Strony

środa, 25 lipca 2018

Smak lata

Mam dziką ochotę na pomidory...Żałuję, że nie mamy jeszcze ogródka warzywnego, że mieszkamy tak daleko od mamy i nie możemy na co dzień korzystać z tych wszystkich aromatycznych, soczystych wspaniałości lata. Tam są świeże pomidory, maliny z krzaczka, fasolka, porzeczki... same dobrodziejstwa!
Póki co ratuję się malinowymi ze straganu, ale dla mnie, miłośniczki pomidorów, to nie to samo...

Dziś mam dla Was przepyszne

Placuszki pomidorowe z bazylią*

1,5 pomidora malinowego
0,5 cebuli
1 jajko
ząbek czosnku
3 łyżki mąki
1 łyżka amarantusa ekspandowanego
bazylia
sól, pieprz, kmin rzymski
1 łyżka oleju

Pomidory ścieramy na tarce na dużych oczkach od strony miąższu, aż w ręce zostanie nam sama skórka, którą wyrzucamy. Tak samo ścieramy cebulę, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek, jajko i dokładnie mieszamy. Dodajemy mąkę, amarantus, sól, pieprz, kmin rzymski i ponownie mieszamy. Dolewamy łyżkę oleju rzepakowego i poszarpane listki bazylii. Masa powinna mieć konsystencję ciasta naleśnikowego. Smażymy na suchej patelni.
Dla mnie - najlepsze placuszki ever:)


* Przepis ze strony Ala'antkowe BLW.

wtorek, 10 lipca 2018

Dzielny żłobkowicz?


Oj powiem Wam, że łatwo nie jest. Obiecałam wpis o naszych przygodach ze żłobkiem, ale ani czasu, ani weny u mnie ostatnio ni krzty:) Ale dobra, żłobek ważna sprawa, więc napiszę, jak to u nas wygląda.
Pamiętacie, że poświęciliśmy trochę czasu na wybranie najlepszego naszym zdaniem żłobka dla Rysia. Ostatecznie wybraliśmy ten najbliżej domu, na wsi, z wielkim ogrodem, przy lesie, z małymi grupami. Byliśmy naprawdę zadowoleni. Adaptacja była fajna, Ryś nie płakał, dobrze się bawił i był zadowolony. Odkąd zaczął zostawać na 8 godzin, sprawy się nieco skomplikowały. Płakał zawsze przy oddawaniu tak, że serce mi się kurczyło. Ale mówiłam sobie, że tak jest i że to minie. Poza tym najczęściej odprowadza go mój mąż. I najważniejsze, że przestawał, jak tylko "ciocie" zabierały go do sali. Mniej więcej po miesiącu przestał i nawet uśmiechał się do "cioć", więc zostawialiśmy go tam uspokojeni.
To, co mnie martwi, to jego zachowanie w domu. Odkąd chodzi do żłobka, jest bardzo zdenerwowany, sfrustrowany i zły. Zdarza mu się rzucić rowerkiem, więcej płacze, i generalnie jest taki jakiś rozbity. Z jednej strony szuka kontaktu, a z drugiej odpycha nas, jak chcemy go przytulić. Wraca też bardzo zmęczony, bo w żłobku praktycznie nie śpi. Jak jesteśmy w domu, to śpi ponad 3 godziny, a w żłobku 10-20 minut...Kładę go więc po powrocie, ale nie chcę, żeby spał długo, więc budzę go po godzinie. I zwykle wtedy jest bardzo rozżalony i płaczliwy. Ale jak go nie położę, to nie jest dużo lepiej, jeśli nie gorzej. Więc sama nie wiem, co powinnam robić. Intuicja podpowiada mi, że lepiej dać mu tę godzinkę odpoczynku, więc póki co tak właśnie funkcjonujemy.
Raz mieliśmy bardzo nieprzyjemną sytuację, przynajmniej z mojego puntu widzenia. Któregoś dnia, jak odbierałam go po południu, jedna z pań uprzedziła moje pytania i oznajmiła, że dziewczynka ugryzła Rysia w rękę. I ok, to są dzieci, zdarza się. Ale tłumaczenie babki było moim zdaniem nie do zaakceptowania, ponieważ ta całą winę zrzuciła na Rysia. Żeby było jasne, nie jestem tzw. "matką-krową", nie uważam mojego dziecka za ósmy cud świata (no dobra, może trochę;), ale kurcze, nie rozumiem, jak można mówić, że to jego wina, bo był niegrzeczny, a dziewczynka umie walczyć bo ma starszych braci (?!). Co to znaczy niegrzeczny? Takie określenie w stosunku do 15-miesięcznego dziecka jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Zapytałam oczywiście, co ma na myśli. I usłyszałam, że wszędzie go pełno i że zabiera zabawki... Niestety pani pozostała głucha na moje tłumaczenie, w tym wieku pojęcie własności jest dla dziecka zupełnie abstrakcyjne, i że ono nie rozumie, że akurat teraz nie może pobawić się tą zabawką, którą chce. A to, że jest energiczny nie jest absolutnie jednoznaczne z tym, że jest niegrzeczny. Nie rozumiem w ogóle, dlaczego ja muszę tłumaczyć takie rzeczy babce, która pracuje w żłobku i która powinna mieć choć minimalne pojęcie o dziecięcej psychice. Ja Rysiowi tłumaczę, że pewnych rzeczy nie wolno, że nie wolno zabierać zabawek itp. Na ile on to rozumie nie wiem, ale widzę, że nie upiera się przy jakiejś konkretnej zabawce, "zajętej" przez inne dziecko, kiedy tylko jestem obok, tłumaczę i daję w zamian inną. Czy nie to samo powinny robić "ciocie"? Czy nie powinny interweniować w takich sytuacjach? Czy może ja za dużo wymagam? Ale jednak oczekuję, że skoro moje dziecko jest pod ich opieką (opieką! a wraca pogryzione) przez 8 godzin, to one też powinny włożyć trochę trudu w tłumaczenie mu pewnych rzeczy. Później zdarzyła się jeszcze jedna taka sytuacja, tym razem nie doznał wprawdzie żadnego uszczerbku na zdrowiu, ale za to mój mąż usłyszał, że dziś to mały przeszedł sam siebie. Na jego pytanie, co to znaczy, usłyszał, że szkoda gadać. Ale sorry, nie ze mną takie numery. Pojechałam tam następnego dnia, poprosiłam o rozmowę z dyrektorką i zapytałam wprost, co takiego zrobiło 15-miesięczne dziecko, że aż nie można o tym opowiedzieć ojcu. I wiecie co zrobił? Nic. Wielkie nic. Po prostu się bawił, jak każde dziecko w jego wieku. Powiedziałam jej wtedy parę słów i od tej pory już nie słyszymy, że Ryś jest niegrzeczny.
Nie chcę, żeby moje dziecko od obcych osób słyszało, że ono jest niedobre, niegrzeczne itd. Nie chcę, żeby ktokolwiek go szufladkował i oceniał w ten sposób jako człowieka. Mogą ocenić jego zachowanie, proszę bardzo, nawet powinny mówić mu, że tego i tamtego nie wolno, że to, co zrobił, było niemiłe dla innych, ale jak jeszcze raz usłyszę, że był niegrzeczny, to zrobię awanturę. A nie ma nic gorszego od awanturującej się ciężarnej;)
A propos, jestem już szczęśliwe w drugim trymestrze i urósł mi już brzuszek. Ciągle pracuję, ale w kratkę, bo albo ja jestem chora, albo Ryś. Na zwolnienie planuję iść w ostatnim tygodniu sierpnia. Czuję się bardzo dobrze, więc nie widzę sensu siedzenia w domu, zwłaszcza że na tej wsi jestem zupełnie sama i po prostu mi się nudzi. A pracę mam fajną, lekką, zawsze to miło wypić kawkę z dziewczynami i się trochę pośmiać.
Jesteśmy już po badaniach prenatalnych. Wygląda na to, że maluch jest zdrowy, na pewno bardzo foremny:) Niesamowite jest oglądać go/ją na usg, teraz, jak już dokładnie widać, rączki, nóżki, główkę...no nie mogę powstrzymać wtedy łez.