wtorek, 10 lipca 2018

Dzielny żłobkowicz?


Oj powiem Wam, że łatwo nie jest. Obiecałam wpis o naszych przygodach ze żłobkiem, ale ani czasu, ani weny u mnie ostatnio ni krzty:) Ale dobra, żłobek ważna sprawa, więc napiszę, jak to u nas wygląda.
Pamiętacie, że poświęciliśmy trochę czasu na wybranie najlepszego naszym zdaniem żłobka dla Rysia. Ostatecznie wybraliśmy ten najbliżej domu, na wsi, z wielkim ogrodem, przy lesie, z małymi grupami. Byliśmy naprawdę zadowoleni. Adaptacja była fajna, Ryś nie płakał, dobrze się bawił i był zadowolony. Odkąd zaczął zostawać na 8 godzin, sprawy się nieco skomplikowały. Płakał zawsze przy oddawaniu tak, że serce mi się kurczyło. Ale mówiłam sobie, że tak jest i że to minie. Poza tym najczęściej odprowadza go mój mąż. I najważniejsze, że przestawał, jak tylko "ciocie" zabierały go do sali. Mniej więcej po miesiącu przestał i nawet uśmiechał się do "cioć", więc zostawialiśmy go tam uspokojeni.
To, co mnie martwi, to jego zachowanie w domu. Odkąd chodzi do żłobka, jest bardzo zdenerwowany, sfrustrowany i zły. Zdarza mu się rzucić rowerkiem, więcej płacze, i generalnie jest taki jakiś rozbity. Z jednej strony szuka kontaktu, a z drugiej odpycha nas, jak chcemy go przytulić. Wraca też bardzo zmęczony, bo w żłobku praktycznie nie śpi. Jak jesteśmy w domu, to śpi ponad 3 godziny, a w żłobku 10-20 minut...Kładę go więc po powrocie, ale nie chcę, żeby spał długo, więc budzę go po godzinie. I zwykle wtedy jest bardzo rozżalony i płaczliwy. Ale jak go nie położę, to nie jest dużo lepiej, jeśli nie gorzej. Więc sama nie wiem, co powinnam robić. Intuicja podpowiada mi, że lepiej dać mu tę godzinkę odpoczynku, więc póki co tak właśnie funkcjonujemy.
Raz mieliśmy bardzo nieprzyjemną sytuację, przynajmniej z mojego puntu widzenia. Któregoś dnia, jak odbierałam go po południu, jedna z pań uprzedziła moje pytania i oznajmiła, że dziewczynka ugryzła Rysia w rękę. I ok, to są dzieci, zdarza się. Ale tłumaczenie babki było moim zdaniem nie do zaakceptowania, ponieważ ta całą winę zrzuciła na Rysia. Żeby było jasne, nie jestem tzw. "matką-krową", nie uważam mojego dziecka za ósmy cud świata (no dobra, może trochę;), ale kurcze, nie rozumiem, jak można mówić, że to jego wina, bo był niegrzeczny, a dziewczynka umie walczyć bo ma starszych braci (?!). Co to znaczy niegrzeczny? Takie określenie w stosunku do 15-miesięcznego dziecka jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Zapytałam oczywiście, co ma na myśli. I usłyszałam, że wszędzie go pełno i że zabiera zabawki... Niestety pani pozostała głucha na moje tłumaczenie, w tym wieku pojęcie własności jest dla dziecka zupełnie abstrakcyjne, i że ono nie rozumie, że akurat teraz nie może pobawić się tą zabawką, którą chce. A to, że jest energiczny nie jest absolutnie jednoznaczne z tym, że jest niegrzeczny. Nie rozumiem w ogóle, dlaczego ja muszę tłumaczyć takie rzeczy babce, która pracuje w żłobku i która powinna mieć choć minimalne pojęcie o dziecięcej psychice. Ja Rysiowi tłumaczę, że pewnych rzeczy nie wolno, że nie wolno zabierać zabawek itp. Na ile on to rozumie nie wiem, ale widzę, że nie upiera się przy jakiejś konkretnej zabawce, "zajętej" przez inne dziecko, kiedy tylko jestem obok, tłumaczę i daję w zamian inną. Czy nie to samo powinny robić "ciocie"? Czy nie powinny interweniować w takich sytuacjach? Czy może ja za dużo wymagam? Ale jednak oczekuję, że skoro moje dziecko jest pod ich opieką (opieką! a wraca pogryzione) przez 8 godzin, to one też powinny włożyć trochę trudu w tłumaczenie mu pewnych rzeczy. Później zdarzyła się jeszcze jedna taka sytuacja, tym razem nie doznał wprawdzie żadnego uszczerbku na zdrowiu, ale za to mój mąż usłyszał, że dziś to mały przeszedł sam siebie. Na jego pytanie, co to znaczy, usłyszał, że szkoda gadać. Ale sorry, nie ze mną takie numery. Pojechałam tam następnego dnia, poprosiłam o rozmowę z dyrektorką i zapytałam wprost, co takiego zrobiło 15-miesięczne dziecko, że aż nie można o tym opowiedzieć ojcu. I wiecie co zrobił? Nic. Wielkie nic. Po prostu się bawił, jak każde dziecko w jego wieku. Powiedziałam jej wtedy parę słów i od tej pory już nie słyszymy, że Ryś jest niegrzeczny.
Nie chcę, żeby moje dziecko od obcych osób słyszało, że ono jest niedobre, niegrzeczne itd. Nie chcę, żeby ktokolwiek go szufladkował i oceniał w ten sposób jako człowieka. Mogą ocenić jego zachowanie, proszę bardzo, nawet powinny mówić mu, że tego i tamtego nie wolno, że to, co zrobił, było niemiłe dla innych, ale jak jeszcze raz usłyszę, że był niegrzeczny, to zrobię awanturę. A nie ma nic gorszego od awanturującej się ciężarnej;)
A propos, jestem już szczęśliwe w drugim trymestrze i urósł mi już brzuszek. Ciągle pracuję, ale w kratkę, bo albo ja jestem chora, albo Ryś. Na zwolnienie planuję iść w ostatnim tygodniu sierpnia. Czuję się bardzo dobrze, więc nie widzę sensu siedzenia w domu, zwłaszcza że na tej wsi jestem zupełnie sama i po prostu mi się nudzi. A pracę mam fajną, lekką, zawsze to miło wypić kawkę z dziewczynami i się trochę pośmiać.
Jesteśmy już po badaniach prenatalnych. Wygląda na to, że maluch jest zdrowy, na pewno bardzo foremny:) Niesamowite jest oglądać go/ją na usg, teraz, jak już dokładnie widać, rączki, nóżki, główkę...no nie mogę powstrzymać wtedy łez.


niedziela, 10 czerwca 2018

Ciąża po in vitro


Fizycznie ciąża po in vitro nie różni się niczym od ciąży naturalnej. Za to na pewno jest okupiona większym stresem i obawami. A w moim przypadku nawet radość nie była tak wielka, jak można by się było spodziewać...Kiedy zobaczyłam te upragnione, od siedmiu lat wyczekiwane dwie kreski, zaśmiałam się, jakbym usłyszała żart, i to nie całkiem dobry. My byliśmy więcej niż pewni, że nigdy nie będziemy mieli biologicznych dzieci. Do criotransferu podeszliśmy teraz, bo chcieliśmy złożyć podanie o drugą adopcję. Ale przed tym chcieliśmy zamknąć definitywnie naszą przygodę z in vitro. Mieliśmy zamrożone dwa zarodki, chcieliśmy je zabrać, wiedząc, że i tak się nie uda, i wtedy ponownie skierować kroki do naszego Ośrodka. Nasze zdziwienie było ogromne, i tak naprawdę na początku po prostu nie wierzyliśmy, że naprawdę nam się udało. Mój mąż, jak pokazałam mu test, powiedział tylko: "Kochanie, zobaczymy, co będzie dalej". Nie "Kochanie bardzo się cieszę", tylko "zobaczymy"...Pierwsza beta potwierdziła ciążę, potem druga, i kolejna, a my nadal wątpiliśmy, że ta ciąża naprawdę jest. Na wizycie, na której pierwszy raz usłyszeliśmy serce naszego dziecka, oboje płakaliśmy. I przez ten moment, kiedy słyszeliśmy te szybkie uderzenia, dotarło do nas, że to się dzieje naprawdę. Ale na chwilę, bo już po wyjściu z gabinetu, kiedy minęło pierwsze wzruszenie, powiedziałam do męża, że może w końcu uwierzę, jak urośnie mi brzuch...
Obok niedowierzania od samego początku ciąży towarzyszył mi ogromny strach. Od dnia transferu miałam dość silne bóle brzucha. I mimo że lekarz potwierdził, że to normalne, że to jest objaw wczesnej ciąży, co chwilę biegałam do toalety pewna, że dostałam miesiączkę i że to już koniec naszej radości. Najgorsze, że było to dla mnie oczywiste. Oczywiste, że tak się stanie. Że przyjdzie nam uporać się z kolejną porażką, z kolejnym rozczarowaniem. Jak na złość, pierwszy trymestr jest dla mnie wyjątkowo łaskawy, nie mam mdłości, i generalnie żadnych dolegliwości ciążowych, tym trudniej było mi uwierzyć, że jestem w ciąży. Ale jestem. Każdy kolejny tydzień, każda wizyta potwierdzająca prawidłową ciążę mi to uświadamia. Właśnie zaczęłam 10 tydzień i czuję się bardzo dobrze. Bóle brzucha minęły, piersi przestały się mieścić w staniku i teraz już bez strachu mogę powiedzieć, że spodziewam się dziecka♥ Bo teraz już wierzę, że wszystko będzie dobrze.
Niesamowite są reakcje naszych najbliższych! Ich radość jest tak szczera, że ciężko ją ukryć, są łzy, są gratulacje. Ale są też komentarze, że oni wiedzieli. Oni wiedzieli, że tak będzie. Że teraz, jak już adoptowałam, to się "odblokuję", oni wiedzą, bo tak jest "zawsze". I oni mówili, że teraz to już "na pewno zajdę". Tak jakby nasza niepłodność była wynikiem blokady w mojej głowie. No nie. Inna sprawa, że nie mówimy wszystkim, że to ciąża dzięki in vitro. Wie tylko nasza najbliższa rodzina. Te komentarze mnie denerwują, ale nic nie mówię. Bo ci, którzy je wygłaszają, też się bardzo cieszą.
Teraz czekają nas badania prenatalne, za które nie płacę z racji wieku. I oczywiście, jest to kolejny powód do stresu.
Ale teraz tego stresu jest już dużo mniej. Teraz nawet pozwalam sobie na wizualizacje i widzę siebie jesienią, już na zwolnieniu, na tarasie, z książką w ręku, opartą o ciążowy brzuszek...

A w kolejnym poście napiszę Wam, co u Rysia, bo biedak ciągle choruje i w ogóle żłobek mocno odbija się na jego emocjach...

czwartek, 24 maja 2018

Coming back, coming out:)

Powinnam się chyba wytłumaczyć z tak długiej przerwy od blogowania. Chociaż, jak to zwykle bywa, powody są prozaiczne. Otóż najpierw nie miałam za wiele czasu, a potem czekałam na potwierdzenie pewnej wiadomości:) Do napisania mam sporo, bo niemało się wydarzyło przez ten miesiąc. Ale czasu nadal nie przybywa, więc się streszczę w jednym krótkim, acz treściwym poście;)
Po pierwsze żłobek Rysia. Był płacz, bunt, sporo emocji, i oczywiście choroby. Aktualnie borykamy się z gorączką po 40 stopni codziennie i zapaleniem migdałków, chwilę wcześniej było zapalenie oskrzeli. Nie wspomnę o katarze, bo to chyba taki atrybut żłobkowicza...Mały płacze przy odprowadzaniu, ale później na szczęście się uspokaja i chętnie bawi się z dziećmi. Zrobił duże postępy, gada jak najęty, oczywiście w sobie tylko znanym języku, ale mówi, co nas bardzo cieszy. W maju postawił też swoje pierwsze kroczki. Na razie ciągle są to pojedyncze zrywy, niezdarne i chwiejne, ale ma jeszcze czas. Jestem z niego bardzo dumna.
Po drugie moja praca. Wróciłam 7 maja i do tej pory ciężko mi się odnaleźć. Musieliśmy zupełnie przeorganizować nasze życie. Wstajemy o przeraźliwie wczesnej godzinie, bo 5:30 to dla mnie praktycznie środek nocy. Pracuję do 15h i migiem jadę po małego, spacer, obiad, kąpiel i dzień się kończy. A ja ciągle szukam tego czasu, który mieliśmy wcześniej tylko dla siebie. Teraz moje dziecko większą część dnia spędza z dala ode mnie i to mnie naprawdę smuci.
Po trzecie kriotransfer. Pisałam o nim jakiś czas temu, podeszliśmy do niego 23 kwietnia. Dziewięć dni później zrobiłam test ciążowy. Dziś jestem w 7 tygodniu ciąży i noszę w brzuszku centymetrowe Rysiątko z mocno bijącym serduszkiem:)
Ryś będzie miał rodzeństwo:)

piątek, 20 kwietnia 2018

Biszkoptowe muffinki

Dziś proponuję Wam proste jajeczne biszkopciki, upieczone w muffinkowych kokilkach. Są pyszne i...ładne☺️


Biszkoptowe muffinki

2 jajka
2 łyżki mąki
1 banan
pół łyżeczki sody oczyszczonej

Oddzielamy żółtka od białek, białka ubijamy na sztywną pianę. Banana rozgniatamy i mieszamy z żółtkami i mąką z sodą oczyszczoną. Do masy bananowej dodajemy ubitą pianę i delikatnie mieszamy. Ciasto przekładamy do foremek, pieczemy w nagrzanym do 180 stopni piekarniku przez ok 15 minut. Po tym czasie uchylamy piekarnik i pozwalamy biszkoptom wystygnąć. 
Enjoy!

środa, 11 kwietnia 2018

Kochać, jak to łatwo powiedzieć

Ostatnio przeczytałam komentarz, że więź i miłość do dziecka pojawiają się od razu. Komentarz ten był skierowany do pewnej świeżo upieczonej mamy adopcyjnej, która czekała na pierwsze spotkanie ze swoim dzieckiem. I pomyślałam sobie wtedy, że takie myślenie jest dość popularne i może niestety skrzywdzić rodziców adopcyjnych. Bo to nie jest prawda. To "coś" nie zawsze pojawia się od razu...Rzadko bywa tak, że widzimy dziecko i jest wielkie wow i magia. A niektórzy tego się spodziewają i martwią się, gdy przy pierwszym spotkaniu ich uczucia są zgoła odmienne. Zastanawiają się wtedy, czy na pewno są gotowi, czy na pewno wszystko z nimi w porządku, czy będą w stanie to dziecko pokochać. Będą. Ale na to trzeba czasu. Miłość i więź rodzą się długo, często w bólach i złości. Tę więź trzeba wypracować, wymaga to od rodziców cierpliwości i wytrwałości. Dzieci porzucone są skrzywdzone, mają traumę i często wiele już w życiu przeszły. Potrzebują czasu, żeby przyzwyczaić się do nowej sytuacji, poznać tych obcych ludzi, którzy mają być od teraz ich mamą i tatą, zaufać, pokochać. Ktoś ładnie napisał, że są "jak bure misie, które rozkwitają jak róże", otoczone miłością. Ale tej miłości też trzeba się nauczyć. I przede wszystkim, dzieci muszą być pewne, że tę miłość otrzymają i same mogą ją dać w stu procentach. A wcześniej mogą nas sprawdzać na wszystkie sposoby. Mogą się złościć, mogą psuć, mogą prowokować. W ten sposób będą chciały się upewnić, że nikt ich nie odda, że są bezpieczne i kochane.

Oczywiście życie pisze różne scenariusze. Na pewno są rodziny, w których więź narodziła się od razu, gdzie dzieci od razu poczuły się jak domu i od razu zaakceptowały nową sytuację i nowe życie. Ja jednak skłaniam się ku teorii, że nawiązywanie relacji musi trochę potrwać.
Nawet w przypadku adopcji noworodka.
Mojego syna poznałam, jak miał zaledwie kilka dni i był naprawdę przepięknym dzieckiem. Jak zobaczyłam go po raz pierwszy, nie mogłam opanować łez i wzruszenia. Ale nie boję się powiedzieć, że na początku wcale go nie kochałam. Musiałam się tego nauczyć. To nie było tak, że miłość macierzyńska wybuchła od razu jak pąki na drzewach po pierwszym deszczu w wiosenny dzień. Nie. To uczucie budziło się do życia z każdym jego uśmiechem, nową umiejętnością, spojrzeniem, przytuleniem. Na początku mówiłam sobie, że go kocham, bo to moje dziecko, a swoje dzieci się kocha. I kochałam go w głowie. Ale fizyczną miłość poczułam po wielu miesiącach spędzonych razem, i czuję ją dziś każdą komórką mojego ciała. I ta miłość z dnia na dzień jest coraz większa. I każdego dnia jest inna. Bo Ryś się zmienia. Świadomie się do mnie przytula, wieczorem przed snem kładzie mi głowę na piersi i jest to nasza najwspanialsza chwila w ciągu całego dnia. Wcześniej tego nie robił i dziwię się cały czas, ile nowych uczuć wzbudzają we mnie właśnie takie jego nowe zachowania. Mówi mama, co cały czas bardzo mnie rozczula.
Na wszystko potrzeba czasu. Na miłość również. Nie wymagajmy od siebie od razu uczuć, które mają prawo dopiero się w nas rodzić. Dajmy czas sobie i swoim dzieciom. Bądźmy obok, zapewniajmy poczucie bezpieczeństwa, troskę, swoją obecność, a więź się narodzi i będzie mocna i nierozerwalna.


środa, 28 marca 2018

Bananowy song:)

Kochamy placuszki! Więc dzielimy się przepisem:) Smacznego!


Placuszki bananowe

  • 1 banan
  • 3 łyżki płatków owsianych
  • 2 jajka
  • 1 łyżka mąki
  • 1 łyżka zmielonych migdałów
  • pół łyżeczki sody oczyszczonej
Banana, jajka i płatki owsiane zmiksować na gładką masę. Wymieszać z mąką, migdałami i sodą oczyszczoną. Ja do połowy masy dodałam kakao. Placuszki można polać miodem (po roku), podać z jogurtem naturalnym, domową konfiturą.