piątek, 18 stycznia 2019

17.01.2019

Najpierw byłeś odległym marzeniem.

Potem bólem i ogromnym fizycznym brakiem.

Aż w końcu w ogóle Cię nie było.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
I gdy zupełnie przestałam w to wierzyć, 
Ty zamieszkałeś w ciepłym schronieniu mojego brzucha.


A dziś


Dziś jesteś, naprawdę jesteś...

Witaj na świecie synku❤️❤️❤️

wtorek, 15 stycznia 2019

41tc...

Kolejny post planowałam dopiero po porodzie, ale cóż, pogoda jaka jest każdy widzi, w związku z czym naszemu synkowi nie spieszy się na świat.
I wszystko się przez to pokićkało.
Tak bardzo zależało mi na zabezpieczeniu Rysia na ten czas, myślałam, że zajmie się nim moja mama, ale ona jest niestety tylko do jutra. Potem musimy radzić sobie sami.
W piątek idę do szpitala i czeka mnie indukcja porodu. Podłączą mi cewnik Foleya na 24h, a potem kroplówkę z oksytocyną.
Na szczęście Ryś jest w miarę zdrowy i oby tak zostało, zawieziemy go rano do żłobka, a potem mąż odstawi mnie na oddział, a po południu odbierze małego. W sobotę przyjedzie mój brat, zostanie do niedzieli do południa i zajmie się Rysiem.
Mam nadzieję, że do końca weekendu młodszy synek już będzie na świecie.

Trzymajcie kciuki, bo nie tak miało to wszytko wyglądać. Jestem zestresowana i smutna😟


czwartek, 27 grudnia 2018

Ciągle razem - 38 tydzień ciąży

Święta i Święta i wiadomo. 4 kilo na plusie. Nawet mnie to przeraziło, mimo że tycia u mnie i tak nie widać😉 
Ciągle jesteśmy w tak zwanym dwupaku i mam nadzieję, że tak dotrwamy do 2019 roku. Jest mi już ciężko, stopy mi puchną, zniknęły gdzieś moje kostki, mam problem z założeniem butów, bo ani się nie mogę schylić, ani wciągnąć ich na te moje serdelki. Mały dokazuje w brzuchu tak, że żebra mam poobijane. Nie mogę spać. Mam wrażenie, że wszystkie niedogodności ciąży przypadły u mnie na te ostatnie dni. Ale nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie, bo cała moja ciąża minęła praktycznie bez żadnych dolegliwości.
Od początku tygodnia mój mąż jest na urlopie, więc nie straszna mi nawet kolejna choroba Rysia. Tak tak, moje dziecko znów jest chore, jutro czeka nas wizyta u lekarza...
Od 2 stycznia będzie już moja mama, więc jak coś zacznie się dziać, to powinno się udać bez większych stresów zabezpieczyć Rysia tak, żeby był pod dobrą opieką i spokojnie dojechać do szpitala. 
Dzidziuś waży już całe 3300g i jest gotowy do przyjścia na świat😊


środa, 12 grudnia 2018

Ostatnia prosta...


Dziś będzie żal post, sorry.

Nie tak wyobrażałam sobie ten czas. Od prawie dwóch tygodni siedzę z Rysiem w domu, bo jest biedaczek chory. Najpierw standardowo oskrzela, ale jak po tygodniu inhalacji sterydem rzężenie nie ustało i kaszel wcale się nie zmniejszył, to pani doktor zaczęła podejrzewać bakterię i dała nam ostatecznie antybiotyk. Tak naprawdę ta jego choroba ciągnie się z przerwami od początku listopada...No i siedzimy tak sobie sami. A nie, sorki.

Nie siedzimy. Nie leżymy.
Zapierdzielamy.

I mam już dość, naprawdę. Jestem w 36 tygodniu ciąży i jest mi ciężko, nie ma co ukrywać. Ryś jest dużym chłopcem, ale jednak ciągle wymaga podnoszenia, noszenia, włożenia do krzesełka, i tak dalej i dalej i dalej...Poza tym jeździmy na kontrole i czasem nie jestem w stanie za nim nadążyć. Ostatnio przy rejestracji posadziłam go obok siebie na krześle, chciałam potwierdzić wizytę i to krzesło wydawało mi się bardzo bezpiecznym miejscem. Nie zauważyłam, że tuż obok na kaloryferze, tuż w zasięgu rączki Rysia, leży sobie listwa, do której podłączone są wszystkie komputery w rejestracji. Listwa miała ładne czerwone światełko. Listwa była blisko Rysia. Dopowiedzcie sobie ciąg dalszy, a ja tylko napiszę, że recepcjonistki zamordowałyby mnie wzrokiem, gdyby miały takową możliwość...

Dodatkowo ja też choruję. Kaszlę tak, że bolą mnie wszystkie mięśnie. Do tego dwa razy miałam jelitówkę. Dwie noce, gdzie myślałam, że umrę. Bałam się że wymioty wywołają skurcze, że zaszkodzę dziecku, że dzieje się coś złego. Na szczęście z małym wszystko dobrze, tylko ja się umęczyłam.

Jestem wykończona. Ten czas nie jest radosnym czasem oczekiwania, tak jak być powinno. I to podwójnym, bo przecież idą Święta. Starczyło mi sił na umycie kilku okien, ale reszta jest kompletnie nieruszona. Wiem, że to w ogóle nie jest ważne, ale przez to nie czuję zupełnie atmosfery zbliżającego się Bożego Narodzenia. Nie chce mi się wieszać światełek na brudne firanki.  Nie chce mi się dekorować domu.

W tym roku Święta spędzimy u nas, bo boję się już wyjeżdżać daleko od szpitala, w którym będę rodzić. No i chciałabym, żeby to wszystko jakoś wyglądało, a nie wygląda.

Co do porodu.

Od przysłowiowych wieków byłam pewna, że urodzę przez cesarskie cięcie, ponieważ dwa razy miałam usuwaną dużą wadę wzroku połączoną z astygmatyzmem. Ale po kilku konsultacjach okulistycznych, z badaniem dna oka, grubości rogówki i USG gałek ocznych włącznie, okazało się, że nie ma wskazań do cesarki. Będę więc rodzić siłami natury. O ile na początku ta wizja mnie przeraziła, o tyle teraz nie mogę się doczekać😊 Niestety przez to, że byłam nastawiona na cięcie, nie zapisałam się do żadnej szkoły rodzenia. Dlatego zdecydowaliśmy się wykupić położną na cały poród. Tym bardziej, że będę rodzić sama, bez męża. Mój mąż ma niestety olbrzymią fobię i nie da rady mi towarzyszyć. Postara się być ze mną jak najdłużej w pierwszej fazie porodu i wejdzie z powrotem zaraz po tym, jak nasz syn przyjdzie na świat. Ale cały poród będę sama, dlatego ciągła obecność położnej jest dla mnie taka ważna. Dodatkowo jej wykupienie gwarantuje poród w pokoju narodzin. To taki pokój, gdzie światło jest przygaszone, nad łóżkiem wiszą bawełniane kule, gra delikatna muzyka, jest kołyska dla dziecka, łazienka, piłki, worki itp. Ktoś może powiedzieć, że przesadzam, ale to mój pierwszy i jedyny poród i chcę, żeby był czymś pięknym, a nie traumatycznym. Nie boję się bólu, nie będę miała znieczulenia. Jedyne, czego się obawiam, to komplikacje w trakcie, ale nie myślę o tym, nastawiam się bardzo pozytywnie.

To już tak niedługo. Torby stoją spakowane, pokoik syna gotowy. Czekamy❤️

wtorek, 27 listopada 2018

Amarantuski

Gdyby ktoś z Was, jak ja, miał chęć na nocne, szybkie pieczenie, polecam Wam serdecznie amarantuski z Alaantkowego. Są banalnie proste i idealne na początek przygody z BLW.

Amarantuski

  • szklanka amarantusa ekspandowanego
  • jedno jajko
  • łyżka oleju rzepakowego
  • łyżka miodu*
  • łyżka syropu klonowego
  • łyżeczka masła orzechowego (opcjonalnie)
  • łyżka żurawiny

Wymieszać wszystkie składniki, na blasze wyłożonej papierem do pieczenia uformować okrągłe ciasteczka, piec max. 10 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni. Poczekać, aż ostygną i zdjąć z blachy.
Ciasteczka są miękkie, idealne dla maluchów.

* po 12 miesiącu

poniedziałek, 19 listopada 2018

Zwykła matka

Zanim jeszcze poszłam na zwolnienie, rozmawiałam z moim szefem i opowiadałam mu o którymś usg, na którym widziałam, jak mały ziewa. I ciągle mam w głowie jego komentarz, który odebrałam jakoś tak...negatywnie.

"Zupełnie inny wymiar macierzyństwa, prawda?"

Nie, nieprawda.

Jestem w ciąży, z Rysiem nie byłam. Ale te emocje, które towarzyszyły mi w oczekiwaniu na niego, jeszcze dziś sprawiają, że mam łzy w oczach. Czekałam na niego tak samo mocno, jak czekam teraz na Rysiątko. Chociaż nie. To też nie jest prawda. Na Rysia czekałam bardziej. Na Rysia czekałam całe życie. To on uczynił mnie Mamą. To on zmienił moje życie. Czas oczekiwania na niego zakończył bardzo ciężki etap naszego życia, pełen rozczarowań, żalu, łez, samotności, ciszy. Ten etap trwał tak długo, że czekając na telefon z Ośrodka Adopcyjnego chodziłam z głową w chmurach, bo wtedy byłam już tylko pełna nadziei. To chyba jak w ciąży, co nie? Miałam też mnóstwo obaw, wiadomo. Ale nie były one w stanie zepsuć mojej radości z oczekiwania na dziecko.

Opisywałam już na blogu moment, kiedy zadzwonił do nas ten telefon. A bardziej próbowałam opisać, bo emocje, jakie mi wtedy towarzyszyły, ciężko ubrać w słowa. Być może jest to porównywalne do emocji po porodzie, ale o tym przekonam się za dwa miesiące. Do tej pory to była najszczęśliwsza chwila w moim życiu.

Można by było pomyśleć, że podobna radość towarzyszyła mi, kiedy dowiedziałam się o ciąży. Ale ja nie czułam wtedy radości. Nie takiej, jak można byłoby się spodziewać. To była mieszanina zaskoczenia, niedowierzania, niepewności, strachu. Oczywiście cieszyłam się, że się udało, ale po 7 latach ta ciąża nie była już tak wyczekana, jak wyczekany był Ryś. A poza tym bardzo ciężko było nam w nią uwierzyć. Mówię o samej ciąży, żeby mnie nikt źle nie zrozumiał. Potem to się oczywiście zmieniło, im bliżej terminu porodu, tym mniej czarnych myśli w mojej głowie, a więcej pewności, że wszystko będzie dobrze. I tym to oczekiwanie na drugie dziecko jest bardziej radosne i ekscytujące.

Jestem pewna, że jak Rysiątko pojawi się na świecie, to będzie naszym drugim oczkiem w głowie.
Bo miłość do dzieci to taka miłość, której się nie dzieli na dwoje, tylko mnoży razy dwa.

Do tego postu zainspirował mnie anonimowy komentarz, którego autor stwierdził, że na blogu zrobiło się mało Rysia.

Ryś jest i będzie moim pierwszym, wyczekanym synkiem.
Rysiątko jest i będzie naszym drugim, wyczekanym synkiem. 

Nie widzę żadnej różnicy pomiędzy moimi dziećmi, pomiędzy moim macierzyństwem wtedy i teraz, pomiędzy moimi uczuciami do dzieci. Nie myślę w ogóle o tym, że jedno z nich jest adoptowane, a drugie biologiczne. Nie ma to dla mnie ŻADNEGO znaczenia. Nie myślę o tym na co dzień, często w ogóle o tym nie pamiętam. Moje dzieci są tak samo moje, nieważne, jaką drogą trafiły do naszego życia.

poniedziałek, 15 października 2018

Brzemienna

Zaczęłam trzeci trymestr ciąży. Z dzieckiem wszystko w porządku. Ze mną psychicznie gorzej.
Ponoć w tym ostatnim okresie ciąży nasilają się różne obawy i strachy. Nie wiem, czy jest to związane z hormonami, czy naszymi wcześniejszymi doświadczeniami, ale drżę o tego malucha bardzo.

Są dni, gdy czuję się dobrze, mam sporo energii i wszystko jest pięknie. Ale są też takie, i nie wiem, czy nie jest ich więcej, kiedy czuję się bardzo niepewnie. Boli mnie brzuch, coś mnie ciągnie, coś kłuje, coś rozpiera. Synek zwykle jest energiczny, ale czasem zasypia. Zasypia na długo. Objadam się wtedy słodkim, żeby tylko zmusić go do dania mi znaku, że jest, że tylko śpi. Kładę się na lewym boku i liczę ruchy. Plamiłam, trzy razy, na różnych etapach ciąży. Ostatnio w 26 tygodniu. Pędziłam wtedy do szpitala, i za każdym razem słyszałam, że nic się nie dzieje. Dlaczego mnie to nie uspokaja?

Te strachy się zmieniają, najpierw bałam się poronienia i czekałam jak na zbawienie na koniec pierwszego trymestru. Po 22 tygodniu sprawdzałam szanse dziecka na przeżycie w przypadku porodu przedwczesnego. Teraz, gdy już wiem, że moje dziecko najprawdopodobniej przeżyje, nawet jeśli urodzi się dzisiaj, boję się tych najczarniejszych scenariuszy. Tych najgorszych, które nie zdarzają się często, ale się zdarzają. Najbardziej dobiła mnie historia sprzed kilku dni. Zdrowa mama, zdrowa córka. Tydzień przed porodem, na sofie, w domu, pęknięcie pęcherza płodowego, karetką do szpitala, walka o życie matki i dziecka. Niestety, dziecka nie udało się uratować. I co mam zrobić. Nie umiem się odprężyć, nie myśleć o tym.

Boję się porodu. Byłam pewna, że będę rodzić przez cesarskie cięcie, ze względu na laserową korekcję wzroku przy bardzo dużej wadzie, ale nie, prawdopodobnie czeka mnie poród siłami natury. Chcę tego i wolę tak, ale boję się bardzo. Szpitala ciągle nie wybraliśmy. Imienia również...
Boję się, że nie dam rady karmić, a bardzo tego chcę.

Zastanawiam się, skąd u mnie tyle czarnych myśli.

Uspokoję się dopiero wtedy, kiedy poczuję to ciepłe ciałko na mojej piersi, kiedy policzę wszystkie paluszki, kiedy usłyszę jego płacz. I wtedy zaczną się inne strachy, te matczyne, ale te już znam, już nie są mi tak obce i przerażające...