wtorek, 16 kwietnia 2019

Najprościej, najpiękniej

To nie jest tak, że ja nie mam czasu. I skłamałabym pisząc, że tylko dlatego na blogu jest ostatnio cicho. Nie mam już niestety takiego zapału jak wcześniej, ani też potrzeby terapii. Bo taki był cel bloga, żeby wyrzucić w przestrzeń wszystkie złe emocje. To wszystko jest już za mną.
Bo teraz żyję w jakiejś niesamowitej bańce, wypełnionej radością, miękkością, miłością i uśmiechami moich dzieci🧡
Rudzik kończy jutro trzy miesiące. A jego uśmiechy, rozdawane na prawo i lewo, sprawiają, że chce się żyć. Jest cudowny, mimo że nadal nie śpi inaczej niż na piersi, a nasze spacery kończą się wyścigiem po muldach, bo prosty teren dostarcza mu za mało wrażeń😉 Nasze dni płyną powoli, a ich rytm wyznacza jego zapotrzebowanie na pierś i sen. I mimo rutyny, czuję się spełniona. Wiem, że jestem tam, gdzie być powinnam, w najlepszym dla nas czasie. Czasie, który już nigdy się nie powtórzy. Te momenty, które mamy we dwójkę, nie zdarzą się po raz drugi, dlatego korzystam z nich, ile mogę. I daję Rudzikowi mnóstwo bliskości. Śpimy razem, dzięki czemu noce nie są tak męczące. Nosimy się w chuście, w dzień mały śpi w moich ramionach, zasypia przy mojej piersi.
Spełniam się w rodzicielstwie bliskości, o jakim marzyłam.

Jest zupełnie inaczej niż z Rysiem. Jest prościej.

Po pierwsze dlatego, że to drugie dziecko, i tym razem w pełni ufam swojemu instynktowi, jestem bardziej wyluzowana, bardziej śmiała w decyzjach. Po drugie, Rudzik jest spokojny i ufny. Jego nikt nie porzucił, on nie leżał sam w szpitalnym plastiku, dostając butlę z mlekiem, gdy się o nią głośno upomniał. Rudzik jest ze mną od wielu miesięcy. Dla niego jestem ciepłem, spokojem, zapachem mleka, który zawsze daje ukojenie i poczucie bezpieczeństwa. Teraz dopiero dociera do mnie z całą siłą, że Ryś jeszcze długo po tym, jak zabraliśmy go do domu, był nieszczęśliwy. Już wtedy, parę dni po zabraniu go ze szpitala, czułam, że to nie mnie potrzebuje, pisałam o tym tutaj. A teraz widzę, jak bardzo miałam rację. Ryś, mój mały chłopiec, musiał nas odnaleźć w sobie, musiał nas poznać, zaufać, mimo że miał tylko kilka dni! Myślę teraz, jak bardzo musiał być zagubiony w tym nowym życiu, wyrwany z ciepła brzucha, nie czując ciepła mamy. Jest mi smutno jak o tym myślę, i cieszę się, że to już za nim. Od tamtej pory daliśmy mu ogrom miłości i będziemy dawać nadal.

Chłopcy zaczynają się "dogadywać", cudownie się na nich patrzy. Rudzik, od kiedy zaczął świadomie przyglądać się twarzom, rozjaśnia się cały, jak tylko widzi Rysia. Ten z kolei głaszcze brata, całuje, przytula. Jestem tak bardzo szczęśliwa i wdzięczna losowi, że mam ich dwóch, i że oni będą mieli siebie. Nawet nie marzyłam o tak wielkim szczęściu...

Z rzeczy nieco bardziej przyziemnych, mieliśmy trochę problemów z karmieniem, co skończyło się podcięciem obu wędzidełek. Po tygodniu od zabiegu nastąpiła poprawa, która niestety trwała tylko dwa tygodnie. Potem ból powrócił, już nie taki mocny, ale jednak. Zdarzało mi się karmić płacząc z bólu. Ale nie mam zamiaru rezygnować. Chodzimy też do fizjoterapeuty, bo te problemy mogą być związane ze wzmożonym napięciem mięśniowym. Masaże pomagają, raz jest lepiej, raz gorzej, ale częściej lepiej:) Będę walczyć o jak najdłuższe karmienie piersią, bo mimo bólu, jest to dla mnie cudowne przeżycie.
Za to Ryś zaczyna mówić! Jestem dobrej myśli, bo zaczyna powtarzać po nas krótkie słowa, idzie ku dobremu:) Moje ulubione słowo w jego ustach to przesłodkie "mamuśsz"🧡

Kocham moje dzieci tak, że nie da się tego wyrazić słowami...



sobota, 16 lutego 2019

Pierwszy miesiąc Rudzika

Nie chce mi się wierzyć, jak ten czas szybko leci...Mam wrażenie, że dopiero byłam na porodówce, a tymczasem Rudzik kończy jutro miesiąc.
Nie był to łatwy czas. Nie wiem, czy to ja tak mam, czy moje dzieci są takie wymagające, ale jakoś nie jest mi dane pisać o słodkim, lukrowanym macierzyństwie😉Moje dzieci płaczą. Rudzik jest nieodkładalny. Najlepiej zasypia mu się na piersi. W dzień śpi mało, w nocy nieźle. Na spacerach wrzeszczy. Ma kolki. Przez ten pierwszy miesiąc wisiał na mnie praktycznie non stop. Mogłam zapomnieć o umyciu włosów w ciągu dnia, o przygotowaniu obiadu, o zjedzeniu go potem z mężem i Rysiem. 
Ryś ma ciężki okres, który niektórzy nazywają owianym złą sławą "buntem dwulatka". Jego ulubione słowa to "nie" (na wszystko) i "nie, ja" (czyli sam to zrobię, choć nie umiem). Męczy się ze skrajnymi emocjami, których nie potrafi wyrazić inaczej niż krzykiem i płaczem. 
Dodatkowo jest zazdrosny. Głaszcze Rudzika, przytula, daje mu swoje misie, i na szczęście nie skupia na nim tych negatywnych uczuć. Skupia je na mnie. Nie rozumie, dlaczego nagle nie mogę go wziąć na ręce. Dlaczego nie siadam z nim na podłodze, dlaczego się z nim nie bawię jak wcześniej. Robiłam to wszystko do samego końca ciąży. 
Teraz nie mogę, bo jednak jeszcze wolałabym nie nosić, Ryś waży 14kg, poza tym najczęściej mam przy piersi Rudzika. A jak uda mi się małego odłożyć, to Ryś się ode mnie odsuwa. Teraz tata jest dla niego najważniejszy. Jest mi przez to smutno i mam ogromne wyrzuty sumienia, że nie jestem w stanie poświęcić mu tyle czasu, ile on potrzebuje. Gdyby Rudzik dał się utulić tacie, to pewnie byśmy się jakoś zorganizowali. Ale on póki co jest tak do mnie przyklejony, że mam wrażenie, że jest moim przedłużeniem. Że nie ma mnie i dziecka, tylko jeden twór. Nie bez przyczyny mówi się o czwartym trymestrze ciąży. Jesteśmy żywym dowodem, że tenże istnieje. Na szczęście Rudzik okazał się chuściochem, zasypia jak tylko go zamotam. Kupiłam już chustę i wiążemy się w ciągu dnia, bo jednak daje mi to więcej swobody. Mam wolne ręce, więc mogę coś tam ugotować i bardziej zająć się Rysiem. Ale to dopiero od wczoraj.
Mówię Rysiowi, że go bardzo kocham częściej niż zwykle. Przytulam go, kiedy tylko mogę. Tylko że są też te momenty, kiedy nie mogę. Kiedy Rudzik płacze, i Ryś płacze i mnie woła...I tata, który zawsze mówi, że mama "zaraz przyjdzie". Zawsze zaraz. Wiem, że to się unormuje, ale ciężko mi z tym.
Za to mamy nowe rytuały wieczorne. Najpierw kąpiemy Rudzika w asyście Rysia, potem ja karmię małego, a tata kąpie starszego, przychodzą do nas do pokoju, Ryś ubiera piżamkę, daje buzi mi i OBOWIĄZKOWO Rudzikowi. Słodkie to jest❤️Zwłaszcza że zaczął to robić sam z siebie. Kocham te moje dzieci przeogromnie. 
I mimo że wybitnie zmęczona, to jestem przeszczęśliwa.
I muszę Wam pokazać te stópki, no po prostu muszę🧡


środa, 30 stycznia 2019

Dwa tygodnie temu...

Środa.
Nie spałam dobrze tej nocy. Budziłam się co chwilę i byłam niespokojna. Około 4 rano poczułam, że coś się dzieje. Wstałam, poszłam do łazienki i już byłam pewna, że to płyną wody. Spokojnie wróciłam do sypialni, obudziłam męża, ubraliśmy się, wzięliśmy torby i pojechaliśmy do szpitala. Moja mama została z Rysiem. W szpitalu wody płynęły już strumieniem. Przyjęli mnie na oddział przedporodowy i...nic. Nic się nie działo, oprócz ciągle odpływających wód.
Cały dzień  spędziłam czekając na jakiś kolejny etap porodu, robiono mi badania, przynoszono okropne jedzenie, jak to w szpitalu. Mąż był ze mną. Skurcze poczułam o północy. Do rana zrobiły się częstsze i silniejsze.
Czwartek.
Skurcze miałam już regularne i silne. Byłam pewna, że wkrótce urodzę. Niestety, mój organizm nie był w pełni gotowy na poród, skurcze nie postępowały, szyjka się nie rozwierała. Około 15h zdecydowano o podaniu oksytocyny. I tu zaczął się najgorszy okres porodu. Pomimo bardzo bolesnych i częstych skurczy, ciągle nie było rozwarcia, a mały nie zsuwał się w kanał rodny. Zmieniono więc sposób podania oksytocyny, dostałam też zastrzyk na zgładzenie szyjki. I tu już zaczął się koszmar. Nie myślałam, że coś może tak boleć. Skurcze miałam praktycznie bez żadnej przerwy, były cholernie bolesne. Wtedy myślałam, że już gorzej nie będzie. Że skoro już czuję, jakby mnie coś od środka rozrywało, to chyba już jest apogeum.
Ale nie.
Przede mną były skurcze parte.
Rodziłam mojego syna na pełnym rozwarciu przez ponad 3 godziny. Od odejścia wód do jego urodzenia minęło 41 godzin. Skurcze miałam przez 23 godziny. A i tak nie udało mi się urodzić go siłami natury. Na końcu nie miałam już siły. Bardzo chciałam go urodzić naturalnie i robiłam co mogłam, żeby tak było. Dałam z siebie wszystko. Byłam wyczerpana, pot spływał ze mnie strumieniami, nie mogłam mówić, nie mogłam oddychać. Wypróbowaliśmy każdą możliwą pozycję. Już było widać główkę, która niestety cofała się do miednicy, jak tylko mijał skurcz i przestawałam przeć. Ostatecznie lekarz, po kilku moich prośbach, zdecydował o wykonaniu cesarskiego cięcia. Nie miałam szans urodzić go naturalnie. Źle wstawił się w kanał rodny, jego główka, zamiast przygięta do klatki piersiowej, była odgięta do tyłu.
Na szczęście synek urodził się cały i zdrowy w czwartek po 23h.
Usłyszałam jego płacz i to był najpiękniejszy dźwięk po tym wysiłku. Podano mi go do twarzy, pocałowałam jego główkę i się rozszlochałam.
Poród był ciężki i nie taki, jak sobie wyobrażałam, ale mimo wszystko wspominam te dwa dni z ogromnym sentymentem, już teraz. Cały czas byliśmy pod opieką, nasz stan był non stop monitorowany, cały czas była przy mnie położna, większą część porodu także mąż. Nie bałam się, wiedziałam, że damy radę. I daliśmy.
Po 3 dniach wyszliśmy do domu i mogłam w końcu przytulić Rysia, za którym bardzo tęskniłam. Nie widziałam go 5 dni, pierwszy raz rozstaliśmy się na tak długo. Płakałam za nim bardzo.

A teraz jesteśmy w czwórkę❤️ Miałam urodzić Rysiątko, a urodziłam piękną ptaszynkę.
W krainie Rysia zamieszkał Rudzik❤️
I spełnia się moje marzenie o karmieniu piersią😊

piątek, 18 stycznia 2019

17.01.2019

Najpierw byłeś odległym marzeniem.

Potem bólem i ogromnym fizycznym brakiem.

Aż w końcu w ogóle Cię nie było.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
I gdy zupełnie przestałam w to wierzyć, 
Ty zamieszkałeś w ciepłym schronieniu mojego brzucha.


A dziś


Dziś jesteś, naprawdę jesteś...

Witaj na świecie synku❤️❤️❤️

wtorek, 15 stycznia 2019

41tc...

Kolejny post planowałam dopiero po porodzie, ale cóż, pogoda jaka jest każdy widzi, w związku z czym naszemu synkowi nie spieszy się na świat.
I wszystko się przez to pokićkało.
Tak bardzo zależało mi na zabezpieczeniu Rysia na ten czas, myślałam, że zajmie się nim moja mama, ale ona jest niestety tylko do jutra. Potem musimy radzić sobie sami.
W piątek idę do szpitala i czeka mnie indukcja porodu. Podłączą mi cewnik Foleya na 24h, a potem kroplówkę z oksytocyną.
Na szczęście Ryś jest w miarę zdrowy i oby tak zostało, zawieziemy go rano do żłobka, a potem mąż odstawi mnie na oddział, a po południu odbierze małego. W sobotę przyjedzie mój brat, zostanie do niedzieli do południa i zajmie się Rysiem.
Mam nadzieję, że do końca weekendu młodszy synek już będzie na świecie.

Trzymajcie kciuki, bo nie tak miało to wszytko wyglądać. Jestem zestresowana i smutna😟


czwartek, 27 grudnia 2018

Ciągle razem - 38 tydzień ciąży

Święta i Święta i wiadomo. 4 kilo na plusie. Nawet mnie to przeraziło, mimo że tycia u mnie i tak nie widać😉 
Ciągle jesteśmy w tak zwanym dwupaku i mam nadzieję, że tak dotrwamy do 2019 roku. Jest mi już ciężko, stopy mi puchną, zniknęły gdzieś moje kostki, mam problem z założeniem butów, bo ani się nie mogę schylić, ani wciągnąć ich na te moje serdelki. Mały dokazuje w brzuchu tak, że żebra mam poobijane. Nie mogę spać. Mam wrażenie, że wszystkie niedogodności ciąży przypadły u mnie na te ostatnie dni. Ale nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie, bo cała moja ciąża minęła praktycznie bez żadnych dolegliwości.
Od początku tygodnia mój mąż jest na urlopie, więc nie straszna mi nawet kolejna choroba Rysia. Tak tak, moje dziecko znów jest chore, jutro czeka nas wizyta u lekarza...
Od 2 stycznia będzie już moja mama, więc jak coś zacznie się dziać, to powinno się udać bez większych stresów zabezpieczyć Rysia tak, żeby był pod dobrą opieką i spokojnie dojechać do szpitala. 
Dzidziuś waży już całe 3300g i jest gotowy do przyjścia na świat😊


środa, 12 grudnia 2018

Ostatnia prosta...


Dziś będzie żal post, sorry.

Nie tak wyobrażałam sobie ten czas. Od prawie dwóch tygodni siedzę z Rysiem w domu, bo jest biedaczek chory. Najpierw standardowo oskrzela, ale jak po tygodniu inhalacji sterydem rzężenie nie ustało i kaszel wcale się nie zmniejszył, to pani doktor zaczęła podejrzewać bakterię i dała nam ostatecznie antybiotyk. Tak naprawdę ta jego choroba ciągnie się z przerwami od początku listopada...No i siedzimy tak sobie sami. A nie, sorki.

Nie siedzimy. Nie leżymy.
Zapierdzielamy.

I mam już dość, naprawdę. Jestem w 36 tygodniu ciąży i jest mi ciężko, nie ma co ukrywać. Ryś jest dużym chłopcem, ale jednak ciągle wymaga podnoszenia, noszenia, włożenia do krzesełka, i tak dalej i dalej i dalej...Poza tym jeździmy na kontrole i czasem nie jestem w stanie za nim nadążyć. Ostatnio przy rejestracji posadziłam go obok siebie na krześle, chciałam potwierdzić wizytę i to krzesło wydawało mi się bardzo bezpiecznym miejscem. Nie zauważyłam, że tuż obok na kaloryferze, tuż w zasięgu rączki Rysia, leży sobie listwa, do której podłączone są wszystkie komputery w rejestracji. Listwa miała ładne czerwone światełko. Listwa była blisko Rysia. Dopowiedzcie sobie ciąg dalszy, a ja tylko napiszę, że recepcjonistki zamordowałyby mnie wzrokiem, gdyby miały takową możliwość...

Dodatkowo ja też choruję. Kaszlę tak, że bolą mnie wszystkie mięśnie. Do tego dwa razy miałam jelitówkę. Dwie noce, gdzie myślałam, że umrę. Bałam się że wymioty wywołają skurcze, że zaszkodzę dziecku, że dzieje się coś złego. Na szczęście z małym wszystko dobrze, tylko ja się umęczyłam.

Jestem wykończona. Ten czas nie jest radosnym czasem oczekiwania, tak jak być powinno. I to podwójnym, bo przecież idą Święta. Starczyło mi sił na umycie kilku okien, ale reszta jest kompletnie nieruszona. Wiem, że to w ogóle nie jest ważne, ale przez to nie czuję zupełnie atmosfery zbliżającego się Bożego Narodzenia. Nie chce mi się wieszać światełek na brudne firanki.  Nie chce mi się dekorować domu.

W tym roku Święta spędzimy u nas, bo boję się już wyjeżdżać daleko od szpitala, w którym będę rodzić. No i chciałabym, żeby to wszystko jakoś wyglądało, a nie wygląda.

Co do porodu.

Od przysłowiowych wieków byłam pewna, że urodzę przez cesarskie cięcie, ponieważ dwa razy miałam usuwaną dużą wadę wzroku połączoną z astygmatyzmem. Ale po kilku konsultacjach okulistycznych, z badaniem dna oka, grubości rogówki i USG gałek ocznych włącznie, okazało się, że nie ma wskazań do cesarki. Będę więc rodzić siłami natury. O ile na początku ta wizja mnie przeraziła, o tyle teraz nie mogę się doczekać😊 Niestety przez to, że byłam nastawiona na cięcie, nie zapisałam się do żadnej szkoły rodzenia. Dlatego zdecydowaliśmy się wykupić położną na cały poród. Tym bardziej, że będę rodzić sama, bez męża. Mój mąż ma niestety olbrzymią fobię i nie da rady mi towarzyszyć. Postara się być ze mną jak najdłużej w pierwszej fazie porodu i wejdzie z powrotem zaraz po tym, jak nasz syn przyjdzie na świat. Ale cały poród będę sama, dlatego ciągła obecność położnej jest dla mnie taka ważna. Dodatkowo jej wykupienie gwarantuje poród w pokoju narodzin. To taki pokój, gdzie światło jest przygaszone, nad łóżkiem wiszą bawełniane kule, gra delikatna muzyka, jest kołyska dla dziecka, łazienka, piłki, worki itp. Ktoś może powiedzieć, że przesadzam, ale to mój pierwszy i jedyny poród i chcę, żeby był czymś pięknym, a nie traumatycznym. Nie boję się bólu, nie będę miała znieczulenia. Jedyne, czego się obawiam, to komplikacje w trakcie, ale nie myślę o tym, nastawiam się bardzo pozytywnie.

To już tak niedługo. Torby stoją spakowane, pokoik syna gotowy. Czekamy❤️