Strony

piątek, 25 sierpnia 2017

Własna domena

Dziś króciutko. Pewnie zauważyliście, że zakupiłam własną domenę. Bardzo miło jest mieć swój własny adres:)
Zadebiutowałam też na Facebook'u, mam zamiar wrzucać tam zdjęcia i moje luźne przemyślenia, które są zbyt krótkie na oddzielny wpis na blogu. Zapraszam serdecznie do polubienia:)

A na deser, sytuacja z salonu fryzjerskiego:
- A gdzie się Pani tak śpieszy?
- Do dziecka:)
- O, ma Pani dziecko, naturalnie czy cc?
- Ani jedno, ani drugie, adoptowaliśmy:)
- No to teraz NA PEWNO PANI ZAJDZIE.

Kurtyna.


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

To teraz dla odmiany nie dzieje się nic;)

Ale czy mi z tym źle? Wcale a wcale:) Zatapiam się codziennie w tym moim małym wielkim szczęściu i wciąż nie mogę uwierzyć, że życie może być takie po prostu. Nas dwoje, Ryś i pies. Rodzina. Nasz syn jest zdrowym, energicznym, uśmiechniętym i pięknym brzdącem.
Wróciłam ostatnio do starych postów i wzruszyłam się, czytając wpis z 16 lutego. Napisałam wtedy: "Ale czuję, że już gdzieś tam jest, mam nadzieję, że kobieta, która go nosi, dba o niego na tyle, na ile może. Że nie pije. Że myśli o przyszłości tego dziecka, chociaż chwilami."
Boże mój, naprawdę był! Urodził się raptem miesiąc później. Patrzę teraz jak śpi i robi mi się ciepło na sercu, jest taki spokojny, taki nasz. Chciałabym pochwalić się całemu światu naszym szczęściem. I duma mnie rozpiera! Uwielbiam, jak ludzie się nad nim rozpływają, a nie jest to trudne, bo Ryś to mały czaruś, czaruje uśmiechem i ciemnymi oczami. Taka moja mała matczyna próżność;)
Znajoma zapytała mnie ostatnio, czy już czujemy się rodzicami. Nie zrozumiałam jej pytania, bo ja matką czuję się od samego początku, od momentu, kiedy dowiedziałam się o Rysiu, nawet go jeszcze nie widząc. Ok, na początku mówienie o nim "mój syn" i o sobie "mama" nie było całkiem naturalne, musiałam się do tego przyzwyczaić, ale trwało to dosłownie chwilę. Ta sama znajoma zapytała mnie, czy pamiętam jeszcze, jak wyglądało moje życie bez dziecka. Pamiętam, a jakże. Pamiętam te wszystkie lata okupione żalem, marzeniami i zawiedzionymi nadziejami. I nie chcę do tego więcej wracać. Decyzja o adopcji była najlepszą decyzją w naszym życiu, podjętą świadomie i w najbardziej dla nas odpowiednim momencie. Bo to właśnie Ryś miał być naszym synem. To on mi się śnił:) Nawet teraz, tworząc ten wpis, mam gulę w gardle. Bo bardzo, bardzo go kocham...
Żeby trochę zrównoważyć ten obrazek i żeby nie było aż tak cukierkowo, przyznam się, a co, że czasem się też denerwuję. Nie na Rysia, ale na różne sytuacje. Jestem osobą, która lubi realizować plan, i nie cierpię, jak coś idzie nie po mojej myśli. No cóż, dziecko skutecznie to rewiduje;) Powoli, ale to bardzo powoli, zaczynam to akceptować. Na szczęście jest mój małżonek, który naprowadza mnie na dobrą drogę:)

Ryś skończył pięć miesięcy i ostatecznie postanowiliśmy rozszerzyć mu dietę. Na razie od kilku dni dostaje tylko marchewkę i ją po prostu uwielbia. Powoli będziemy wprowadzać dalsze produkty, bo ewidentnie jest na to gotowy. Brzuszek też jakoś sobie radzi. Jedyne zmartwienie to zęby. Idą, idą i wyjść nie mogą. No i w ostatnich dniach mamy w domu małą marudę, która wszystko pożera i pluje na potęgę. Sama radość:)


czwartek, 3 sierpnia 2017

Się dzieje part 2

23 lipca ochrzciliśmy naszego syna. Pierwszy raz Ryś poznał całą naszą rodzinę:) Przyjechali dziadkowie z zagranicy, ciocia z małym kuzynem Rysia i wujek, który był chrzestnym. Impreza była zaplanowana na ogrodzie mojej mamy, miało był luźno, bez spiny, miło i rodzinnie. I tak było, tyle że pogoda spłatała nam figla i zaraz po powrocie z kościoła zerwała się wichura i zaczęło lać jak z cebra. Mieliśmy ustawione takie pół-namioty, których dachy miały nas chronić przed słońcem, panowie stali przez pół godziny i trzymali nogi tej konstrukcji, coby nie odleciała w siną dal:) Na szczęście wichura przeszła i mogliśmy zasiąść do stołów. Ja zasiadłam tak niefortunnie, że przy jakimś podmuchu wiatru cała woda, która zabrała się na materiałowym dachu namiotu wylądowała na mojej głowie i sukience! Myślałam, że dostanę zawału, jakby ktoś chlusnął mi w twarz wiadrem wody. Takie moje odnowienie chrztu, tyle że w naturze;)
Bardzo się cieszyłam na przyjazd teściów, chciałam bardzo, żeby poznali naszego rozkosznego chłopca. Niestety okazało się, że w ich rodzinie już jest jeden rozkoszny wnuk, syn mojej szwagierki...Dla Rysia zabrakło miejsca. Było mi bardzo przykro, bo gołym okiem było widać, jak różnie traktują wnuków. Wątpię, żeby chodziło o adopcję, raczej fakt, że z tamtym spędzają dużo więcej czasu, poza tym to syn córki, może to jest powód, nie wiem, grunt, że Ryś był mniej ważny. Ani razu nie wyszli z nim na spacer. No trudno.
Do chrztu nasz ksiądz zażyczył sobie postanowienie z sądu, że prawnie jesteśmy rodzicami Rysia. Nasza rozprawa odbyła się pod koniec czerwca, bałam się, że będzie ciężko, ale poszłam zapytać. To było dzień po uprawomocnieniu się wyroku. W sądzie powiedzieli mi, że oni nic takiego nie wydają, bo na postanowieniu są dane matki biologicznej. Logiczne. Powiedzieli mi za to, że jeśli zależy mi na czasie, to dadzą mi wniosek do USC, który normalnie wysyłają pocztą, i mogę pójść osobiście zarejestrować dziecko i dostać akt urodzenia. Tak też zrobiłam i od 19 lipca jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami najważniejszego i najbardziej wyczekanego dokumentu - aktu urodzenia naszego dziecka z naszymi nazwiskami w rubryce Rodzice:) Mamy też jego nowy pesel. Od momentu kiedy poznaliśmy Rysia, do momentu otrzymania aktu minęły 4 miesiące. Myślę, że to fantastyczne tempo i naprawdę nie mogę narzekać na sądy czy w ogóle na administrację, u nas wszystko zadziałało bardzo sprawnie.

A teraz o Rysiu. Mały ma 4,5 miesiąca. Mam wrażenie, że zostaliśmy zasypani lawiną kamieni milowych i innych skoków rozwojowych;) Ryś zaczął przewracać się z plecków na brzuszek i właściwie od tej pory nie uznaje żadnej innej pozycji. Jest to dość kłopotliwe zwłaszcza przy zmianie pieluchy;) Mało tego, oczywiście nie wystarcza mu leżenie na brzuszku, teraz ma ochotę się poruszać! Próbuje przesunąć się do zabawki, śmiesznie podciągając pupę do góry i zginając nóżki w kolanach. Zanim się obejrzymy zacznie raczkować. Ciągnie głowę do siadu. Przesiedliśmy się do spacerówki, bo gondola coraz bardziej parzy (oczywiście zachowujemy pozycję leżącą:) Przekłada zabawki z rączki do rączki. Ma łaskotki! Śmieje się jak szalony jak łaskoczę go po brzuszku:) Naszą radość psują trochę dolegliwości związane z braniem antybiotyku, ale i te za moment powinny się skończyć, bo leczenie zakończyliśmy wczoraj rano. Czekamy teraz na wynik kontrolnego badania moczu. Mam nadzieję, że po bakterii nie ma śladu.
Jak tylko jego brzuszek dobrze się poczuje,chcemy zacząć rozszerzać dietę, myślę, że w przyszłym tygodniu. Ale będzie zabawa! :) A jeszcze niedawno był taki malutki...