Podczytuję

piątek, 20 października 2017

Spaaaaać

Ząbkowanie.
To słowo już zawsze będzie mi się kojarzyło z nieprzespanymi nocami, z brakiem drzemek w ciągu dnia, z marudzeniem, płaczem i bólem mojego dziecka. Ryś ciężko to znosi. Ponoć im później zęby się wyrzynają, tym bardziej boli. Objawy ząbkowania widzę już od kilku dobrych tygodni, ale teraz to jest już apogeum.
Nie pomaga homeopatia, czyli wszystkie czopki, camillie itp. Maści z lidokainą działają chwilę, poza tym podaję je rzadko, no bo to jednak nic dobrego. Paracetamol o tyle o ile.
Mały budzi się w nocy co godzinę, najczęściej z pieluszką tetrową w zębach. Na szczęście najczęściej wystarcza dać mu smoczek i ponownie zasypia. Na kolejną godzinę. Ja już nawet nie marzę o takim luksusie, jak przespana noc. Ja chcę spać chociaż 3 godziny ciągiem...
W dzień nie jest dużo lepiej. Czasem zdarzy się jedna dłuższa drzemka, przerywana płaczem, druga to zwykle 15-20 minut. I marudzenie do wieczora.
Na szczęście widzę światełko w tunelu w postaci dwóch białych kreseczek w dolnym dziąśle. Wiem, że zanim ząbki się przebiją, może minąć jeszcze trochę czasu, ale są, widać je, więc mam nadzieję, że to już niedługo.
W weekend tata będzie do niego wstawał, ale to w zasadzie nic nie zmienia, bo i tak za każdym razem się budzę i nasłuchuję.
Tak wyglądają dziąsła mojego syna:
Choć oczywiście zdjęcie nie oddaje rzeczywistości.

Za to jutro! Ach, jutro! Jutro matka idzie na imprezę:) I mam zamiar napić się wina nawet. Wiadomo, niewiele, ale jednak:)


wtorek, 10 października 2017

Cholera jasna!

No już nie mogę! Od wczoraj chodzę zdołowana i nie do końca potrafię ułożyć sobie w głowie, dlaczego na świecie jest tyle niesprawiedliwości i dziadostwa. Rodzice Filipa walczą o jego życie i nie oszukujmy się kurde, nie zbiorą tych dwóch milionów, zostało 10 dni i nadal brakuje półtora miliona. Pozostaje się modlić, że trafi się jakiś darczyńca, który przekaże im brakującą kwotę zamiast pojechać na kolejne ekstra wypasione wakacje.
A gdzieś jakaś baba, bo nie napiszę matka, chleje wódę i nawet nie wie, że odeszły jej wody. Jeśli w ogóle wiedziała, że była w ciąży. I rodzi pijane bliźnięta, które na wejście w ten cholerny świat mają stwierdzony FAS i prawdopodobnie zrypane życie. A ona nadal będzie chlać. Jeśli trafi do więzienia, to tylko pogłębi się jej patologia. Ciekawe ile pijanych dzieci jeszcze urodzi.
Inna "mamusia" wywala noworodka na śmietnik i idzie w długą. Nie wiadomo, czy chłopiec przeżyje.

Myślę o moim Rysiu i ryczę jak bóbr, bo dziękuję Bogu, że to dziecko miało tyle szczęścia, że jego matka biologiczna nie zrobiła mu krzywdy i urodziła zdrowe, silne dziecko. I nie mogę sobie nawet wyobrazić, że mogło być inaczej. Serce ściska mi się do rozmiarów rodzynka jak pomyślę, że mógł mieć dużo mniej szczęścia. I myślę o tych wszystkich dzieciach, których "matki" miały za nic ich życie. I ja wiem, że nie wolno oceniać, że patologia rodzi patologię, że nie wiem nic o życiu tych kobiet, ale sorry, dziś nie mam dla nich za grosz zrozumienia. Ze swoim życiem niech robią co chcą, ale niech nie krzywdzą dzieci.

poniedziałek, 9 października 2017

7

Jakiś czas temu, jak Ryś był malutki, ściągnęłam sobie aplikację Moje dziecko. Ma kilka fajnych funkcji, m.in. pomaga liczyć tygodnie, pokazuje, jak wspierać rozwój malucha, jak rozszerzać dietę (choć akurat w tym obszarze jest spooooro do poprawy), pomaga śledzić siatki centylowe i takie tam. Sygnalizuje również kolejne etapy w życiu dziecka. I dziś mój telefon zapikał, a aplikacja poinformowała mnie, co powinno umieć 8-miesięczne dziecko. I się popłakałam. Ósmy miesiąc? Mój maluszek, mój słodki, kudłaty bąbelek, skończył 7 miesięcy. Kiedy to minęło?

Z jednej strony jestem bardzo dumna, bo umie już tyle rzeczy, wspaniale się rozwija, jest bardzo ruchliwy, czołga się jak mały komandos, zwłaszcza tam, gdzie mu nie wolno;) Jest taki bystry, wydaje mi się, że zaczyna rozumieć, że różne zdarzenia mają swoje konsekwencje (albo mój matczyny zakochany rozumek chce właśnie to widzieć;) Pięknie je na moich kolanach, lubi poznawać nowe smaki, ślicznie trzyma w rączce chrupka. Bardzo dobrze idzie nam rozrzerzanie diety. Zaczyna coś tam sobie gadać. Śmieje się jak szalony! Za chwilę pewnie zacznie raczkować, bo już kilka razy się przymierzał. Uwielbiam go obserwować. W ciągu dnia śpi w swoim pokoju 2 razy po 2 godziny, co jest moim ogromnym sukcesem, bo do tej pory spał tylko w gondoli. Próby położenia w łóżeczku kończyły się na 20-minutowej drzemce. I tyle. A teraz jestem w raju, bo piję ciepłą kawę, a czasem nawet drzemkę sobie utnę w tym czasie.

Z drugiej strony chciałabym, żeby nie rósł tak szybko, żeby jak najdłużej był moim malutkim syneczkiem, którego mogę nosić, całować i przytulać. Przeraża mnie myśl, że już w sumie niedługo będę musiała oddać go do żłoba...Więc korzystamy, póki czas. Czytamy książeczki, Ryś potrafi się już skupić na dwóch bajeczkach z rzędu, dopiero później zaczyna wkładać sobie książkę do buzi:) Kładę się z nim na macie i pozwalam dotykać mojej twarzy, pokazując mu gdzie mama ma nosek, buzię i oczko. Potem jego palec ląduje w tym oczku, więc przechodzimy do kolejnej zabawy. Chodzimy na spacery, spacerówkę obróciłam mu już przodem do kierunku jazdy i to jest strzał w dziesiątkę, widzi wszystko i podziwia świat. Ciągle czekamy na zęby, co dziennie wydaje mi się, że już są na wylocie, ale nie, ciągle nie widzę tych wyczekiwanych białych kreseczek. Męczy go to strasznie, ślinę produkuje już hektolitrami, do buzi trafia wszystko, łącznie z ogonem psa.

Patrzę z dumą na tego mojego przystojniaka i nie mogę uwierzyć, że spotkało mnie takie szczęście...Jakżeż ja go kocham! ❤💜


czwartek, 5 października 2017

2 miliony za życie

Nie robię tego, zwykle. Ale kurde, kurde, kurde. Jak to się dzieje. Dlaczego. Tyle kasy. Jeśli można uratować życie, życie dziecka, to dlaczego za tak olbrzymie, niewyobrażalne pieniądze?? Skoro można, to niech żesz do k... nędzy będzie to dostępne dla rodziców tak chorych dzieci. No bo kto jest w stanie zapłacić taką kasę? No kto? Nie rozumiem. Jeśli możecie, pomóżcie.

https://www.siepomaga.pl/filip-banas

środa, 20 września 2017

Jak rodzi się miłość

Kiedy w naszym życiu pojawił się Ryś, mój mąż był zupełnie unieruchomiony. Leżał plackiem lub siedział z nogą na kanapie. Był po dość rozległej operacji kolana. Ruszył się tylko dwa razy: pierwszy raz, gdy pojechaliśmy do Ośrodka, a następnie do szpitala poznać naszego syna, i po raz drugi, gdy zabieraliśmy małego do domu. Kuśtykał o kulach i bardzo się męczył. Od początku była u nas moja mama, która pomagała mi kąpać małego, usypiać, lulać, nosić...robiła wszystko, co powinien robić tata, łącznie ze złożeniem łóżeczka. Do męża należało karmienie i przytulanie. Obserwowałam w tym czasie jego ogromną frustrację i żal, że nie może dobrze zająć się własnym dzieckiem. Przez jego ograniczone możliwości ruchowe więź między nimi tworzyła się wolniej, niż między mną a Rysiem. Nie było nam łatwo. Po miesiącu mama wróciła do siebie, a my zostaliśmy sami. Mąż towarzyszył nam przy kąpieli, ale ciągle to ja przynosiłam wypełnioną wodą wanienkę, trzymałam Rysia, myłam, ubierałam. Potem oddawałam go tacie, który go karmił, i w końcu nosiłam dopóki nie zasnął. Sama chodziłam na spacery. 
Ale powoli, z dnia na dzień, mąż coraz bardziej angażował się w opiekę nad małym. Najpierw było noszenie, z początku w miejscu, bez spacerowania po pokoju, ale widziałam, że i jednemu, i drugiemu bardzo tego brakowało, szczególnie tacie. Może mój mąż nie ma jakiejś mega szerokiej klatki piersiowej (sorry kochanie;), ale jednak męska klata to męska klata, Ryś wtulał się w nią z ogromną radością:) Później doszło kołysanie do snu po karmieniu. A w końcu wyszliśmy na pierwszy wspólny spacer, całą trójką. Eh, jaka ta była przyjemność:) Oczywiście tato pchał wózek:)
Dziś mąż robi przy małym to co ja. Gdy wraca z pracy, Ryś wita go swoim najpiękniejszym uśmiechem, przy którym w prawym policzku robi mu się uroczy dołek:) Tulą się do siebie, tata go całuje, przytula, i ma w oczach nieskończoną miłość. Miłość, która może nie wybuchła na samym początku z całą siłą, ale za to mogłam obserwować, jak rodzi się dzień  po dniu, jak silna staje się więź ojca i syna, jak zmienia się ich relacja. W dodatku wszyscy mówią, że Ryś to cały tata, a wtedy tata pęcznieje z dumy:)
Dziś mój mąż za syna oddałby życie. Troszczy się o niego, nie dałby zrobić mu krzywdy. Wieczór należy do nich, po kąpieli zamykam drzwi do pokoju Rysia, mąż go karmi i usypia. To jest ich czas. 
To nasz siódmy miesiąc razem i nie wyobrażam już sobie, że nasze życie mogłoby wyglądać inaczej. Jest idealnie. Pomimo nieprzespanych nocy, dziennego zmęczenia Rysiowym marudzeniem, bolących ramion od dźwigania tych kochanych 10kg:) Jego rozbrajający śmiech załatwia wszystko:)



piątek, 15 września 2017

Co to będzie, co to będzie...

Mam jeszcze ponad pół roku do powrotu do pracy a już widzę, że łatwo nie będzie. Nie oszukujmy się, liczyłam się z tym, że nie wrócę na swoje stanowisko. Pracuję w korporacji, gdzie nie ma umów na zastępstwo. Moje stanowisko przejął ktoś inny. Wprawdzie prawo gwarantuje mi powrót na stanowisko równoległe, ale takie może się znaleźć w innym dziale, gdzie mówi się po angielsku, a to, wstyd się przyznać, nie jest moją najmocniejszą stroną. Jak mam coś powiedzieć w tym języku, to od razu jestem sparaliżowana i nie daję rady. Mimo wszystko do tej pory jakoś bardzo się tym nie przejmowałam, do wczoraj. Zadzwonił do mnie mój szef z informacją, że, nie wchodząc w szczegóły, sytuacja się skomplikowała, i mogłabym wrócić na swoje stare stanowisko pod warunkiem, że skrócę urlop macierzyński (!) albo ewentualnie wrócę jako szeregowy pracownik (!!). Żeby ktoś mnie źle nie zrozumiał - uwielbiam szeregowych pracowników, uważam, że to oni są w firmie najważniejsi, bo de facto oni dostarczają usługę dla klienta. Nigdy nie mówiłam o nich inaczej jak "współpracownicy". Ale ja od 7 lat jestem kierownikiem...mam swoje zespoły, które budowałam często od zera, wyprowadzałam ich z naprawdę trudnych sytuacji, mam autorytet, wiedzę, doświadczenie...nie wyobrażam sobie, że miałabym to stracić. Bo to była moja ciężka praca.
Oczywiście nikt mi niczego nie narzuca, bo nie może. Prawo jest po mojej stronie. Póki co, ani jedno, ani drugie rozwiązanie jest dla mnie nie do zaakceptowania. Nie wiem, co będzie, mam jeszcze chwilę, ale boję się. Bo ja lubiłam swoją pracę. Jestem korposzczurem, do tego zadowolonym, tacy też istnieją! Było mi tam dobrze, nauczyłam się mnóstwa rzeczy, nie mam ochoty zaczynać od nowa, czy to w innym dziale, czy firmie. W obecnej pracuję prawie 10 lat i bardzo cenię sobie ten czas. Trafiłam tam praktycznie zaraz po studiach, do tego pracowało tam kilka osób z mojego roku, więc było to trochę przedłużenie studenckiego życia. Kurcze, byłam wtedy młoda:) Miałam 25 lat! Poznałam cudownych ludzi, wielu z nich stało się moimi przyjaciółmi. Ja wiem, że to tylko praca, że prawdziwe życie toczy się poza nią, ale co mam zrobić, smutno mi, że moja sytuacja się zmieni.
Pewnie mało Was to interesuje, ale musiałam to z siebie wyrzucić. Kto by pomyślał, że tak będę się przejmować pracą w korpo...

piątek, 1 września 2017

Pomocy! Zepsuło mi się dziecko!

Miałam taki plan, że stworzę dziś post, na który od dawna mam pomysł. Myślałam, że jak Rysiu zaśnie, usiądę sobie spokojnie przed komputerem i będę pisać. Ale nie mam na to siły. Gdzieś kiedyś musiałam się pochwalić, że Rysiu przesypia noce. Że śpi właściwie od 20h do 7h. I mówili mi wtedy: "Ty to nie wiesz, co to znaczy mieć dziecko!" No to już wiem. Bo powszechnie wiadomo, że dziecko pochwalone od razu się psuje.
Od kilku nocy mój syn budzi się o:
21:30 (tu dostaje smoka),
22:15 (i tu też smok),
23:40 (tu dostaje mleczko, ja się kładę spać),
1:30 (smok, ja wstaję po godzinie snu),
3:00 (smok, noszenie i moje przerażenie bo to godzina duchów(!),
3:45 (głównie noszenie, które niewiele pomaga),
potem, jeśli w ogóle zasypia, to budzi się ponownie o 5, i tu już nie ma szans na sen, noszę go i uspokajam i w końcu daję butlę.
Zwykle potem zasypia około 7 rano i śpi do 9.
Po kilku takich nocach jestem nieprzytomna. A dziś było jeszcze gorzej, bo wstawałam do niego średnio co pół godziny - godzinę.
Gdzie się podział mój przesypiający noce synek? Nie wiem, dlaczego tak jest. Nie jest głodny, nie boli go brzuszek, może to zęby. Ryś ma teraz 25 tygodni, czytałam, że to czas kolejnego skoku rozwojowego, który może potrwać (o zgrozo!) kilka tygodni..."Okres marudzenia może zacząć się już około 23 tygodnia i trwać około 4 tygodni. Typowe dla tego okresu jest na przykład to, ze dziecko źle śpi." Super.
Dodatkowo, tato Rysia dziś wrócił do pracy, bo wcześniej on też do niego wstawał, wymienialiśmy się. Teraz pewnie będę wstawać tylko ja.
Gdy podchodzę w nocy do łóżeczka Rysia z piaskiem pod powiekami, to najczęściej wita mnie płacz, ale zdarza się też rozbrajający uśmiech. I wyobrażam wtedy sobie, że Rysiu myśli:"chciała mama dziecko, to ma, ze wszystkimi urokami macierzyństwa":) I co mam zrobić, kocham ten uśmiech nad życie i za każdym razem, jak słyszę, że się obudził, to pędzę do niego w try miga;)