piątek, 15 grudnia 2017

9

Tak, tak, niepostrzeżenie Ryś skończył 9 miesięcy. Ma już aż cztery zęby, a za parę dni będzie pewnie o dwa więcej, bo już widzę kreseczki górnych jedynek.
Pewnej niedzieli sam zszedł do parteru ze stania, usiadł i ukląkł. Od tamtej pory jest już bardzo mobilny i bardzo samodzielny. Potrafi bawić się sam dłuższą chwilę, co jest dla mnie naprawdę dużym ułatwieniem. Przesypia noce, pięknie je. Waży 10,5 kg. Jest silnym, mądrym, pięknym chłopcem.
Jedyne, co mnie martwi, to mowa. Choć na tym etapie życia mowa to pewnie za dużo powiedziane. Ryś od początku prawie nie gaworzył. Tak naprawdę, do tej pory nie wypowiedział chyba ani jednej sylaby. Dodatkowo martwi mnie to, że dużo częściej wydaje dźwięki, wciągając powietrze do środka, a nie odwrotnie. Mówiłam już o tym pediatrze, kazała jeszcze zaczekać, ale to już było jakiś czas temu, chyba wybiorę się ponownie do lekarza. Będzie okazja, żeby zaszczepić małego na meningokoki, bo mamy taki plan. Ale z tym trzeba będzie poczekać, bo nasze stare auto, którym mąż jeździł do pracy, prawdopodobnie zakończyło swój żywot. Jeździ więc naszym "rodzinnym", które zwykle ja miałam do dyspozycji, a my z małym jesteśmy uwięzieni na wsi:) Czeka nas kupno nowego.

No i rozglądamy się za żłobkiem. Do pracy wracam na początku maja, od połowy marca, ewentualnie od kwietnia, chcielibyśmy posyłać Rysia na dwie godzinki dziennie na adaptację. Na szczęście raczej nie będzie problemu z miejscem, bo poślemy go prywatnie, nie spełniamy warunków na dofinansowanie od miasta. Póki co, widzieliśmy dwa żłoby, jeden odpadł od razu, bo dyrektorka przyjęła nas w ganku, nie zaproponowała, żebyśmy zdjęli kurtki, nie pokazała nam sal z wyjątkiem jednej, do której nie pozwoliła wejść, mogliśmy tylko popatrzeć z daleka. Słabo bardzo, a szkoda, bo lokalizacja bardzo nam odpowiadała. Drugi jest super, właścicielka, młoda kobieta, bardzo energiczna, wesoła. Jak porwała Rysia na ręce i go zagadała, to z wrażenia zapomniał, że boi się nieco obcych😃 A jak włożyła go do basenu z kulkami, to już w ogóle zapomniał o bożym świecie! Dużo sal, ogromny ogród z każdej strony budynku, do którego wychodzi się z każdego pomieszczenia, a sam budynek stoi na skraju lasu, gdzie dzieciaki chodzą na spacery. Jedyny minus to odległość od pracy. Będziemy potrzebować około 50 minut, żeby po niego przyjechać. Z kolei od domu to raptem 10 minut drogi, a ja czasem pracuję w domu...Mamy dylemat. Na oku mamy jeszcze jeden żłobek, więc na razie wstrzymujemy się z wyborem. Zresztą, mamy jeszcze chwilkę.
Mam sporo wątpliwości, ale cieszę się, że będzie mógł być z innymi dziećmi. Ale smutno mi trochę...Zobaczymy, kto wyleje więcej łez...

Niech już będą Święta!🎅🎄

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Buraczki rules:)

UWAGA!!! Jeśli zdecydujecie się na ten przepis, musicie liczyć się z sajgonem wokół małego smakosza. Ale warto:)

Makaron z buraczkowym pesto

  • garść makaronu (ja zdecydowałam się na pełnoziarniste świderki, ale może być penne)
  • dwa buraczki
  • jabłko
  • pół korzenia pietruszki
  • majeranek
  • łyżeczka ziaren łuskanego słoneczniku
  • oliwa
Makaron gotujemy. Nieobrane buraczki w całości układamy na blasze i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni około 1,5h (zależy jak duże, moje były spore i chciałam, żeby były mięciutkie). W połowie pieczenia, w innym naczyniu, wstawiamy obrane jabłko pokrojone na ćwiartki razem z pietruszką pokrojoną w słupki, wszystko skropione oliwą. Robimy sobie dobrą kawę i czekamy, aż wszystko się upiecze🍵Następnie obieramy przestudzone buraki i  miksujemy na gładkie pesto razem z jabłkiem, pietruszką, majerankiem i słonecznikiem. Gdyby było za gęste, należy dolać oliwy lub oleju rzepakowego. Pesto mieszamy z makaronem i podajemy maluchowi. 
Efekt przed podaniem, nuuuuuda😉

I w trakcie konsumpcji😆😋
Oboje mamy z tego Rysiowego samodzielnego jedzenia ogromną frajdę:)

czwartek, 7 grudnia 2017

Ten bachor...

Spacer na wsi. Codziennie mijam te same twarze, zwykle mamuś z wózkami, mówimy sobie cześć, dzień dobry.
Ale nie dziś. Dziś spotkałam starą matronę, która doprowadziła mnie do białej gorączki.
Szłam z wózkiem prawidłowo po lewej stronie drogi. Podobnie jak dwie panie, niska i wyższa, tyle że one szły w moim kierunku tą samą stroną drogi, czyli nieprawidłowo. Droga wąska, dodatkowo zwężona przy mostku, akurat jechało auto. Niska mówi do wyższej, żeby zeszła, bo auto jedzie, na co obie słyszymy, że niech jedzie, ona ma to gdzieś, niech ją ominie. Ok, myślę, ale jestem jeszcze ja z wózkiem, nie zejdę z dzieckiem na środek jezdni, bo panie nie znają zasad poruszania się po drogach. Więc idę naprzód, i grzecznie mówię do pań, że idą złą stroną drogi. Na co wyższa rzuca do mnie, że może i złą, ale drugą się nie chodzi. Nie rozumiem, ale nie dyskutuję, bo panie już mnie ominęły. I nagle słyszę z tyłu: "Idzie taka z tym bachorem...". Reszty nie słyszałam, bo szlag mnie trafił na miejscu i para mi poszła z uszu. Krzyknęłam tylko do niej, o jakim bachorze mówi, i że chyba trochę przesadziła, na co słyszę, że mam "spadać na szczaw...". Szczerze mówiąc, miałam ochotę podejść do niej i dać jej w twarz. Ręce mi się trzęsły i chciało mi się płakać. Jak tak można. Chyba nigdy tego nie zrozumiem, bo co ja jej zrobiłam? Nic. Spacerowałam z dzieckiem. Jeśli chodziłoby o mnie, to pal licho, co gadają, ale mówiła o moim dziecku. Nie o jakimś bachorze, tylko o moim synu. Ja naprawdę nie traktuję go jak króla, raczej nie jestem jedną z tych matek, które uważają, że wszyscy powinni traktować ich dzieci jak jakieś wyjątkowe jednostki. Ale do cholery, jakim prawem jakaś obca baba tak brzydko o nim mówi? Kiedyś o okropnej sytuacji ze starą babą pisała tutaj Mama Bąbla. Bardzo mi jest przykro, że czasem trafiamy na takich głupich ludzi...
Przy okazji zdałam sobie bardzo wyraźnie sprawę, że gdyby ktoś chciał zrobić krzywdę mojemu dziecku, to przegryzłabym tętnicę...

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Słodka zupa na zimowe dni

Zupka krem z kukurydzy

Dziś przepis zupełnie nie mój, prawie całkiem ściągnęłam go z Ala'Antkowego BLW. Od siebie dodałam tylko kurkumę, koperek i mięsko z kurczaka. Zupka pyszna, nada się dla wszystkich niejadków, bo jest słodka, a wiadomo, że dzieci lubią słodkie. Nawet w postaci zupy;)

Ingrediencje:

  • pół cebuli
  • ząbek czosnku
  • szklanka kukurydzy (dałam z puszki)
  • jeden ziemniak
  • łyżeczka koperku, szczypta kurkumy, szczypta gałki muszkatołowej


Cebulę i czosnek wrzucam na rozgrzany olej rzepakowy, dodaję ziemniaka pokrojonego w kostkę i chwilkę podsmażam. Dodaję kukurydzę i koperek, zalewam wodą trochę ponad poziom warzyw i gotuję na małym ogniu około 20 minut. Na koniec dodaję gałkę i kurkumę.
Zupę trzeba dobrze zmiksować, kawałki kukurydzy mogą się dzieciom nie podobać, bo są dosyć twarde;) Do gotowego kremu dodaję ugotowane wcześniej mięso z kurczaka*.

Ryś coraz lepiej radzi sobie z samodzielnym jedzeniem. Uwielbia ogórka kiszonego, makaron, fasolkę szparagową, nie pogardzi brokułem, kalafiorem. Widzę, że sprawia mu to coraz więcej przyjemności, ciągle większość ląduje na podłodze, ale spora część zostaje też w buźce:) Ja też jestem coraz odważniejsza, nie drżę przy każdym kęsie, tylko przy tych większych;)

Dziś dzwoniłam do dwóch żłobków, w poniedziałek jedziemy je odwiedzić, zostawić Rysia na chwilkę z dziećmi. Nie mogę w to uwierzyć, jeszcze niedawno był taki malutki, a dziś rezerwujemy miejsce w placówce...Ale to temat na oddzielny post, do którego jeszcze nie czuję się gotowa:(



*Jeśli chodzi o mięso, na jeden posiłek dodaję mniej więcej 10g. Kupuję filet z kurczaka, gotuję do miękkości w wodzie z ziołami, ugotowanego dzielę na porcje, jednej używam od razu, resztę mrożę.



wtorek, 21 listopada 2017

Święta tuż tuż:)

Lubię robić prezenty moim bliskim. Co roku zabieram się za to dosyć wcześnie, bo bardzo często robię zakupy przez internet i chcę mieć pewność, że wszystko dojdzie na czas.
W rodzinie mamy sporo dzieciaków, a prezenty dla nich sprawiają mi szczególną przyjemność. W zeszłym roku postawiłam na książki. Lubię zwłaszcza te skandynawskie, z wydawnictwa Zakamarki. I tak córa mojej kuzynki dostała książeczkę "Jak mama została Indianką", a jej brat - "Jak tata pokazał mi wszechświat". Ta druga tak mi się spodobała, że w tym roku kupiłam ją też dla Rysia.

Mojej starszej chrześnicy kupiłam piękny album o koniach, ponieważ w tamtym momencie to była jej pasja, a młodszej bajkę, której bohaterką jest ona sama. Myślę, że to fajny pomysł, i że miło będzie do takiej książeczki wrócić w przyszłości, jak już będzie starsza. Wysłałam zdjęcie jej buźki, podałam imię, i za kilka dni miałam w rękach książkę z podobizną mojej ukochanej bratanicy na każdej stronie:) W Zakamarkach kupiłam też prezent dla Rysia. Wprawdzie w grudniu jeszcze o nim nie wiedziałam, ale już zaopatrywałam się w piękne lektury. Za kilka lat razem będziemy czytać "Prezent dla Cebulki". Ta piękna świąteczna opowieść ma 25 rozdziałów, do czytania co dziennie aż do Bożego Narodzenia.

W tym roku postawiłam na zabawki. No, może nie do końca, bo moja starsza chrześnica znów dostanie książkę. Ale wiem, że lubi czytać, poza tym to już pannica, 13 lat, więc "Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek" powinny jej się spodobać. Przeczytałam kilka ze stu historii dzielnych kobiet i myślę, że tę książkę powinna znać każda dziewczynka i kobieta. Polecam.

Dla dzieciaków kuzynki mam autko drewniane z Lidla i lalę Maszę. 
Moja młodsza chrześnica od niedawna chodzi na tańce i chyba złapała bakcyla, dostanie więc matę do tańczenia:) Myślę, że zadowoleni będą również jej rodzice, bo mała ma niespożyte pokłady energii, będzie miała gdzie je spożytkować:)

Dla starszych dziewczyn (kuzynek, bratowej) mam mydełka z Ministerstwa Dobrego Mydła, świąteczne pachnące świeczki i coś tam jeszcze dokupię.
Dla dziadków Rysia zamierzam kupić jakieś fajne naczynie do zapiekania, np. z Le Creuset i drewniane podkładki pod kubki, wszystko mam już upatrzone w TK Maxxie:)
Brakuje mi podarunku dla brata i bratowej, no i dla małżonka. Jakieś pomysły?:)
A co mam dla Rysia. Hmmm, nie wiem, czy mogę się przyznać...ogarnął mnie prawdziwy szał zakupowy. Ale to nie moja wina! To wina Lidla, kto to widział, takie fajne, drewniane zabawki w takich cenach!;)
Kupiliśmy mu papugę - pierścienie do zakładania na drążek, drewniane puzzle dla maluszków, drewnianą kostkę interaktywną i rowerek biegowy. To w Lidlu. Dodatkowo kupiłam mu dwie piękne zabawki firmy Plan Toys - wyścigówkę z kierowcą królikiem i aparat fotograficzny z kalejdoskopem. W Zakamarkach dwie książki, "Jak tata pokazał mi wszechświat" i "Święta dzieci z dachów". I na koniec, wisienka na torcie, pluszowa interaktywna kostka Smiki.
Dużo, wiem, ale nie dostanie wszystkiego na raz, zwłaszcza, że do części jest zwyczajnie za mały. Papugę dostanie od Mikołaja, kostkę pluszową pod choinkę, rowerek na roczek. Książki dołączą do innych i trafią na zapełniającą się coraz szybciej półkę. Wyścigówka i aparat już zdobią komodę. A resztę będziemy dawać mu po kolei, jak dorośnie.
No matka oszalała, ale co z tego, tyle na to czekałam:)

Przy okazji postanowiłam pokazać Wam, jak wygląda królestwo mojego Rysia:) 

PS Dziś mija dokładnie rok od naszego ostatniego spotkania na szkoleniu w Ośrodku Adopcyjnym. I Święta już nigdy nie będą takie same💜💜💜💜

piątek, 17 listopada 2017

Zielony obiad:)

Zupa krem z zielonego groszku, Ryś lubi:)

Z tych składników wychodzi jedna porcja zupki. Raczej zawsze robię obiad na jeden dzień. Znów niby nic specjalnego, ale zupa naprawdę jest bardzo dobra. Słodka przez groszek, aromatyczna dzięki ziołom. Pozwoliła mi delikatnie wprowadzić czosnek. No i jest z moim ulubionym mlekiem kokosowym:)

  • kilka wiórków cebuli
  • troszkę rozgniecionego ząbka czosnku
  • oliwa
  • łyżka soczewicy
  • pół szklanki zielonego groszku (dałam mrożony)
  • tymianek
  • natka pietruszki
  • łyżka mleka kokosowego
Cebulę lekko zrumieniłam z czosnkiem na łyżce oliwy, ale dosłownie troszeczkę. Dodałam groszek, zioła, zalałam wodą trochę ponad poziom groszku i zagotowałam. Dodałam wypłukaną soczewicę i gotowałam 10 minut. Ja zmiksowałam, bo miał być krem, ale można rozgnieść widelcem albo podać z kawałkami do gryzienia. Na koniec dodałam mleko kokosowe i już, gotowe:)


* U mnie zupka wyszła troszkę za rzadka, więc dodałam łyżeczkę kaszy manny.




wtorek, 7 listopada 2017

Jesień

Bardzo lubię tę porę roku, nawet kiedy pada i jest mgliście. A może właśnie wtedy najbardziej? Zwłaszcza kiedy ten deszcz mogę obserwować z okien ciepłego domku.
Zaczęliśmy dobrze, bo od przepięknej sesji zdjęciowej mojej i Rysia. W cudownym parku, wśród liści skąpanych w jesiennym słońcu, w soczystych pomarańczach, brązach i żółcieniach.

Później zrobiło się wietrznie, zimno i deszczowo. I Ryś się przeziębił. Zaczęło się od kataru, dzień później był już kaszel gruźlika, a za chwilę obustronne zapalenie oskrzeli i podejrzenie zapalenia płuc. Lekarz kazał nam pilnować go w nocy, bo miał duszności i problemy z oddychaniem. Na szczęście mamy monitor oddechu, wiec spaliśmy w miarę spokojnie. Przepłakałam cały wieczór po jego wizycie, bo wydawało mi się, że za późno zareagowałam, że nie zorientowałam się, że Ryś ciężko oddycha (a właściwie to się zorientowałam, ale winiłam katar...) Ale już jest dobrze. Mały miał antybiotyk i inhalacje ze sterydem. Jutro mamy kontrolę, mam nadzieję, że już się wszystko wyleczyło, bo bardzo chciałabym wyjść z nim w końcu na spacer.
Poza tym mamy zęba! Wygląda prześmiesznie, taki jeden biały ząbek w buźce:) Uwielbiam:) Rysiu zaczął siadać, póki co lekko na boku i z podparciem na rączkach, ale to dobry początek. Raczkuje i wstaje na nogi wszędzie, gdzie może się czegoś chwycić. Jest bardzo absorbujący, bo wprawdzie stoi stabilnie, nawet drepcze sobie w miejscu, ale nie wie, co dalej. I woła mamę. Bez przerwy;)
Bardzo szybko ten czas leci, niedługo nasze pierwsze święta razem. Ubierzemy choinkę, kupimy małemu prezenty, może spadnie śnieg. Dobrze mi...