niedziela, 10 czerwca 2018

Ciąża po in vitro


Fizycznie ciąża po in vitro nie różni się niczym od ciąży naturalnej. Za to na pewno jest okupiona większym stresem i obawami. A w moim przypadku nawet radość nie była tak wielka, jak można by się było spodziewać...Kiedy zobaczyłam te upragnione, od siedmiu lat wyczekiwane dwie kreski, zaśmiałam się, jakbym usłyszała żart, i to nie całkiem dobry. My byliśmy więcej niż pewni, że nigdy nie będziemy mieli biologicznych dzieci. Do criotransferu podeszliśmy teraz, bo chcieliśmy złożyć podanie o drugą adopcję. Ale przed tym chcieliśmy zamknąć definitywnie naszą przygodę z in vitro. Mieliśmy zamrożone dwa zarodki, chcieliśmy je zabrać, wiedząc, że i tak się nie uda, i wtedy ponownie skierować kroki do naszego Ośrodka. Nasze zdziwienie było ogromne, i tak naprawdę na początku po prostu nie wierzyliśmy, że naprawdę nam się udało. Mój mąż, jak pokazałam mu test, powiedział tylko: "Kochanie, zobaczymy, co będzie dalej". Nie "Kochanie bardzo się cieszę", tylko "zobaczymy"...Pierwsza beta potwierdziła ciążę, potem druga, i kolejna, a my nadal wątpiliśmy, że ta ciąża naprawdę jest. Na wizycie, na której pierwszy raz usłyszeliśmy serce naszego dziecka, oboje płakaliśmy. I przez ten moment, kiedy słyszeliśmy te szybkie uderzenia, dotarło do nas, że to się dzieje naprawdę. Ale na chwilę, bo już po wyjściu z gabinetu, kiedy minęło pierwsze wzruszenie, powiedziałam do męża, że może w końcu uwierzę, jak urośnie mi brzuch...
Obok niedowierzania od samego początku ciąży towarzyszył mi ogromny strach. Od dnia transferu miałam dość silne bóle brzucha. I mimo że lekarz potwierdził, że to normalne, że to jest objaw wczesnej ciąży, co chwilę biegałam do toalety pewna, że dostałam miesiączkę i że to już koniec naszej radości. Najgorsze, że było to dla mnie oczywiste. Oczywiste, że tak się stanie. Że przyjdzie nam uporać się z kolejną porażką, z kolejnym rozczarowaniem. Jak na złość, pierwszy trymestr jest dla mnie wyjątkowo łaskawy, nie mam mdłości, i generalnie żadnych dolegliwości ciążowych, tym trudniej było mi uwierzyć, że jestem w ciąży. Ale jestem. Każdy kolejny tydzień, każda wizyta potwierdzająca prawidłową ciążę mi to uświadamia. Właśnie zaczęłam 10 tydzień i czuję się bardzo dobrze. Bóle brzucha minęły, piersi przestały się mieścić w staniku i teraz już bez strachu mogę powiedzieć, że spodziewam się dziecka♥ Bo teraz już wierzę, że wszystko będzie dobrze.
Niesamowite są reakcje naszych najbliższych! Ich radość jest tak szczera, że ciężko ją ukryć, są łzy, są gratulacje. Ale są też komentarze, że oni wiedzieli. Oni wiedzieli, że tak będzie. Że teraz, jak już adoptowałam, to się "odblokuję", oni wiedzą, bo tak jest "zawsze". I oni mówili, że teraz to już "na pewno zajdę". Tak jakby nasza niepłodność była wynikiem blokady w mojej głowie. No nie. Inna sprawa, że nie mówimy wszystkim, że to ciąża dzięki in vitro. Wie tylko nasza najbliższa rodzina. Te komentarze mnie denerwują, ale nic nie mówię. Bo ci, którzy je wygłaszają, też się bardzo cieszą.
Teraz czekają nas badania prenatalne, za które nie płacę z racji wieku. I oczywiście, jest to kolejny powód do stresu.
Ale teraz tego stresu jest już dużo mniej. Teraz nawet pozwalam sobie na wizualizacje i widzę siebie jesienią, już na zwolnieniu, na tarasie, z książką w ręku, opartą o ciążowy brzuszek...

A w kolejnym poście napiszę Wam, co u Rysia, bo biedak ciągle choruje i w ogóle żłobek mocno odbija się na jego emocjach...

czwartek, 24 maja 2018

Coming back, coming out:)

Powinnam się chyba wytłumaczyć z tak długiej przerwy od blogowania. Chociaż, jak to zwykle bywa, powody są prozaiczne. Otóż najpierw nie miałam za wiele czasu, a potem czekałam na potwierdzenie pewnej wiadomości:) Do napisania mam sporo, bo niemało się wydarzyło przez ten miesiąc. Ale czasu nadal nie przybywa, więc się streszczę w jednym krótkim, acz treściwym poście;)
Po pierwsze żłobek Rysia. Był płacz, bunt, sporo emocji, i oczywiście choroby. Aktualnie borykamy się z gorączką po 40 stopni codziennie i zapaleniem migdałków, chwilę wcześniej było zapalenie oskrzeli. Nie wspomnę o katarze, bo to chyba taki atrybut żłobkowicza...Mały płacze przy odprowadzaniu, ale później na szczęście się uspokaja i chętnie bawi się z dziećmi. Zrobił duże postępy, gada jak najęty, oczywiście w sobie tylko znanym języku, ale mówi, co nas bardzo cieszy. W maju postawił też swoje pierwsze kroczki. Na razie ciągle są to pojedyncze zrywy, niezdarne i chwiejne, ale ma jeszcze czas. Jestem z niego bardzo dumna.
Po drugie moja praca. Wróciłam 7 maja i do tej pory ciężko mi się odnaleźć. Musieliśmy zupełnie przeorganizować nasze życie. Wstajemy o przeraźliwie wczesnej godzinie, bo 5:30 to dla mnie praktycznie środek nocy. Pracuję do 15h i migiem jadę po małego, spacer, obiad, kąpiel i dzień się kończy. A ja ciągle szukam tego czasu, który mieliśmy wcześniej tylko dla siebie. Teraz moje dziecko większą część dnia spędza z dala ode mnie i to mnie naprawdę smuci.
Po trzecie kriotransfer. Pisałam o nim jakiś czas temu, podeszliśmy do niego 23 kwietnia. Dziewięć dni później zrobiłam test ciążowy. Dziś jestem w 7 tygodniu ciąży i noszę w brzuszku centymetrowe Rysiątko z mocno bijącym serduszkiem:)
Ryś będzie miał rodzeństwo:)

piątek, 20 kwietnia 2018

Biszkoptowe muffinki

Dziś proponuję Wam proste jajeczne biszkopciki, upieczone w muffinkowych kokilkach. Są pyszne i...ładne☺️


Biszkoptowe muffinki

2 jajka
2 łyżki mąki
1 banan
pół łyżeczki sody oczyszczonej

Oddzielamy żółtka od białek, białka ubijamy na sztywną pianę. Banana rozgniatamy i mieszamy z żółtkami i mąką z sodą oczyszczoną. Do masy bananowej dodajemy ubitą pianę i delikatnie mieszamy. Ciasto przekładamy do foremek, pieczemy w nagrzanym do 180 stopni piekarniku przez ok 15 minut. Po tym czasie uchylamy piekarnik i pozwalamy biszkoptom wystygnąć. 
Enjoy!

środa, 11 kwietnia 2018

Kochać, jak to łatwo powiedzieć

Ostatnio przeczytałam komentarz, że więź i miłość do dziecka pojawiają się od razu. Komentarz ten był skierowany do pewnej świeżo upieczonej mamy adopcyjnej, która czekała na pierwsze spotkanie ze swoim dzieckiem. I pomyślałam sobie wtedy, że takie myślenie jest dość popularne i może niestety skrzywdzić rodziców adopcyjnych. Bo to nie jest prawda. To "coś" nie zawsze pojawia się od razu...Rzadko bywa tak, że widzimy dziecko i jest wielkie wow i magia. A niektórzy tego się spodziewają i martwią się, gdy przy pierwszym spotkaniu ich uczucia są zgoła odmienne. Zastanawiają się wtedy, czy na pewno są gotowi, czy na pewno wszystko z nimi w porządku, czy będą w stanie to dziecko pokochać. Będą. Ale na to trzeba czasu. Miłość i więź rodzą się długo, często w bólach i złości. Tę więź trzeba wypracować, wymaga to od rodziców cierpliwości i wytrwałości. Dzieci porzucone są skrzywdzone, mają traumę i często wiele już w życiu przeszły. Potrzebują czasu, żeby przyzwyczaić się do nowej sytuacji, poznać tych obcych ludzi, którzy mają być od teraz ich mamą i tatą, zaufać, pokochać. Ktoś ładnie napisał, że są "jak bure misie, które rozkwitają jak róże", otoczone miłością. Ale tej miłości też trzeba się nauczyć. I przede wszystkim, dzieci muszą być pewne, że tę miłość otrzymają i same mogą ją dać w stu procentach. A wcześniej mogą nas sprawdzać na wszystkie sposoby. Mogą się złościć, mogą psuć, mogą prowokować. W ten sposób będą chciały się upewnić, że nikt ich nie odda, że są bezpieczne i kochane.

Oczywiście życie pisze różne scenariusze. Na pewno są rodziny, w których więź narodziła się od razu, gdzie dzieci od razu poczuły się jak domu i od razu zaakceptowały nową sytuację i nowe życie. Ja jednak skłaniam się ku teorii, że nawiązywanie relacji musi trochę potrwać.
Nawet w przypadku adopcji noworodka.
Mojego syna poznałam, jak miał zaledwie kilka dni i był naprawdę przepięknym dzieckiem. Jak zobaczyłam go po raz pierwszy, nie mogłam opanować łez i wzruszenia. Ale nie boję się powiedzieć, że na początku wcale go nie kochałam. Musiałam się tego nauczyć. To nie było tak, że miłość macierzyńska wybuchła od razu jak pąki na drzewach po pierwszym deszczu w wiosenny dzień. Nie. To uczucie budziło się do życia z każdym jego uśmiechem, nową umiejętnością, spojrzeniem, przytuleniem. Na początku mówiłam sobie, że go kocham, bo to moje dziecko, a swoje dzieci się kocha. I kochałam go w głowie. Ale fizyczną miłość poczułam po wielu miesiącach spędzonych razem, i czuję ją dziś każdą komórką mojego ciała. I ta miłość z dnia na dzień jest coraz większa. I każdego dnia jest inna. Bo Ryś się zmienia. Świadomie się do mnie przytula, wieczorem przed snem kładzie mi głowę na piersi i jest to nasza najwspanialsza chwila w ciągu całego dnia. Wcześniej tego nie robił i dziwię się cały czas, ile nowych uczuć wzbudzają we mnie właśnie takie jego nowe zachowania. Mówi mama, co cały czas bardzo mnie rozczula.
Na wszystko potrzeba czasu. Na miłość również. Nie wymagajmy od siebie od razu uczuć, które mają prawo dopiero się w nas rodzić. Dajmy czas sobie i swoim dzieciom. Bądźmy obok, zapewniajmy poczucie bezpieczeństwa, troskę, swoją obecność, a więź się narodzi i będzie mocna i nierozerwalna.


środa, 28 marca 2018

Bananowy song:)

Kochamy placuszki! Więc dzielimy się przepisem:) Smacznego!


Placuszki bananowe

  • 1 banan
  • 3 łyżki płatków owsianych
  • 2 jajka
  • 1 łyżka mąki
  • 1 łyżka zmielonych migdałów
  • pół łyżeczki sody oczyszczonej
Banana, jajka i płatki owsiane zmiksować na gładką masę. Wymieszać z mąką, migdałami i sodą oczyszczoną. Ja do połowy masy dodałam kakao. Placuszki można polać miodem (po roku), podać z jogurtem naturalnym, domową konfiturą.










poniedziałek, 26 marca 2018

There is no place...?

Tak mówią. Że wszędzie dobrze, ale w domu, wiadomo. Zawsze jak wracam z Francji, czuję ogromny niedosyt, żal i po prostu tęsknię. Jest mi tam naprawdę bardzo dobrze. Nie w Paryżu, nie na Lazurowym Komercyjnym Wybrzeżu, ale właśnie w tej sielskiej, wiejskiej, deszczowej, wietrznej Bretanii. Życie płynie tam zupełnie inaczej. Ludzie są inni, spokojni, nigdzie się nie spieszą, są niesamowicie uprzejmi i mili. Zawsze jak tam jesteśmy, dziwimy się ogromnie, jak łatwo jest spotkać uśmiechniętego sprzedawcę, który zawsze pożyczy ci miłego dnia, podziękuje z szerokim uśmiechem, zapyta, jak się czujesz. I jak to możliwe, że to, co powinno być naturalne, jest tak trudne w naszym kraju? Dlaczego tylu tu ponuraków? Dlaczego ludzie na poczcie, w urzędzie itd. zachowują się, jakby robili ci wielką łaskę? Dlaczego na moim własnym osiedlu sąsiedzi nie mówią sobie "dzień dobry"? Zawsze jak wracam, jestem trochę rozdarta. Bo chciałabym tam żyć. Z drugiej strony nie chcę zostawiać mojego życia tutaj, domu, rodziny. Może kiedyś...póki co muszą wystarczyć mi wakacje.
Ryś lot zniósł całkiem dobrze, gorzej z nami. Umęczył nas bardzo, zwłaszcza w drodze powrotnej, bo przez strajki nasz lot był opóźniony i przesiedzieliśmy w uziemionym samolocie dodatkową godzinę. Plus dwie godziny lotu. A moje dziecko nie należy do spokojnych maluchów. On MUSI się ruszać:) Było ciężko, bo tam niestety nie mógł. Ale jakoś daliśmy radę.
Sam nasz pobyt u teściów był bardzo udany. Dziadkowie zorganizowali dla małego urodziny, zaprosili rodzinę, wypiliśmy szampana za jego zdrowie. On nacieszył się dziadkami, a dziadki wnukiem. Raz udało nam się nawet wyjść na kawę, toż to prawie randka! Ryś został wtedy z babcią i bawił się tak dobrze, że nawet nie zwrócił na nas uwagi, gdy po trzech godzinach wróciliśmy do domu. Było naprawdę bardzo sympatycznie.
A teraz powoli wracamy do naszej rzeczywistości. Od kwietnia zaczynamy adaptację w żłobku, a 2 maja wracam do pracy. Nie chcę, tak bardzo nie chcę...
Kilka zdjęć z naszej podróży: