartek, 5 stycznia 2017

Walczyć do utraty sił?

Przeczytałam na jakimś forum post, który dał mi do myślenia, żeby nie powiedzieć, że troszkę podziałał mi na nerwy. Cytuję: "Pisze bo chce abyście się nigdy nie poddawaly w walce o wasze szczęście. Nam się udało dopiero po 7 latach, jednak warto było."
Czy my się poddaliśmy? Czy powinniśmy dalej walczyć? Myślę, że czasem trzeba pomyśleć o sobie, o swoim zdrowiu, o stanie swojego organizmu, o rodzinie, o mężu, o psychice. Ocenić, jak walka z niepłodnością wpływa na nasze życie, czy nie jest czasem jak tsunami, które niszczy wszystko to, co przez lata udało nam się zbudować. Trzeba umieć powiedzieć sobie, że to koniec. Przyznać się do tego i to zaakceptować. I nie traktować tego jak porażki. Pamiętam, jak ciężkie to było dla mnie. I rozumiem, że niektórym może się wydawać niemożliwe. Ja też płakałam nad sobą. Płakałam nad moją niepłodnością, płakałam, myśląc, że nie mogę mieć dzieci. To zdanie tłukło mi się po głowie, dudniło jak echo i uruchamiało potoki łez. 
Myślę, że czasem trzeba powiedzieć dość. Poddać się? Nie, my się nie poddaliśmy, my po prostu idziemy już nową drogą.
I dzięki temu w końcu zrozumiałam, że ja mogę mieć dzieci! Ja mogę je nosić, przytulać, może nawet karmić piersią, kochać. Ja mogę być matką! Jedyne, czego nie mogę, to być w ciąży. 
Walkę czasem się przegrywa. Ale to nie oznacza poddania się. Sztuką jest przegrać i umieć iść dalej z podniesioną głową, wyciągając z tej trudnej życiowej lekcji najwięcej jak się da. Tak naprawdę nawet nie wiem, czy przegraliśmy. Jak teraz o tym myślę, to coraz bardziej wydaje mi się, że my tak naprawdę coś wygraliśmy:) Jakąś nową świadomość siebie, swoich możliwości, siły naszego uczucia, trwałości małżeństwa, a na końcu miłość tego małego człowieka, na którego już nie możemy się doczekać...