piątek, 30 grudnia 2016

To był dobry rok

Nie lubię takich podsumowań, ale tym razem muszę, bo czuję, że nie tylko rok się kończy, ale cala epoka w naszym życiu. I zaczyna się zupełnie nowy czas. Boje się jak cholera, jednocześnie nie mogę się doczekać na tego małego człowieka. 
Czym był dla mnie ten rok? Przede wszystkim bardzo ważną lekcją, na temat ludzi, rodziny, nas samych. Zaczęliśmy mówić o adopcji, starając się ją odczarować. Reakcje są różne, nie będę koloryzować, zazwyczaj jest to raczej konsternacja i współczucie (niestety), ale bardzo często również radość i wsparcie. 
Był to rok, kiedy znów poczułam się kobietą. Kiedy mój comiesięczny gość, choć ciągle niemile widziany, przestał przypominać mi, że znów, nadal nie jestem w ciąży. Zaczął za to uzmysławiać, że jestem po prostu kobietą, która i tak będzie matką, a póki co jest żoną, siostrą, córką, sobą. Zwykłym człowiekiem, a nie wybrakowanym egzemplarzem czekającej na cud niepłodnej.
Był to rok nowych nadziei, radości z oczekiwania, z pierwszych zakupów dla bobasa, mnóstwa zakupionych książeczek dla dzieci, kilku kocyków i niemowlęcych ciuszków (tak, tak, czasem nie mogę się powstrzymać;)
Ale przede wszystkim był to nasz rok, mój i mojego męża. Nigdy nie byłam tak wdzięczna za to, że go mam. Kiedy widzę, jak patrzy na dzieci, jaka iskra pojawia się w jego oczach, jak się wzrusza, wiem, że będzie najwspanialszym ojcem na świecie. Wiem, że wszystko przetrwamy. Ten rok pokazał nam, co to znaczy przeżywać życie i trudne chwile razem. Wcześniej wpieraliśmy się w naszej niepłodności, in vitro. Ale teraz jesteśmy o jeszcze jeden krok dalej. Jesteśmy razem dokładnie w tym samym momencie, wiedząc, co myśli to drugie, co przeżywa, jakie ma wątpliwości, strachy, analizujemy, wzajemnie się uspokajamy (no dobra, częściej on mnie, niż ja jego;), podejmujemy decyzje. Jesteśmy idealnie zharmonizowani, po tej samej stronie, z takimi samymi przekonaniami. To jest nasza wspólna droga. Kocham go. Po prostu. 
W kolejny rok wchodzimy z wielkimi nadziejami♥


czwartek, 22 grudnia 2016

Good news😊

Dzisiaj dostaliśmy oficjalną kwalifikację, od naszego dziecka dzieli nas już tylko jeden telefon.Taki prezent na Święta😍
Życzę Wam i nam spokojnych,rodzinnych,ciepłych Świąt i udanego wypoczynku,te Święta są w pewnym sensie dla nas wyjątkowe,bo ostatnie we dwójkę😊

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Strachy...

Boję się. Czekam na nasze dziecko z ogromnym podekscytowaniem, tęsknotą i miłością, ale jednocześnie boję się jak cholera:)
Jak to wszystko się ułoży, czy będzie zdrowe, z czym przyjdzie nam się zmierzyć...boję się swojej reakcji, wyobrażam sobie, że dziecko będzie brzydkie...wiem, głupie to strasznie, i wiem, że każde pokocham, ale boję się!
Co jeśli będzie ciągle płakać? Ja sobie czytam te wszystkie mądre książki, tam wszystko wydaje się takie proste, takie oczywiste, a przecież mam świadomość, że rzeczywistość może być zupełnie inna. I pewnie będzie. Nasze życie, fajne, spokojne, leniwe życie, zmieni się o 180 stopni. I ja tego chcę! Tak długo na to czekam, ale boję się...
Wcześniej był kurs, były dyskusje z psychologami, innymi parami, teraz jesteśmy tylko my. My i nasze wyobrażenia. Jak przetrwać to oczekiwanie, czas, kiedy w głowie rodzi się milion różnych obaw, pytań...Jak będzie wyglądało nasze życie? Jak zareagują sąsiedzi? Czy pies nie będzie zbyt zazdrosny? Czy zdążymy kupić wszystko, co maluszkowi będzie potrzebne? I najgorszy strach, czy moje dziecko będzie zdrowe?

Eh, tak bardzo chciałabym już wiedzieć, czy się już urodziłeś, czy już gdzieś na nas czekasz?



środa, 30 listopada 2016

Szczęśliwi Duńczycy

Przeczytałam "Duński przepis na szczęście". Bardzo fajny poradnik, z wieloma cennymi wskazówkami, jak wychowywać dzieci, żeby były szczęśliwymi dorosłymi. Niektóre rady teoretycznie są oczywiste, ale w praktyce nie zawsze się do nich stosujemy. Zabawa, która uczy, i nie chodzi tu o gry rozwojowe itp, taka normalna, nieskrępowana zabawa na podwórku, która uczy dzieci, jak daleko mogą się posunąć, gdzie są granice bezpieczeństwa i jak sobie te granice stawiać. Nauka radzenia sobie ze stresem, a nie unikanie stresu. Delikatne kierowanie dzieci w odpowiednim dla nich kierunku, ale przez obserwację ich zainteresowań i zachowań, a nie przez pryzmat naszych wyobrażeń. Uczenie empatii, mówienie dobrze o innych dzieciach, kierowanie uwagi dzieci na dobre cechy i zachowania ludzi. O ile lepiej jest powiedzieć "Zobacz, jaki ten chłopczyk jest miły", zamiast "Popatrz jak źle się zachowuje, jaki jest niegrzeczny". Dostrzeganie pozytywnych stron rzeczywistości. Podobno Duńczyk nigdy nie narzeka:) Nawet jak leje jak z cebra, Duńczyk powie, że za to weekend będzie piękny:) Sama bym tak chciała! Spędzanie czasu z rodziną na nicnierobieniu, wyłączenie smartfonów, tabletów...tak trudne w dzisiejszych czasach. I wiele innych ciekawych porad. Myślę, że coś w tym jest, w końcu Duńczycy to najszczęśliwszy naród na świecie:)

Kupiliśmy kilka rzeczy dla maluszka. Malutką szczoteczkę do główki, termometr do wanienki, ręczniki z kapturkiem, kilka pieluszek tetrowych. Sprawia nam to olbrzymią radość i przyjemność. Chociaż, stojąc pomiędzy półkami uginającymi się pod ciężarem tych wszystkich rzeczy dla dzieci, byłam trochę zagubiona. Tego jest mnóstwo! I nie wiem, co jest potrzebne, co na już, co można dokupić później... Na szczęście na szkoleniu dostaliśmy listę, co powinno się znaleźć w wyprawce. Na pewno skorzystamy:)
Idą święta, czas wzruszeń, no to kto nie widział, niech już biegnie po chusteczki, ja ryczałam jak bóbr:


środa, 23 listopada 2016

Koniec i początek

Skończyliśmy kurs:)
Czasem czuję takie szczęście i radość, że nie wiem, co mam ze sobą zrobić:)
Wiem, że będziemy czekać, ale teraz to czekanie już mnie nic a nic nie martwi. Poczekamy, może nie będzie łatwo, ale damy radę. To się może stać w każdej chwili, już teraz naprawdę, lada moment będziemy rodzicami:)
Pokoju nadal nie urządzamy, ale zaczynamy szukać w internecie interesujących nas rzeczy. Mam już upatrzone łóżeczko, muszę je tylko pokazać Tatusiowi, niech też się wypowie:) I widziałam już też wózek, na który z chęcią bym się zdecydowała. Drogie to cholerstwo. Łóżeczko lada dzień kupimy, ale nie będziemy go składać. Niech stoi w pudle gotowe na ten dzień:) Kupimy też pościel, jakieś dekoracje...no dobra, część już kupiłam:) No nie mogę się powstrzymać! Mamy łapacz snów:

I żyrafkę Minky:

Cudowny czas:)

sobota, 12 listopada 2016

Przemyślenia

Widziałam się ostatnio z ciężarną koleżanką, która sama borykała się z niepłodnością. Zaszła w ciążę po drugiej próbie IVF. Wie o mojej drodze i o adopcji. I nie wiem, jakoś tak od niej wyjątkowo oczekiwałam większego zrozumienia. A ona powiedziała mi, żebym się nie martwiła, że mi też się "uda". Co niby ma mi się udać. W ciąży najprawdopodobniej nigdy nie będę i zaakceptowałam ten fakt całkowicie. Nie było to łatwe, dlatego tym bardziej nie jest łatwe przekonywać do tego kogokolwiek.
-"Zobaczysz, uda Ci się"
-"Nie uda"
-"Uda, zobaczysz, ja też tak mówiłam, dotknij brzucha, może się zarazisz"
No jasny gwint. Ciążą się nie zarażę. Nie udało mi się 6 razy i już mi się nie uda. Ale uda mi się adopcja!
Wiem, że to nie zła wola, że to wyraz troski, ale trochę mnie to wkurza i jest mi przykro.
Czy ludzie się boją? Czy po prostu tak trudne jest zaakceptowanie, że ktoś może nie być w ciąży.
Tak bym chciała, żeby ludzie, którzy wiedzą, co w tym momencie przechodzimy, powiedzieli mi, że będę dobrą mamą, że życzą nam powodzenia, krótkiego czekania.
Na szczęście są i takie sytuacje:) Dziewczyny, N. i K., jesteście obie kochane, bo od Was słyszę właśnie takie życzenia, dostaję od Was wielkie wsparcie i mnóstwo pozytywnych emocji. Wspieracie mnie bardziej niż mama, bardzo Wam za to dziękuję. Bardzo:)
Miłego weekendu:)



sobota, 5 listopada 2016

Życie

            Mało piszę, wiem. Dlatego, że moje życie jest teraz takie...normalne. Żeby nie powiedzieć nudne;) O czym tu pisać? Żadnych transferów, smutków, wyrzeczeń, pierwszy raz od 5 lat. Czekamy cierpliwie na koniec kursu, jeszcze tylko 2 tygodnie, potem zbierze się komisja, której dziewczyny z ośrodka przekażą opinię na nasz temat i pewnie dostaniemy kwalifikację. Jeszcze będziemy musieli przejść kurs na rodzinę zastępczą, bo dopuszczamy możliwość wzięcia noworodka, ale to tylko jeden dzień.
          Gwoli wyjaśnienia, adoptując noworodka, przez pierwsze 6 tygodni jest się dla niego rodziną zastępczą właśnie, ponieważ biologiczna mama ma wtedy czas na ewentualną zmianę decyzji.
Póki co spędzam wieczory czytając.
          Nie jest to nic wyjątkowego, bo czytam zawsze, tyle że teraz zmieniła się trochę tematyka czytanych przeze mnie książek. Kupuję na potęgę:) Na kursie usłyszałam pierwszy raz o rodzicielstwie bliskości. Jaka to nowość, jak słyszy się od psychologa, że spanie z dziećmi jest dobre! Że dziecko należy nosić, o przytulaniu nawet nie wspomnę, bo to oczywista oczywistość:) Myślę, że w wielu rodzinach nadal panuje przekonanie, że potem ciężko odzwyczaić, że samo nie zaśnie itepe. A przecież dzieci, które dostają dużo bliskości, często są po prostu szczęśliwsze w późniejszym życiu. I same umieją tę bliskość dawać.
         W kolejce czeka "Duński przepis na szczęście". Póki co przeczytałam kilka stron, nie podoba mi się tłumaczenie, ale podoba mi się opisana w niej idea. Jakże prosta, "szczęśliwe dzieci to szczęśliwi dorośli":)
         Kolejna oczekująca lektura to "Księga rodzicielstwa bliskości", napisana przez samych twórców tej teorii, Williama i Marthę Sears, rodziców ośmiorga dzieci, więc chyba wiedzą, o czym mówią;)

Zamówiłam też poradnik "(Nie)grzeczni":


Wydaje się bardzo fajny. Uświadamia, że nie każde zachowanie dziecka jest, jak to nazywamy, niegrzeczne. Że niestety my, dorośli, bardzo często nadużywamy tego terminu, bo nie rozumiemy, z czego to zachowanie wynika. Dziecko może być znudzone, zniecierpliwione, złe, ale kto nie jest? A czasem po prostu nie rozumie, że jego zachowanie może być nie na miejscu, jak na przykład opowiedzenie następującego wierszyka przed całą rodzinką ucztującą przy wigilijnym stole:

"Siedzi misio na łące
Puszcza bąki śmierdzące
Przyszła mama, misia zbiła
Miś się skupkał, mama zgniła"

Zdarza się, prawda?;) 
Tak wygląda nasza miła, przyjemna, nudna jesień:)

Ogród Staromiejski Wrocław

Nasz salon:)




niedziela, 23 października 2016

Nieśmiałe przygotowania...

Nic nie kupować. Tak zalecają. Ale jak można nie kupować? Czasem naprawdę ciężko się powstrzymać, zwłaszcza teraz, jak już mamy praktycznie pewność, że wszystkie kupione przez nas rzeczy już wkrótce się przydadzą. Jeszcze pod nosem mam Smyka...w budynku, w którym pracuję. I stało się, kupiliśmy kocyk:) Wybieraliśmy go razem, starając się, żeby był neutralny, bo nie znamy płci dziecka, a zarazem ładny. Chyba się udało:) Tak naprawdę niewiele możemy kupić już teraz. Nie wiemy nawet, w jakim będzie wieku.
Póki co mamy ten kocyk, dywan i coraz więcej książek, co akurat nie jest dziwne, bo mama jest zapalonym molem książkowym:P Czytam non stop. I dziecku też zamierzam.
Prawie wszystkie zakupione dotychczas przeze mnie książeczki zostały zrecenzowane i polecone przez Bąbelkową Mamę. Żadna mnie nie zawiodła, a najbardziej spodobała mi się książeczka pod tytułem "Jeśli bocian nie przyleci, czyli skąd się biorą dzieci". Jak wiele z naszych książeczek, ta również opowiada o adopcji. Od innych jednak różni się tym, że jest opowiedziana z perspektywy dziecka, bardzo ładnym prostym dziecięcym wierszykiem, i przede wszystkim jest bardzo pozytywna. Niestety według mnie bajki o adopcji są często smutne. Rozumiem, że to nie jest łatwy temat, ale myślę też, że jeśli można oszczędzić dziecku smutku i złych emocji, to należy to zrobić. Ja wolę takie książki, które pokazują adopcję jako coś równie dobrego i naturalnego, co narodziny dziecka. I ta książeczka właśnie taka jest. Dodatkowo jest pięknie ilustrowana.

Miłego tygodnia dla wszystkich:)

sobota, 15 października 2016

Idę naprzód!

Wczoraj spotkało mnie coś niesamowitego. Byłam w klinice na wizycie, takiej podsumowującej leczenie. Jak tylko tam weszłam, coś mnie uderzyło, coś było nie tak, jak podczas moich wcześniejszych tam pobytów. Nie wiedziałam na początku o co chodzi, ale już po chwili dotarło to do mnie z całą mocą. Smutek. Żal. Brak uśmiechu, niespełnione nadzieje, rozpadające się związki, cisza, oczekiwanie, rozczarowanie, gorzki smak łez. Ściany kliniki aż od tego puchną, wszystko jest przesiąknięte tym ogromnym smutkiem. Jak się cieszę, że to już za nami! Chciałam jak najszybciej stamtąd wyjść i nigdy nie wracać. Po raz kolejny pomyślałam, jak cudowne jest to, co teraz robimy, jaki to ma dla nas ogromny sens. Przypomniałam sobie nas, czekających na wizytę, transfer, już nawet nie mających nadziei, ale idących w to do końca. Nie mogę powiedzieć, że tego żałuję, bo musieliśmy zrobić wszystko, co możliwe, żeby być tu, gdzie jesteśmy teraz, z czystym sumieniem. Ale nigdy więcej!Te dziewczyny, które dopiero zaczynają stymulację, jeszcze uśmiechnięte, ale już przerażone. Ile z nich będzie siedziało na tym korytarzu za kilka miesięcy, z coraz słabszą nadzieją, z coraz większą depresją?
I potem pomyślałam sobie o naszym kursie. Gdzie wszyscy są radośni, odprężeni, w dobrym humorze. I nie mogłam się doczekać kolejnej sesji! My też mamy nadzieję, ale mamy też 99% szansy na jej spełnienie. Teraz już nikt i nic nie odbierze nam marzeń o dziecku. Odbębniłam wizytę, wyszłam na ulicę i miałam ochotę podskoczyć z radości, że już wiem, że jestem na najlepszej drodze, że cieszę się tak, jak chyba nigdy. Że teraz mam taki przeogromny spokój w sercu, poczucie, że to co robimy ma głębsze znaczenie. Miałam ochotę mówić o tym obcym ludziom, których mijałam:)
Wiecie, co poczułam?
WOLNOŚĆ

niedziela, 9 października 2016

Radość w rodzinie:)

I to z naszego powodu! Rodzina cieszy się, że będziemy mieli dziecko!
Ale po kolei. Do tej pory o naszych planach adopcyjnych wiedziała nasza najbliższa rodzina. Nasi rodzice, mój brat i bratowa, i tyle. Zastanawialiśmy się, kiedy będzie najlepszy moment, żeby w nasze plany wtajemniczyć resztę. Nie chcieliśmy robić tego jakoś oficjalnie, na forum itd. Mieliśmy nadzieję, że po prostu okazja nadarzy się sama. Nie chcieliśmy też mówić o tym zbyt wcześnie. I dziś była i okazja, i rodzina w komplecie, i poszło:)
Dziś moja babcia miała 80-te urodziny. Przygotowaliśmy dla niej przyjęcie-niespodziankę. Była naprawdę zaskoczona i wzruszona! Zresztą nie tylko ona;) Zebrała się cała rodzina, ciotki, kuzyni, taka stała ekipa, z którą spotykamy się przy okazji różnych uroczystości. Uznaliśmy, że lepszego momentu nie będzie. Najpierw, dzień wcześniej, poszliśmy do dziadków, bo im chcieliśmy powiedzieć najpierw. Nie będę ukrywać, że się bałam. Nie chciałam, żeby było im smutno. I powiem Wam, że wszystkiego się spodziewałam, łez, trudnych pytań, obaw, ale nie tego, co usłyszałam. Bo pierwsze, co powiedziała moja ukochana babcia, to było: "A chłopiec czy dziewczynka?" ♥ Moi dziadkowie są niesamowici. Naprawdę. Dziadek troszkę sobie popłakał, ale on już teraz ciągle płacze, ma 82 lata i wyjątkowo się wzrusza. Zapytał, czy już na pewno wiemy, że nie będziemy mieć biologicznego dziecka. Potwierdziliśmy, że na pewno, i więcej o to nie pytali. Oni naprawdę się cieszą! Dziś babcia podeszła do mnie i męża i powiedziała, że sobie z dziadziem wieczorem rozmawiali, i bardzo się cieszą, że będą mieli prawnusię lub prawnusia. Eh, jak to piszę to trochę mi się oczy pocą:) Na imprezie mój kuzyn, taki co to zawsze pyta o to samo, kiedy dziecko itd, dorosły facet, pod pięćdziesiątkę, zapytał tradycyjnie, co nowego i kiedy chrzciny. Wiedziałam, że nie odpuści:) Tyle że tym razem moja odpowiedź była zupełnie inna:D Odpowiedziałam, że mam nadzieję, że już w przyszłym roku, bo staramy się o adopcję dzieciaczka. Szczęka mu opadła i usłyszałam przeciągłe "Taaaaaaaaaaak?" Chyba był mocno zaskoczony. Reszta mniej, chyba już o tym gadali po kątach;) Było fajnie, czuję, że nam kibicują i są z nami. I moja mama! Opowiadałam jej o kursie, opowiedziałam jej kilka historii, które słyszeliśmy od psycholożek i widzę, że ona się na to pomału otwiera. A jak jej jeszcze dzisiaj babcia powiedziała, że nie mogą się doczekać prawnuka, to już w ogóle zmiękła:)
Jest tak dobrze! Tyle mi to dało, taka świadomość, że oni to akceptują, że nie zadają pytań, nie mówią o in vitro lub nie daj Boże o naprobzdurach, nie myślą o genach, nic, tylko się cieszą razem z nami, tak po prostu. Jak rodzina:)




sobota, 1 października 2016

Motyle

Pojawiają się czasem, nieśmiało trzepoczą skrzydłami, czuję je w brzuchu, tak jak w pierwszych chwilach zakochania. Coraz częściej uświadamiam sobie z całą mocą, że to się dzieje. Będę mamą:) Może już całkiem niedługo, kurs kończymy w listopadzie i zaczynamy nasze ostatnie oczekiwanie.Mało to prawdopodobne, ale możliwe, że nawet już w grudniu będziemy rodzicami. I ja czuję te motyle, coraz częściej:)
Wiem, że nikt nie będzie mnie traktował jak kobiety w ciąży, jest to zrozumiałe i logiczne. Ale myślę, że mój obecny stan psychiczny jest podobny. Chciałabym każdemu mówić, że czekam na dziecko, chwalić się tym, cieszyć. Planować, kupować rzeczy dla dziecka...Na razie musimy się wstrzymać z pokojem, panie z ośrodka mówią, że warto poczekać, że potem może być nam przykro patrzeć na puste łóżeczko, jak oczekiwanie będzie się przedłużać. Ale nikt nie broni mi przeglądać internetu;) Mam już sporo rzeczy upatrzonych:)
Nie chciałabym tylko, żeby ktoś gasił moją radość. Niestety moja mama ciężko to znosi. Nie może się pogodzić z tym, że prawdopodobnie nigdy nie będę miała biologicznego dziecka. Próbuje nas przekonać do adopcji komórki lub zarodka. Prosi, żebyśmy przemyśleli naszą decyzję. Jednocześnie nie czyta książek, które jej pożyczyłam, nie szuka informacji. Boi się i ja to rozumiem. Ale trochę mi przykro, że się ze mną nie cieszy. Może jeszcze kiedyś nadejdzie taki dzień, że razem będziemy się tym ekscytować. Bardzo bym tego chciała. Póki co, czekam, aż przestanie się bać. Myślę, żeby zaprosić ją do siebie na jakiś wieczór, pogadać, napić się winka. Ona jest smutna, jest jej mnie szkoda, ale ten czas już dla mnie minął, ja jestem już krok dalej, chciałabym, żeby ona też nie bała się go zrobić. Potrzebuję jej wsparcia, zrozumienia. Jej najbardziej, to moja mama przecież:)

niedziela, 25 września 2016

The show must go on:)

Tak naprawdę od tygodnia wiedziałam, że się nie udało. Dokładnie czułam, do kiedy bąble były ze mną. Nie pytajcie jak i skąd, po prostu wiedziałam. I mimo że starałam się przygotować na to męża i siebie też, to i tak, gdy po raz szósty na pytanie "Czy są już wyniki" musiałam powiedzieć mu, że tak, są i znów nic z tego, to serce mi się krajało. Bo on miał tę samą nadzieję w oczach, zawiedzioną po raz kolejny. Na początku chciało mi się wyć, wyrwać gołymi rękami tę bezużyteczną pustą macicę. Ale zamiast tego popłakałam trochę w mężowskie ramię i wzięłam się w garść. No bo tak, przecież mój realny bąbel czeka:) I blisko nam do niego, dwa kursy już za nami:) Nie czas na użalanie się nad sobą, trzeba się na poważnie wziąć za urządzanie pokoju - Ikeo przybywamy:P
A tak na poważnie, pomimo wszystko bardzo mi było ciężko i smutno. Tym ciężej, że zbiegło się to z ostatnimi politycznymi wydarzeniami odnośnie in vitro i cudownego projektu ustawy. Na pewno wiecie, co mam na myśli, zapłodniona jedna komórka jajowa, podana do macicy nie później niż 72 godziny od zapłodnienia. I jak czytam wpis na FB "posła"/muzyka Kukiza, to włos mi się na głowie jeży. Że pani przyjdzie do kliniki, i wybierze sobie Murzynka lub Chińczyka. To cytat... Bo ten matoł i inni mu podobni nie potrafią sobie nawet wyobrazić, że nam nie chodzi o wybieranie dziecka, nam chodzi o to, żeby je w ogóle mieć. Bo nie mamy. Bo nie możemy. Bo jesteśmy chorzy. Nie przychodzimy do kliniki jak do sklepu, nie wybrzydzamy, to nie są nasze fanaberie. To są nasze, często nigdy nie spełnione, marzenia, pragnienia, to jest nasze cierpienie, żal, frustracja, depresja. A oni, przez jedno podniesienie ręki, bezdusznie, nieludzko decydują o naszym życiu i lekką ręką przekreślają szanse tysiąca par na bycie rodzicami.
I to wszystko, w obliczu mojej i męża małej tragedii, jest jeszcze bardziej straszne i obrzydliwe.
Mamy jeszcze dwa zarodki, ale wrócimy po nie za jakiś czas. Jak już nasze pierwsze dziecko będzie na tyle spokojne i pewne naszej miłości, że nie poczuje się w żaden sposób zagrożone. Jak już poczuje się u nas bezpieczne i kochane ponad życie. Wtedy wrócimy po nasze dwa bąble, może tym razem któryś z nich zdecyduje się zostać ze mną na dłużej. Jeśli nie, to pożegnamy je jak pozostałe dziewięć, z żalem i bólem, i wrócimy po rodzeństwo do Ośrodka Adopcyjnego.

Show must go on! 

Inside my heart is breaking 

My make-up may be flaking 

But my smile still stays on. 

Show must go on!


sobota, 17 września 2016

Urlop part II :)

Nie piszę, ponieważ odpoczywam:) Dziś wróciliśmy ze stolicy, było bardzo fajnie, piękne słońce, cieplutko, fajna miejscówka, przyjemne spacery, dobre żarełko;)
Nie wiem, czy nie poszarżowałam za bardzo, wczoraj chodziliśmy cały dzień, ale stwierdziłam, że po równym to mogę;)
Ogólnie czuję się dobrze, progesteron miałam 25, wydawało mi się, że trochę niski, ale pan doktor napisał, że jest ok. Czasem mnie kłuje w dole brzucha i to mnie trochę martwi. Oprócz tego boli jak na @, ale to od samego transferu, więc to chyba nic takiego.
Dziś 7 dzień po transferze, ale nic nie czuję. Nie szukam objawów, bo wiem, że ich po prostu nie ma:) A to, co czujemy po in vitro, to najczęściej nasza wyobraźnia i pragnienie, żeby coś wiedzieć szybciej, jeszcze przed tą betą. Testu nie zrobię, beta też dopiero w czwartek, jak pan doktor kazał, także bądźcie cierpliwe, jak ja:)
A w kolejnym tygodniu morze!


Ściąga, co się dzieje z zarodkami po transferze:

2-3 dniowe:
1dpt ( 1 dzien po transferze) .. Embrion sie dzieli 

2dpt .. Embrion staje sie blastocystą 
3dpt .. Blastocysta wychodzi z otoczki 
4dpt.. Blastocysta zaczyna wczepiać się w ściany endometrium 
5dpt.. Proces implantacji się rozpoczyna, blastocysta zaczyna „zakopywać” się w endometrium 
6dpt. Proces implantacji jest kontynuowany, zarodek wnika głębiej w endometrium 
7dpt.. Zarodek jest już zaimplantowany 
8dpt…Zaczyna być produkowane HCG 
11dpt…HCG jest na tyle dużo, ze mozna spokojnie nasikać na test:)

sobota, 10 września 2016

Trójpak:)

Od dziś jesteśmy w trójpaku:) Nasze bąble są już ze mną. Na 15 komórek dobrych było ostatecznie 9, 6 się zapłodniło, zostały 4. Dwa zarodki czekają na zimowisku. Wszystkie były 8-mio komórkowe. To chyba dobrze jak na 3-dniowe zarodki. W sumie nigdy takich nie mieliśmy. Urlop rozpoczynamy w piątkę (bąble, mąż, ja i pies:) i mam nadzieję, że w takim samym składzie go zakończymy. 15 września mam zbadać progesteron, a 22 zrobić betę. Niedobrze, bo 15 będziemy w Warszawie, a 22 nad morzem. W Wawie jeszcze jakoś damy radę, na pewno bez trudu znajdziemy laboratorium, ale nad morzem to nie wiem. Zwłaszcza że będziemy w takiej bardziej pipidówie niż miasteczku. Ale pojeździmy i znajdziemy:)
Nie mam żadnego relanium jak w Invikcie, tylko estradiol, progesteron, kwas foliowy i acard. Acha, i dostałam też steryd, żeby organizm nie odrzucił bąbli.
Czuję się dobrze. Spokojnie. Pogodzona. No bo co ma być, to i tak będzie:)
Uwielbiam mojego doktorka. Jest super, niby mówią, że oschły, ja bym raczej powiedziała, że konkretny. Dziś nawet żart nam opowiedział:D
Plan na urlop napięty, najpierw sobie odpoczniemy trzy dni, potem wypad do zoo, potem do mamy zostawić psa, Warszawa na kilka dni, powrót do mamy po psa i ruszamy po sporą dawkę jodu:)
Nie mogę się już doczekać i taaaaak się cieszę:)

Jeszcze raz laseczki, bardzo Wam dziękuję za Wasze ciepłe słowa i wsparcie, jesteście super:) 

środa, 7 września 2016

Punkcja

Jestem, żyję, było fajnie;) Coś mnie nie mogli uśpić, lekarz powiedział, że musieli mi podać trochę więcej środka usypiającego. I jak zwykle był problem z wkłuciem, bo ja nie mam żył:D Czasem mam wenflon w dłoni, nie polecam, boli jak cholera. Ogólnie było bardzo podobnie jak w Invikcie, tyle że nie musiałam mieć swojej koszuli, kapci itd. Tutaj dają szykowne zielone sukienki i równie szykowne woreczki na stopy:)
Chociaż w sumie widzę różnicę, jedną zasadniczą - lekarz (Twój lekarz, a nie ten, który akurat przyjmuje) zawsze ma dla Ciebie czas i przyjmuje w swoim gabinecie, a nie na korytarzu.
Niestety w Ivikcie zdarzyło mi się rozmawiać z Panią doktor w sali zabiegowej, nie mówiąc już o naszym pierwszym podejściu, kiedy to zostaliśmy z mężem przyjęci na korytarzu, bo nie było wolnego gabinetu, przed samym transferem, w dodatku usłyszeliśmy wtedy, że mamy tylko jeden bardzo słaby zarodek. Oczywiście łzy same mi leciały, na tym korytarzu, a pozostali pacjenci przyglądali mi się ze współczuciem...Masakra. Potem weszliśmy do gabinetu zabiegowego na transfer, gdzie nawet nie było miejsca do przebrania się. Ściągałam więc gacie przy lekarzu, embriologu, pielęgniarce itd. Nawet nie miałam gdzie położyć ciuchów. Masakra x 10. Ale zapomnijmy o tym:)
Ad rem. Wyłowili 15 komórek. Dużo, ale myślałam, że będzie więcej. Transfer mamy umówiony na sobotę na 12h, chyba że coś będzie nie tak i będą chcieli zatrzymać zarodki w hodowli dłużej. Wtedy doktor do nas zadzwoni i powie co i jak.
A od poniedziałku mamy urlop! Całe dwa tygodnie. W pierwszym tygodniu mamy zamiar wybrać się do Warszawy, a w drugim nad morze, pierwszy raz z naszym psem:) Taki test, we wrześniu nie powinno być tłumów, to może nikogo nie zmęczy, oprócz nas:)
A po powrocie wszystko się wyjaśni, przynajmniej oczekiwanie na wynik testu będzie miłe:)

Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję za wszystkie kciuki i komentarze, dodajecie skrzydeł:)

wtorek, 6 września 2016

To już jutro

Wczoraj zrobiłam sobie ostatni zastrzyk, teraz zastanawiam się, co z robić z tym:
A część i tak już oddałam.
Trochę się boję, jak zwykle, chociaż narkoza jest najprzyjemniejszą rzeczą w tym wszystkim, lubię tak sobie odpłynąć;)
W poniedziałek byłam na "podglądaniu", w sumie bez zmian, w prawym 9, w lewym 10-11 pęcherzyków, wielkość 18-20 mm. Zobaczymy, co jutro wyłowią. Brzuch mam jak balon, czuję się tak, jakbym wyhodowała kamienie...

Trzymajcie kciuki, żeby były dojrzałe i ładnie się zapłodniły, przynajmniej jeden! :)

środa, 31 sierpnia 2016

Rośnijcie w siłę wariaty!

Są. I rosną! Może niepotrzebnie się martwiłam.

Dziś mi się śniło, że miałam mieć USG, żeby zobaczyć, ile pęcherzyków wyhodowałam i miałam, tylko że na wyniki miałam czekać dwa tygodnie...

A tak poważnie, w jednym jajniku mam 9, a w drugim 7 wariatów. Mają około 11 mm, więc sporo, pęcherzyk uznaje się za dojrzały przy 16 mm zdaje się. Pan doktor powiedział, że na pewno jeszcze urosną, że to dopiero początek stymulacji. Chociaż ilość nigdy nie była u mnie problemem, za pierwszym razem miałam 12 komórek pobranych, zapłodniła się jedna (!), za drugim chyba 14, zapłodnionych 4, i ostatnim razem 19 komórek, zapłodnione 2. Wszystkie słabe. Dziś idzie ostatni zastrzyk z Puregonu, a od jutra Fostimon. W Invikcie było jedno i to samo, za każdym razem, przez całą stymulację, a tu takie zmiany. Nie nadążam z przeliczaniem budżetu normalnie, bo ciągle muszę zmieniać leki i ich ceny na mojej liście:) Ale jest dobrze, jestem zadowolona. Pytałam o embryo glue i scratching endometrium. Doktor powiedział, że Embryo Glue ok, ale scratching nie. Jak zapytałam dlaczego nie, to baaaaardzo dziwnie na mnie spojrzał, i od razu poczułam, że nie powinnam wchodzić w jego kompetencje. Powiedział, że nie chce zmniejszyć moich szans na ciążę. Zmniejszyć? Byłam przekonana, że właśnie w ten sposób można je zwiększyć, ale pan doktor mówi, że w moim przypadku w ogóle tego nie zaleca, bo mam dobre endometrium. Musiałam zapytać, nie moja wina, że do tej pory o wszystko trzeba było walczyć, samemu się dowiadywać, dopytywać, prosić. Nie moja wina, że mam ograniczone zaufanie do lekarzy. Chociaż jemu ufam, czuję, że wie, co robi. Już pisałam, że jak nie on, to żaden:)
Zdecydowaliśmy się na zapłodnienie wszystkich komórek. Nie wiadomo, ile ich ostatecznie będzie, ile się zapłodni, ile zdegeneruje. Będę miała podane dwa zarodki. Punkcja prawdopodobnie w środę 7 września, a transfer maluchów w sobotę 10 września.
To będzie nasz 6 transfer.

Dziewczyny, bardzo Wam dziękuję za komentarze pod poprzednim postem, potraficie podnieść na duchu:) Przy każdym mailu o nowym komentarzu śmiała mi się mordka:)

No i cóż, mam nadzieję, że za kilka miesięcy będę borykać się z następującym problemem:


poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Złe myśli

Nic nie czuję, boję się, że nic nie rośnie, że nic nie mam w brzuchu, że dawka za mała, że nie będzie żadnej komórki:( W środę wizyta, a dziś włączam Orgalutran zwany przeze mnie orangutanem.
Niech się dzieje wola nieba...

piątek, 26 sierpnia 2016

Pierwszy dzień stymulacji

Dziś zrobiłam sobie pierwszy zastrzyk z Puregonu. Oczywiście nie obyło się bez przygód. Pierwszy raz biorę ten lek, wcześniej miałam Menopur (roztwór do rozrobienia z dołączonymi strzykawkami) i Gonapeptyl (gotowe, wygodne ampułko-strzykawki). Puregon kupiłam w mojej stałej aptece, gdzie jest trochę taniej, ale gdzie nie znają się za bardzo na lekach do in vitro. Niestety pani w aptece nie poinformowała mnie, że sam lek to nie wszystko. Potrzebny jeszcze tak zwany pen. Pewnie sama o tym nie wiedziała. Jakież było moje zdziwienie, gdy po otworzeniu opakowania okazało się, że w środku jest tylko ampułka i jakaś dziwna krótka igła. Nijak nie dało się tego ze sobą połączyć, a filmik na YT potwierdził, że brakuje mi bardzo ważnej części składowej. Właśnie owego pena. Polały się łzy me czyste, rzęsiste. A że mam @ i burzę hormonów, to lały się bez opamiętania. Było po 19h, mieszkamy na wsi, do najbliższej apteki mamy pół godziny jazdy autem, poza tym wiedziałam, że w tej najbliższej na pewno tego nie dostanę. W ogóle miałam wątpliwości, czy w jakiejkolwiek innej niż ta przy klinice dostanę. Nie pomyliłam się, obdzwoniłam kilka aptek i wszędzie słyszałam: "Yyy...pen? Puregon? Nie mamy czegoś takiego...". W końcu, już naprawdę zdesperowana, zadzwoniłam do rzeczonej apteki przy klinice, która o tej porze powinna być już zamknięta, ale jakaś dobra dusza odebrała i powiedziała mi, gdzie dostanę pena. Dodatkowo ta kolejna apteka była czynna do 21h. Byliśmy uratowani. Pędem do miasta po pena, w ciszy ponieważ aktualnie mamy z małżonkiem ciche dni...
Pena dostałam, zastrzyk zrobiłam. Sama sobie robię. Wolę tak, bo mam wtedy kontrolę, a ja lubię mieć kontrolę (między innymi stąd wspomniane ciche dni;).
Myślałam, że jestem już weteranką, w końcu to już moja 4 stymulacja, ale nie, jednak ciągle nowicjuszka, przynajmniej jeśli chodzi o ten lek;)
Pamiętajcie zatem dziewczyny, te, które dopiero będą zaczynać przygodę z in vitro, do podania Puregonu konieczny jest pen!




wtorek, 23 sierpnia 2016

Już za chwilę, już za momencik...

...wszystko się zacznie:) Jestem naładowana pozytywną energią! Czekam tylko na @ (która jak zwykle nie chce przyjść wtedy, kiedy się na nią czeka...) i zaczynam stymulację. Mam nawet ochotę powiedzieć, że nie mogę się doczekać zastrzyków, ale chyba jednak nie jestem aż taką masochistką;)
Jakoś tym razem się nie spinam, bo, po pierwsze, pierwszy raz naprawdę ufam lekarzowi i wiem, że zrobi wszystko, żeby się udało, a po drugie, nawet jeśli się nie uda, to my już wybraliśmy swoją drogę, kurs za pasem:)
Mieliśmy jechać na wakacje we wrześniu, ale przez kurs, który będzie się odbywał w każdy poniedziałek, mamy do dyspozycji tylko 6 dni, no i nie wiemy jak z wizytami u lekarza. Gdzieś tam pewnie pojedziemy, może nad morze, może SPA jakieś, chociaż z sauny pewnie nie będę korzystać. Będziemy spacerować po plaży, mam nadzieję, że już pustej, wdychać jod, czytać książki, będzie git:)
Cieszę się bardzo, bo dużo się dzieje.
W zeszłym tygodniu dowiedziałam się, że moja znajoma, która podchodziła do in vitro w invikcie, a potem przeniosła się do invimedu, jest w ciąży! Dziewczyna ma 37 lat, jest po jednym poronieniu, 7 lat się starali, i przysięgam, to jest pierwsza ciąża, która mnie tak szczerze, prawdziwie, bez żalu ucieszyła. Oby więcej takich newsów:)

PS Właśnie odebrałam wynik AMH, 4,93 ng/ml, jak robiłam przed in vitro miałam 4,4, jak to możliwe??? Pobrali mi przecież tyle komórek, a nawet jakby nie pobrali, to przecież to powinno spadać,a nie rosnąć??Błąd labu?

wtorek, 16 sierpnia 2016

Na rozdrożu

Czuję się trochę rozdarta. Proszę, nie oceniajcie mnie źle. Jestem w pełni zdecydowana na adopcję, ale nie mogę nie wykorzystać tej ostatniej szansy na biologiczne dziecko. Źle się z tym czuję, wiem, że powinnam się w 100% poświęcić jednemu, albo adopcji, albo in vitro. Ale nie mogę.
Byłam dziś u lekarza. Mąż zrobił badanie MSOME, i okazało się, co następuje: ilość plemników o prawidłowej budowie - 0. Zero. Jeśli dodamy to do moich postarzałych komórek, to szanse na ciążę mieliśmy taką, jak na spotkanie z yeti. No cóż. Teraz przynajmniej wiemy, dlaczego się nie udawało. Ale doktor kazał się tym za bardzo nie martwić. Na szczęście plemników drugiej kategorii jest 17%, te też nieźle zapładniają komórkę, ale dają większy odsetek poronień. Tym razem podejdziemy do IMSI. Ponoć w tej procedurze 3-4 embriologów obserwuje nasienie przez kilka godzin, żeby wybrać plemniki o najlepszej morfologii. Niech szukają ile wlezie;)
Tym razem będę też szła krótkim protokołem. Nie wiedziałam, że jest aż tak krótki;) Od drugiego dnia cyklu mam brać Puregon, w piątym włączyć Orgalutran. Leki 100% płatne, ale i tak wyjdzie mniej, niż jakbym szła długim protokołem. Póki co mam kupić dwa opakowania Puregonu i 3 Orgalutranu, razem, bagatela, około 1700 zł. Potem pewnie dojdzie po jeszcze jednym opakowaniu każdego plus coś na pękniecie.
Do zabiegu podejdziemy na początku września.
Jeszcze raz napiszę, nie oceniajcie mnie źle. Jeśli mamy jakąś szansę na biologiczne dziecko, musimy ją wykorzystać.
Z adopcji nie rezygnujemy. Jeśli ten zabieg się powiedzie i urodzę dziecko, za dwa lata wracamy po drugie z adopcji. Jeśli się nie uda, co jest bardziej prawdopodobne, 12 września zaczynamy kurs i czekamy na naszego malucha z serducha:)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Chciałabym

Jaką chciałabym być mamą? Rozumiejącą i akceptującą wybory dziecka. Godną zaufania, nie kontrolującą, Popełniającą błędy i umiejącą się do nich przyznać. Nie prawiącą kazań, ale pokazującą swoim przykładem, że należy być dobrym człowiekiem. Kochającą swoje dziecko do szaleństwa. Uczącą dobrych zachowań, wspierającą.
Ale przede wszystkim chciałabym być taką mamą, że kiedy moje dziecko będzie chciało odnaleźć swoich biologicznych rodziców, to nie zrobi tego po kryjomu, za moimi plecami. Tylko przyjdzie do mnie, powie "Mamuś pomóż mi, potrzebuję Cię". A ja pomogę, mając nadzieję, że wróci do mnie i nadal będę dla niego najlepszą mamą, jaką mogę być.
To jest jeden z moich największych adopcyjnych strachów. Wszędzie czytam, że dzieci adoptowane potrzebują wiedzieć, kim są, skąd pochodzą, poszukują swojej tożsamości, zrozumienia. Chciałabym nauczyć moje dziecko szacunku dla tej kobiety. Kobiety, która wprawdzie je oddała, ale nie zabiła, nie zostawiła gdzieś na śmietniku, nie usunęła. Na swój sposób pewnie kochała, bo oddając je, chciała dla niego lepszego życia. Czy moje dziecko nigdy w nerwach nie wykrzyczy, że nie jestem jego matką? Nastolatki się buntują, wiem o tym doskonale, bo sama byłam strasznie butna w wieku nastu lat. Czy w tym buncie mimo wszystko moje dziecko będzie czuło moje wsparcie? Nie odsunie się ode mnie? Nie będzie chciało odejść do matki biologicznej?
Naszym zadaniem jest przez całe życie pokazywać naszym dzieciom, że są dla nas najważniejsze. Że zrobimy dla nich wszystko, że liczy się dla nas tylko ich szczęście. Czy adopcyjni rodzice mają trudniej?  Ten moment, kiedy młody człowiek chce poznać swoją biologiczną rodzinę, w końcu nadchodzi, i to, jak zachowa się wtedy nasze dziecko, jest świadectwem tego, jakimi byliśmy dla niego rodzicami.
Pewnie nie zawsze tak jest, ale często. Ważne, żeby być wtedy z dzieckiem, jak trudne by to dla nas nie było.
Żebym ja miała wystarczająco dużo siły...

środa, 10 sierpnia 2016

Jest:)

Jest nasz pierwszy mały cud:) Dziś zadzwonił telefon, we wrześniu zaczynamy kurs!
I znów wszystko wróciło na dobre tory. Przyznaję, że nie jest to dla mnie łatwy okres. Boję się, ale z drugiej strony jestem pełna nadziei. Jakoś to wszystko się ułoży. Myślę też, że teraz będzie nam łatwiej, jak już wiemy, że się nadajemy, przynajmniej na kurs:P
Ciekawa jestem, jak to będzie wyglądało. Chciałabym bardzo spotkać rodziny, które już mają dzieci. Bardzo pomagają mi blogi i komentarze dziewczyn, które już są mamami adopcyjnymi. Czuję się wtedy jakoś lepiej, wiem, że nie jesteśmy sami i że ktoś nas rozumie, ktoś, kto przechodził przez to samo, miał te same dylematy i wątpliwości.
Tych wątpliwości trochę jest. Zastanawiam się, czy uda mi się podjąć od razu decyzję, czy to nasze dziecko, zaraz po tym, jak zadzwoni ten telefon. Co będzie, jeśli zobaczę dziecko i nic nie poczuję? A co, jeśli dostaniemy propozycję malucha, która nie będzie zgodna z naszymi ... no właśnie, kryteriami? wytycznymi? oczekiwaniami? Jakie my możemy mieć oczekiwania wobec dziecka? Ok, decydujemy się na pewien wiek i stan zdrowia. Ale strasznie ciężko myśli się o tym, że mamy odrzucić jakieś dziecko, bo nie spełnia naszych kryteriów... Aż ciężko mi się o tym pisze. Póki co nie mogę sobie wyobrazić takiej sytuacji. Wydaje mi się, że to my mamy spełnić jakieś oczekiwania. Mamy zaspokoić potrzeby tego dziecka, otoczyć je opieką, a nie po raz kolejny odrzucać już raz porzuconego małego człowieka.
Na Bocianie pojawiają się wpisy dziewczyn, które nie zdecydowały się na dziecko proponowane przez OA. Głównie ze względu na wiek dziecka i stan zdrowia właśnie. Dotyczy to naszego Ośrodka. Dzieci jest podobno mniej. To dobrze, tak myślę. Nawet doceniam w tym momencie 500+ (choć wiem, że nas na to nie stać i ogólnie jestem przerażona naszym rządem, nie znoszę PISu...). Ale jeśli te pieniądze są w stanie przekonać choć kilka matek, żeby zatrzymały swoje dzieci, zakładając oczywiście, że będą też w stanie zapewnić im dobre warunki i dobre życie, to niech będzie. Mówi się, że przez to jest mniej dzieci do adopcji. Ale i tak jest ich mnóstwo. W porównaniu z taką na przykład Francją, gdzie ludzie adoptują dzieci z zagranicy, bo we Francji po prostu ich nie ma, wypadamy bardzo źle.
Musimy zaplanować wakacje, urlop mamy dokładnie od 12 września, więc możemy wyjechać tylko na 6 dni, od wtorku do niedzieli:) Może Termy w słowackich Tatrach? Był ktoś? A może nad morze?
To będzie dobry czas:)

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Cudu nie będzie

Wszędzie cuda. A we mnie znów obudziła się nadzieja. Nie ogarniam tego. Nie chcę już myśleć, że może i mi się uda. Nie uda się. Nie naturalnie. Myślę, że już zawsze tak będzie, że nawet już mając dziecko adoptowane, będzie mi smutno, jak przypomnę sobie, że nie mogę zajść w ciążę. Zawsze już radość z ciąży kogoś bliskiego będzie się przeplatała z moim smutkiem. I tak widać ma być. Myślę, że to jest kwestia akceptacji tego uczucia. Oswojenia się z nim. Czy będzie mniej boleć? Pewnie nie, ale może jak się tym pogodzę, łatwiej będzie mi przez to przechodzić.
Niepłodności nie widać. To trochę jak alkoholizm (przepraszam za porównanie), chora będę już zawsze. I może czasem przestanę o tym myśleć, ale wystarczy mała chwila zapomnienia, żeby wszystko wróciło do mnie w ciągu sekundy. Cały ten ból, żal, rozczarowanie, zawiedzione nadzieje. Te pytania do siebie samej, co zrobiłam źle, gdzie po drodze się zepsułam, czy mogłam temu zapobiec? Świadomość, że mój mąż może mieć dzieci, ale nie będzie ich miał, bo jest ze mną...Niskie poczucie własnej wartości, bezużyteczność ciała...
Jeszcze myślę, że może jest cień szansy. Łykam tabletki, koenzym, witaminy, oleje. Jeszcze w sierpniu idziemy do lekarza, przejdę jeszcze jedną stymulację. A potem koniec. Nie chcę więcej do tego wracać, nie chcę rozbudzać w sobie nadziei.
Niech już zadzwonią z tego ośrodka, bo zawieszona w próżni zaczynam świrować.

poniedziałek, 25 lipca 2016

"Jak wyobraża Pani sobie swoje dziecko?"

Wyobrażam je sobie. Próbuję zwizualizować.
Widzę maleństwo, dziewczyneczkę, z meszkiem na główce i śmiesznym bezzębnym uśmiechem. Widzę, jak śpi, na boczku, w białym łóżeczku. Trzymam ją na rękach i karmię, a ona patrzy na mnie dużymi oczami i widzę w tych oczach miłość, spokój, ufność. Widzę, jak trzyma mnie za palec swoją małą rączką. Widzę, jak macha w wózku nóżkami jak serdelki, a stópki ma takie malutkie. I ubieram ją, przytulam, i chcę mieć ją zawsze blisko siebie, czuć jej słodki ciężar, głaskać małą główkę.
A później widzę chłopca, kilkumiesięcznego. Gaworzy coś tam, po swojemu. Śmieje się często, nawet na głos jak tata się wygłupia i robi do niego głupie miny. Przytula się do mnie i czuję jego zapach, najpiękniejszy na świecie zapach małego dziecka. I zasypia w moich ramionach, wsłuchując się w kołysankę, którą cichutko mu śpiewam. A potem, jak już śpi, siedzę z nim jeszcze chwilę w fotelu i patrzę na niego, i serce mam nabrzmiałe miłością.
Widzę też starsze dziecko, dziewczynkę z warkoczami, lub chłopca w śmiesznych, trochę za dużych spodenkach. Słyszę jego pytania, słyszę jej podśpiewywanie i paplanie przez pół drogi do domu. Słyszę te rozmowy z tatą, widzę ciekawość świata i wiem, że tylko tata zna odpowiedź na każde pytanie. Widzę, jak się razem bawimy, dzieciaki biegają za psem, który pozwala im na wszystko. Jedziemy razem na wycieczkę, auto zapakowane pod sam dach ! I jest dobrze, tak jak być powinno.
Widzę zdrowe dziecko. Radosne, pełne życia. Kochane. Bezpieczne. Nasze.

 ............................................................................

Z Ośrodka ciągle nikt nie dzwonił:(

środa, 20 lipca 2016

Niewiadoma

Już po. Mam strasznie mieszane uczucia, chyba spodziewałam się czego innego. Przygotowałam to ciasto, kawę itd. Panie nawet nie spróbowały:( Ale nie to jest ważne. Boję się, że wyszłam na jakąś neurotyczkę, głos mi się łamał, mówiłam chaotycznie (a normalnie mam gadane!), sama przeczyłam swoim własnym słowom. Byłam bardzo zdenerwowana. Mąż jakoś lepiej sobie poradził...Mądry facet z niego ♥ Było dużo trudnych pytań i tematów. Niektóre mi się nie podobały, no bo jak mogę odpowiedzieć na pytanie, jak się czułam po śmierci taty? Albo po utracie ciąży? To chyba jasne. I tu właśnie spanikowałam, bałam się, że pomyślą, że nie do końca poradziłam sobie z traumatycznymi przeżyciami. Później jeszcze in vitro, pytały, kiedy mieliśmy ostatnią próbę, a że ta była w marcu tego roku, stwierdziły, że 4 miesiące to niedługo, że może to nie jest wystarczający czas, żeby uporać się z żałobą. Pytały, czy korzystałam z pomocy psychologa, kto mnie wspierał w trudnych chwilach. Czy rodzina wie o adopcji, jak zareagowali, czy nas wspierają w naszej decyzji. Tu musiałam powiedzieć o mamie, która chyba trochę się tego boi i nie do końca pogodziła się z tym, że nie będzie biologiczną babcią.
Padło też pytanie, jak wyobrażamy sobie nasze dziecko. Powiedziałam, że chciałabym żeby miało min. 2-3 miesiące, a max 1,5 roku. Ale już na pytanie, dlaczego tak, nie było mi łatwo znaleźć odpowiedź. Powiedziałam, że 2 miesiące, żeby ewentualne wady i choroby miały czas się pokazać, a 1,5 roku, żeby było jak najkrócej bez matki i żeby choroba sieroca nie była zbyt rozwinięta. I tu poczułam się jak zła kobieta, która chce dopasować sobie jak najfajniejsze dziecko. A nie jest tak:( I zaczęłam się z tego wycofywać i było jeszcze gorzej. Za to mój mąż powiedział po prostu, że chciałby dziecku towarzyszyć na każdym etapie jego życia. Czemu ja na to nie wpadłam?? Tylko wypaliłam o jakichś chorobach.
Powiedziałam im, że mam całą biblioteczkę książek o adopcji, wyraziły chęć,żeby je zobaczyć. Poszliśmy na górę i zbladłam, zapomniałam, że większość tych książek dałam mamie...Więc wspomniana przeze mnie biblioteczka była prawie pusta, miałam raptem jedną książkę o adopcji... Taki niewypał.
Za to plus jest taki, że podobał im się dom:) Chociaż tyle.
Teraz znów czekamy na telefon. Jeśli jednak nie dałam tak bardzo ciała, to dostaniemy od razu kwalifikację na kurs. Jeśli nie, zaproszą nas na kolejną wizytę w ośrodku. Testy będziemy analizować już na kursie.
Chciałam więcej, chciałam, żeby wiedziały, że pragniemy tego dziecka najbardziej na świecie, że jesteśmy na nie gotowi, że będziemy dobrymi rodzicami.
Wiem, że panie psycholożki podejmą dobrą decyzje. Dobrą dla dziecka. A my możemy teraz tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać:)
Dziewczyny, może jest wśród czytających jakaś adopcyjna mama? Chyba potrzebuję pocieszenia, zapewnienia, że będzie dobrze, że może u kogoś innego było podobnie?

poniedziałek, 18 lipca 2016

Zwarci i gotowi:)

To już jutro! Dom błyszczy, życiorysy napisane, progi zamontowane, ciasto w piekarniku (bez cukru;), jest dobrze:)
Trzymajcie kciuki cobyśmy się nadali:)

wtorek, 12 lipca 2016

I znów czekamy:)

Ale to jest już całkiem inne, miłe czekanie:) No dobra, jest lekki stresik, co z tymi testami, ale poza tym, dobrze jest czekać wiedząc, że jest na co:) Progi zamontowane, listwy też, nawet kabina prysznicowa jest:) Czekamy na wizytę domową. Miała być wczoraj, ale przełożyli na 19 lipca.
A w głowie się dzieje, oj dzieje:) Nie powinnam jeszcze myśleć o takich rzeczach, wiem, że jest zdecydowanie za wcześnie, ale nie mogę się powstrzymać! I w myślach już urządzam pokoik :D Właściwie robiliśmy go pod dziecko, więc nie ma w nim zbyt wiele pracy. Chciałabym tylko coś na ścianie namalować, jakieś chmurki od szablonu, krople wody, takie tam:) Jakiś dywanik, fotel może, kosze na zabawki...Wszystko to już widzę oczami wyobraźni:) I jest dobrze, naprawdę. Chyba o to chodziło, chyba w końcu znalazłam swoją drogę, w tym całym chaosie, stresie, pogoni za ciążą, wypatrywaniu dwóch kresek, faszerowaniu się hormonami...To już za mną. Teraz będzie już tak:
Albo tak:)
Czy ja zwariowałam? :D

środa, 6 lipca 2016

Testy

Im bliżej wizyty w domu, tym częściej myślę, że źle nam poszły te testy:( Było mnóstwo pytań, w sumie ponad 300. Nie konsultowaliśmy się ze sobą, potem zobaczyłam, że ja miałam bardzo dużo skrajnych odpowiedzi (zdecydowanie się zgadzam/nie zgadzam), a mąż więcej neutralnych. Czytałam, że czasem pary są wysyłane na terapię. Myślę, że my bardzo do siebie pasujemy, i nie mogłam lepiej trafić. Ja - tylko yang, na dzikiej świni robiona, jak mawiała moja prababcia, on - zen:) W sumie wychodzi na zero:) Ale co powie psycholog?
Z drugiej strony myślę, że chodzi tu tylko o dobro dziecka. Jeśli ktoś uzna, że potrzebujemy terapii, to na nią pójdziemy. Nie będziemy obrażać się na ośrodek, tylko wysłuchamy rad i zrobimy wszystko, żeby uznali, że nadajemy się na rodziców.
Wizyta będzie w poniedziałek i już malujemy trawę na zielono;) Mieszkamy już trzy lata, a nadal gdzieniegdzie świeciła prowizorka. Więc montujemy brakujące listwy, progi, myjemy szafki itd. Nawet kazałam mężowi drewna narąbać, żeby półka na drewno nie stała pusta, bo z tyłu wiszą kable. Spacyfikował mnie przy kabinie prysznicowej. Zepsuła się i też chciałam ją na hura wymieniać (na dzikiej świni robiona), ale wytłumaczył mi, że awaria może zdarzyć się zawsze i każdemu i nie ma wpływu na to, czy nadajesz się na rodzica czy nie. Chyba mnie przekonał:) Przy psie to zawsze brudno, więc do roboty!


środa, 29 czerwca 2016

Komentarze

Właśnie się zorientowałam, że miałam 6 zawieszonych, nieopublikowanych Waszych komentarzy, niektóre dość stare :( Ślepowron ze mnie. Ale już wszystkie opublikowałam :)

Trudny czas decyzji

Czekamy na testy psychologiczne. Rozmawiamy, analizujemy, wymyślamy scenariusze.
Wiemy, że jak we wrześniu podejdziemy do in vitro, to nie zaczniemy kursu. Ile będziemy musieli czekać? Na kolejny kurs, potem na dziecko? Gonić króliczka? Czy po prostu go mieć?
Ale po kolei.
Ośrodki adopcyjne nie dają kwalifikacji parom, które nie pogodziły się na 100% ze stratą. U nas taką stratą jest brak ciąży. Zakładają, że jeżeli nie przerobiliśmy tej straty, to nie jesteśmy gotowi na adopcję. Może słusznie, a może nie, ciężko mi to ocenić. Wiem tylko, że my jesteśmy gotowi, co nie wyklucza naszego kolejnego, ostatniego podejścia do in vitro. Bo chcemy i adoptować, i mieć dziecko biologiczne, jeśli się uda. Jesteśmy świadomi, że nie można ciągnąć tych dwóch procesów jednocześnie, dlatego odłożymy nasze wrześniowe podejście na później. Na kiedy? Zależy, jak szybko znajdzie się nasze dziecko. Mamy nadzieję, że parę miesięcy po kursie będziemy mieć w domu od tak dawna wyczekiwanego małego człowieka. W tym momencie jest to bliższe i bardziej realne niż ciąża. Może za rok, za dwa.
Jedno nas martwi - partia rządząca i jej poronione nomen omen pomysły na ograniczenia. Jeden zarodek. Nie ma szans. Może przejdę stymulację, punkcję i zamrozimy wszystkie zarodki? Nawet nie wiem, czy tak można?
Pewnie nie wszyscy to zrozumieją. Boję się reakcji mojej mamy, która w ogóle traktuje adopcję jako ostateczność, ale to temat na oddzielny post. Długo o tym myśleliśmy, i chcemy tego.

Są dwa minusy.
Jeden taki, że na początku, rozmawiając o płci dziecka, zdecydowaliśmy, że nie będziemy wybierać, tak samo jak nie moglibyśmy wybrać przy ciąży. Wczoraj Przyszły Tata powiedział mi, że wolałby dziewczynkę. I tu pojawia się problem, bo na dziewczynkę czeka się dużo dłużej, a ja nie młodnieję i nie mogę odłożyć in vitro na za 2 - 3 lata.

I drugi, jeśli po stymulacji okaże się, że mamy super hiper mocarne zarodki, jakich do tej pory nie mieliśmy, czy będę w stanie podtrzymać moją decyzję o niezabieraniu ich od razu? ...




sobota, 25 czerwca 2016

"Mam 30 lat i nie mam dzieci. Wiesz dlaczego?"

Dziś krótko, bo emocje wielkie, prawie mi serce z piersi wyskoczyło i łzy pociekły, łzy szczęścia, JESTEŚMY W ĆWIERĆFINALE!!!!!!!!!

A teraz poważniejszy temat. Do poczytania. Wiele różnych historii, jeszcze więcej nieprzemyślanych pytań:

Mam 30 lat i nie mam dzieci

***************

wtorek, 21 czerwca 2016

Telefon

Zadzwonili! Właśnie przed chwila odebrałam telefon z ośrodka adopcyjnego, jeśli się zakwalifikujemy, możemy zacząć kurs w połowie września:)
1 lipca mamy spotkanie w ośrodku i testy psychologiczne, w połowie lipca wizyta w domu, trzymajcie kciuki żebyśmy dostali kwalifikację!

poniedziałek, 20 czerwca 2016

I po wakacjach

Wróciliśmy:) Cudowny był ten wyjazd, cisza, spokój, śniadania na tarasie z widokiem na połoniny,
nawet rysia raz widzieliśmy! Trochę nam głowy odpoczęły, chociaż nie do końca. Próbuję odganiać złe myśli, ale one uparcie krążą po mojej głowie. Wokół ciąże, dzieci, śmiechy, zabawy. A my ciągle we dwoje, i naprawdę czuję, że czegoś nam mocno brakuje. W dodatku ciągle myślę, że nam się nie uda. Słyszę o sukcesach innych i zamiast się pocieszać, że skoro innym się udaje, to i nam się uda, to ja ciągle myślę, że nam właśnie nie, że my jesteśmy w tej grupie, której dzieci nie są pisane. Myślę ciągle o adopcji, czasem czuję, że na 100% jestem gotowa, a potem jest mi znów smutno, że nie będę w ciąży. Ciągle nie mogę się zebrać i napisać życiorysu, boję się, że zapeszę...
Przed nami te kilka badań, mam nadzieję, że uda się je zrobić w przyszłym tygodniu. A potem znowu zawieszenie, do sierpnia.

Ja chcę w Bieszczady:(

Widoki przepiękne!




 
W ogródku koniki :)
 
Czasem też inne zwierzęta:)
A w takiej chatce mieszkaliśmy

   
Każdemu polecam !

sobota, 11 czerwca 2016

W zawieszeniu

Nic się nie dzieje, do września tkwimy w zawieszeniu. Nie lubię tego, wolałabym coś robić, działać. Ale nic, czekamy:) Póki co uważam na to, co jem, łykam moje wszystkie tabletki, nie jem cukru, może coś tam uda mi się wysiedzieć. Z tym cukrem  to nie taka prosta sprawa, o ile nie ciągnie mnie w ogóle do słodyczy, o tyle wkurza mnie, że muszę zrezygnować z keczupu, sosów pomidorowych, koktajli, nawet soków, bo wszystko jest dosładzane albo cukrem w czystej postaci, albo nektarami owocowymi zawierającymi cukier. Przesada.
Jutro jedziemy na wyczekiwany urlop. Będziemy łazić po górach, zwiedzać, odpoczywać.
Zostawiliśmy psa u mamy, nie myślałam, że będzie mi bez niego tak smutno, parę łez mi poleciało jak wróciliśmy bez niego do domu, głupia ja;)
Do zobaczenia za tydzień! :)

czwartek, 2 czerwca 2016

And the winner is...

Nie tego się spodziewaliśmy. Po wizycie w Łodzi oboje byliśmy pewni, że wybieramy tamtejszą klinikę. Do dzisiaj. Do tej pory jestem pod wrażeniem doktora, u którego mieliśmy dziś wizytę. Wywrócił wszystko do góry nogami. Powiedział nam np, że większość badań, które zrobiłam, to badania zlecane po poronieniach. Podobnie jak badania genetyczne, które zlecono mi w Łodzi. A u nas problemem jest brak ciąży, a nie jej utrzymanie. Nie będę robić tych badań. W ogóle powiedział, że miałam ogromną ilość zrobionych badań i z żadnych nic kompletnie nie wynika. Stwierdził też, że jego zdaniem miałam przewlekłe zapalenie przydatków. Nie pamiętam tego, ale wg niego mogło to być nawet jak byłam nastolatką, nie znałam swojego organizmu, więc nawet nie wiedziałam, że jestem chora.. Niestety nieleczone zapalenie mogło doprowadzić do niedrożności jajowodów, zrostów i uszkodzić komórki jajowe. Wg doktora, niewiele można z tym zrobić. Powiedział, że jeśli kolejna procedura się nie powiedzie, nie radzi próbować dalej. Ok, kubeł zimnej wody, ale bardziej przemawia do mnie taka informacja niż kierowanie mnie na kolejne drogie badania, które nic nie wnoszą. Przyszły Tata ma jeszcze raz zbadać nasienie, tym razem pod kątem morfologii. Jeśli coś będzie nie tak, podejdziemy do IMSI. Ja mam zrobić tylko wymaz na chlamydię, ureaplasmę i mycoplasmę. I tyle. Mam brać przez kolejne 3 miesiące koenzym Q10, vit E i kwas foliowy. Powiedział, że antyoksydanty mogą trochę pomóc w regeneracji komórek. Kolejna wizyta w sierpniu w połowie cyklu, krótki protokół i transfer we wrześniu. Myślałam, że podejdziemy w lipcu.
Trochę się boję, że nie zakwalifikujemy się na kurs w ośrodku adopcyjnym. Mieli dzwonić w wakacje, potem miało być spotkanie z psychologiem, wizyta domowa i ewentualna kwalifikacja. Wiem, że jeżeli para jest w trakcie albo przed in vitro, najczęściej się nie kwalifikuje, bo wg pracowników ośrodka nie jest jeszcze gotowa na adopcję. Nie jest na 100% pogodzona z faktem, że nigdy nie będzie miała biologicznego dziecka. Trudno, najwyżej będziemy musieli dłużej poczekać. A może będziemy musieli poczekać kilka lat, aż nasze biologiczne dziecko podrośnie:) W końcu miałam wizualizować sobie siebie jako mamę:)

Doktor był bardzo rzeczowy. Jestem bardzo zadowolona z tej wizyty. Cieszę się, że zdecydowaliśmy się pójść na dwie wizyty, bo dopiero teraz mamy porównanie. Od razu zaufałam temu lekarzowi i myślę, że lepszego nie znajdziemy. Czuję, że zrobi wszystko co się da, a dodatkowo że nie będzie nas mamił złudną nadzieją, naciągał na badania itp.

Więc,the winner is...Invimed:)

Od jutra odstawiam cukier. A tu ciekawy artykuł o dietach przy staraniach o maluszka:
http://dobrzebozdrowo.blogspot.com/2013/07/odzywianie-przy-ivf-i-nie-tylko.html

Stres...

Nie wiem dlaczego tak mnie stresują te wizyty.
Chyba boję się usłyszeć, że nic z tego nie będzie.
Trzymajcie kciuki!

piątek, 27 maja 2016

Zmeczenie materiału

Jak sobie dziś myślę, jak bardzo musiałam być męcząca dla mojego otoczenia, to jest mi trochę wstyd. I chyba powinnam podziękować tym z moich znajomych, które tak dzielnie to znosiły i nadal znoszą. Czy tylko ja bywam taka monotematyczna? Gadałam tylko o naszych niepowodzeniach, komórkach jajowych, pęcherzykach, masakra:( Był taki czas w moim życiu, kiedy kilka z moich znajomych zdecydowało się na dziecko, z większością z nich pracowałam. Na początku było nawet zabawnie, liczyłyśmy sobie dni spóźnienia itp. Ale potem one po kolei zaczęły zachodzić w ciążę, a ja uplasowałam się na końcu wyścigu. Bo to naprawdę był wyścig. Na szczęście w miarę wcześnie dotarło do mnie, że to nie tak, że nie mogę patrzeć na innych, że liczymy się MY. I że nie wolno mi gonić w tym wyścigu za wszelką cenę. Wtedy trochę się wycofałam i przestałam gadać w kółko o tym samym:)
Mam naprawdę kochane znajome, żadna z nich się ode mnie nie odwróciła, chociaż wiem, że ciągle ten sam temat musiał je nieźle męczyć;)Pomimo że nie czytają mojego bloga, to i tak - dzięki dziewczyny ♥

Jeśli chodzi o badania to póki co zrobiłam tylko vit D (ciągle mam niedobór) i helicobacter (w normie), a przyszły tata test HBA. Wyszło 86% plemników związanych z hialuronianem, chyba jest ok, wynik pozytywny jest powyżej 80%. Miałam kolejną sesję aku, Pani Kasia powiedziała mi, że mam się absolutnie nie martwić, bo jak ciągle myślę o tym, że nie jestem w ciąży, że się nie udaje itd to zaczynam medytować, nawet o tym nie wiedząc, i moja głowa przyjmuje taki stan rzeczy. Mam wyobrażać sobie siebie jako ciężarną, a najlepiej jako matkę karmiącą:) Zapytała mnie, czy będę karmić piersią, dla mnie mega abstrakcyjne pytanie, do tego stopnia, że na początku w ogóle nie wiedziałam, co odpowiedzieć. No bo jak to, nawet w ciąży nie jestem, a ona mnie pyta czy będę karmić? I właśnie dokładnie o to chodzi, żeby widzieć się o jeden etap dalej. To było fajne doświadczenie:)

W czwartek idziemy do kolejnego lekarza, to, co powie porównamy z tym, co usłyszeliśmy w Łodzi i ostatecznie wybierzemy klinikę. 

PS Pozbyłam się w końcu ósemki, nie spuchłam, nie bolało, goi się jak na psie:D

sobota, 21 maja 2016

Nadzieja

Po wizycie w Łodzi wstąpiła w nas nowa nadzieja. Zorientowałam się w cenach badań, będziemy musieli zapłacić sporo ponad 1000zł. Ale ok, przygotowywaliśmy się na to. Może uda mi się dostać skierowanie w Luxmedzie na część, ostatnio próbowałam, ale niestety nie udało się, usłyszałam, że z ich punktu widzenia nie potrzebuję tych badań. Tym razem pójdę do internisty, nie do ginekologa, powinien mi bez problemu dać skierowanie na vit D i helicobakter, pozornie nie ma to nic wspólnego z in vitro, a zawsze to prawie stówka w kieszeni. Reszta jak się uda. Zaopatrzyłam się już w suplementy, zapłaciłam 115zł. Femibion Natal 1 jest dość drogi, bo 36zł za opakowanie.
Wszędzie w okół ciąże. Mieszkamy na nowym osiedlu, same młode pary, ciągle rodzą się nowi mali ludzie. Dziś sąsiadka powiedziała mi, że 5 kobiet jest aktualnie w ciąży, jedna z bliźniakami, ja widziałam szóstą. Mają szczęście te dziewczyny, pewnie niektóre nie zdają sobie nawet sprawy, jak wielkie. Ile z nas chciało być na ich miejscu. Właściwie każda...Ale uda się nam, wierzę w to.

Wczoraj z kolei dowiedziałam się, że moja znajoma, młoda dziewczyna, chwilę po ślubie, starała się o dziecko od jakiegoś czasu, nie udawało im się, aż zaszła w ciążę. Radość ogromna, dopóki nie zaczęła krwawić. Jakaś bardzo mądra pani pseudo doktor powiedziała jej, że poroniła. Dziewczyna ciągle krwawiła i miała jakieś przeczucie, zrobiła sikańca, dwie kreski. Zrobiła betę - rośnie. Poszła do innego lekarza i okazało się, że ciąża jest pozamaciczna. Ma odczekać chwilę, bo być może jajowód sam się oczyści, a jak nie to szpital i zostanie z jednym jajowodem. A skoro już mieli problemy, to pewnie będzie jeszcze trudniej. To młoda dziewczyna, sporo przed trzydziestką, i strasznie mi jej szkoda. Takie to życie jest czasami.

Już prawie kończę moje zioła do akupunktury, całe szczęście bo mam ich serdecznie dość, są obrzydliwe.

Wczoraj byłam dentysty, zdecydowałam się w końcu pozbyć ósemki, stresowałam się cały tydzień, a wczoraj to już w ogóle myślałam, że umrę ze strachu. Ale pan dentysta nie był w stanie mnie znieczulić, nie mógł trafić w nerw:/ Wróciłam do domu ze zdrętwiałym policzkiem, bo coś tam się jednak znieczuliło, tyle że nie to co trzeba, obolała, bo jednak trochę mnie pokłuł, i z zębem. Fatalnie:(

Miłego weekendu dla wszystkich, korzystajcie z pięknej pogody:)

niedziela, 15 maja 2016

Wizyta

Wczoraj pojechaliśmy na wizytę w klinice w Łodzi, kolejną mamy 2 czerwca, w Invimedzie, ale jesteśmy już praktycznie zdecydowani na Łódź. Mają najwyższą skuteczność w kraju. Poza tym lekarka zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie. Była skupiona na nas i widać było, że analizuje naszą sytuację. W porównaniu z naszą poprzednią kliniką - niebo a ziemia. Tutaj pomimo tego, że było małe spóźnienie, nie odczuwało się w ogóle bałaganu i chaosu, co było na porządku dziennym tam, gdzie byliśmy wcześniej. Tutaj panuje spokój, lekarz ma czas, na korytarzu nie czeka 50 osób itd. Naprawdę bez porównania. Póki co mamy zrobić badania genetyczne: mutację genu MTHFR, czynnik V Leiden i II protrombiny i B2 glikoproteina. Dodatkowo mam powtórzyć AMH (wcześniej miałam 4.4), zbadać vit D, hormony, poziom glukozy i insuliny, helicobakter, ACA, ATA. Przyszły Tata ma zrobić badanie nasienia HBA z kwasem hialuronowym. To była dla nas nowość, pani doktor powiedziała, ze plemniki mogą być niedojrzałe tak jak komórki jajowe, i że nawet jeśli zwykłe badanie nasienia wychodzi super, to może nie dojść do zapłodnienia. Szkoda, że nikt nam tego wcześniej nie powiedział. Zapytałam ją o dodatki, jak AH, embryo glue itd, powiedziała, że najpierw postaramy się poprawić jakość zarodków. Czyli da się.
Mam na stałe przyjmować vit D, Melatoninę (na poprawę jakości komórek), Femibion Natal 1 i Acard.Po miesiączce mam brać Metronidazol i Tantum Rosa przez 10 dni. Jeśli w badaniach nie wyjdzie nic niepokojącego, za miesiąc, dwa, możemy zaczynać:)

Póki co muszę zrzucić ze trzy kilo, przeprosiłam się z moim kołem zębatym, kupiłam je rok temu przed ślubem, żeby się wcisnąć w suknię ślubną. Fantastycznie odchudza talię, polecam. Na początku miałam problem z kręceniem w lewą stronę, a trzeba w obie, żeby nie mieć asymetrycznego pasa;) Teraz lecę po 15 minut w obie, mam nadzieję, że efekty będą widoczne wkrótce:)

piątek, 13 maja 2016

Wolne! :-)

Nareszcie mam wooooolne! Wprawdzie tylko dwa dni, ale zawsze coś, z weekendem to już całe cztery:)
Pewnie jesteście ciekawe wrażeń po akupunkturze. Na początku trochę się wkurzyłam, bo teoretycznie byłam umówiona na 18h, byliśmy tam już o 17:20h, czyli sporo za wcześnie. Ponieważ gabinet jest koło przepięknego parku, poszliśmy po nim połazić. Pod gabinet przyszłam o 17:50h, zdziwiłam się, że czeka tak dużo osób, chyba 7. Zapytałam kto ostatni, i tu nastąpił zmasowany atak. Panie oczekujące krzyknęły jednym głosem "My wszyscy tu czekamy!" Zapytałam więc, na którą godzinę, mając w pamięci moją 18. I tu kolejny wspólny okrzyk, że to nie na godziny, że tu kolejka. Ok, a my jak ciołki łaziliśmy pół godziny po parku...Odczekałam swoje i po wejściu do gabinetu znalazłam się w innym świecie. Kadzidełka, muzyczka, ogólnie zen. Pani "akupunkturzystka" jak dla mnie była niesamowita. Popytała mnie troszkę o różne rzeczy, niektóre dość wstydliwe, trochę intymne, no ale jak trzeba to trzeba;)Popatrzyła na mój język i orzekła co następuje:
  • mam za mało krwi w organizmie
  • kiepskie krążenie
  • jestem nerwusem
  • mam za dużo energii
  • jestem nadpobudliwa
  • w związku to ja nosze spodnie (grrr)
  • składam się tylko z yang
  • marnuję za dużo energii na tzw. pierdoły zamiast kierować ją tam, gdzie jest potrzebna, czyli do jajników
Wszytko to było bardzo ciekawe, ona od razu wiedziała, jaka jestem. Dostałam igły w stopy, nadgarstki, między oczy i w głowę. Podobno to ma poprawić kondycję moich włosów. Na brzuchu stał sobie dymiący domek i rozgrzewał co trzeba. Na koniec dostałam igłę do ucha na uspokojenie i zioła. Tu mam mały problem, zioła są obrzydliwe:( Mam niby brać kulkę do ust, popijać ciepłą wodą i w ten sposób ją rozpuszczać. Nie daję rady, kulka jest wielka i niedobra, rozpuszczam to w wodzie, ale i tak jest ciężko.
Oto zioła:
Jutro jedziemy do lekarza, muszę zrobić porządek w naszej invitrowej teczce, wydrukować badania...Dam znać, co powie lekarz.
Dziś tak pięknie, siedziałam chwilę na tarasie, wcześniej powyrywałam trawę z rabatek i chyba trochę się spiekłam.
A to z dzisiejszego spacerku z pieskiem:) Jak fajnie jest mieć urlop:)


poniedziałek, 9 maja 2016

Dziś igły!

Idę dziś na igły, już się nie mogę doczekać. Mam przynieść moją grupę krwi, pani dostosuje mi dietę. Bardzo się cieszę, bo mi się ostatnio przytyło...:)
Wczoraj mieliśmy taki cudowny dzień, ponieważ to nasza rocznica, poszliśmy do restauracji greckiej, później spacerowaliśmy po mieście i dostałam bukiet róż:)
Jakoś te myśli o in vitro chwilowo uleciały. Pewnie nie na długo, bo w sobotę jedziemy spotkać się z nowym lekarzem, ale przynajmniej chwilowo jest mi lżej na sercu. Pogoda piękna, kochany mąż, pies, czego chcieć więcej?

PS Później dam znać, czy bardzo bolało;)

środa, 4 maja 2016

Miało być o majówce

Wszystkie moje posty jak na razie są dość smutne, a ja w gruncie rzeczy jestem bardzo pozytywną i wesołą dziewuchą. Tym razem miało być miło, radośnie i optymistycznie. Miałam pisać o wspaniałych koncertach, dobrej zabawie, o tym, że jestem już starą stetryczałą kobieciną, bo po dwóch dniach stania na koncertach bolą mnie plecy i jestem styrana jak dziki wół.
Ale nie napiszę o tym. Napiszę o kolejnej ciąży, o której dowiedziałam się dzisiaj. Nie mojej. O ciąży, która po raz kolejny zwaliła mnie z nóg. Moja koleżanka z pracy ogłosiła dziś tę radosną nowinę. Naprawdę radosną, wiem, że to jest dla niej ogromne szczęście. Jest mniej więcej w moim wieku, więc bała się, że im się nie uda, że będą się długo starać, zresztą wie o moich problemach, więc wiedziała, czego się może spodziewać. Ale nie, udało im się...od razu. Chciałabym się cieszyć i nie blednąć za każdym razem, kiedy słyszę "Jestem w ciąży". Ale nie umiem. Cholera jasna nie umiem! Jedyne, co chcę teraz zrobić, to zamknąć się gdzieś i ryczeć. Jak ja mam się z tym pogodzić. Czy jest w ogóle możliwe zaakceptowanie faktu, że nigdy w swoim życiu nie powiem nikomu, że tak, w moim brzuchu rośnie nowe życie? To boli.

poniedziałek, 2 maja 2016

33

Dziś mam 33 dzień cyklu a @ jak nie było tak nie ma... Strasznie mi się mi się organizm rozregulował po tych hormonach, niczego nie mogę przewidzieć. Maj będzie dla mnie intensywny, w przyszły poniedziałek idę na akupunkturę, jestem bardzo ciekawa jak to wygląda. Mam nadzieję, że igły mnie trochę odstresują. Później, 14 maja, wizyta u lekarza, zrobiłam sobie listę pytań, ewentualnych zabiegów. Mam nadzieję, że nowy lekarz będzie miał świeże spojrzenie na naszą sytuację, dokładnie wszystko przeanalizuje i zaproponuje nam jakieś nowe leczenie.
Dziś i jutro idziemy po pracy na koncerty, kupiliśmy sobie karnet dwudniowy:) Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz wychodziliśmy, nie mówiąc już o koncercie:) Trochę psa mi szkoda, bo będzie biedak siedział sam w domu:(

Życzę wszystkim udanej majówki:)


środa, 27 kwietnia 2016

Trudna decyzja

Decyzji o adopcji nie podjęliśmy od razu. Na początku, jak się dowiedzieliśmy, że mamy słabe zarodki, myśleliśmy o komórce od dawczyni. Ale paradoksalnie ten temat jest dla nas jeszcze trudniejszy niż adopcja. Po pierwsze, nadal nie będziemy mieć pewności, czy taka zapłodniona komórka będzie chciała ze mną zostać na 9 miesięcy. Po drugie, dla mnie celem już w tym momencie nie jest ciąża sama w sobie, tylko dziecko. Do tego dochodzi żal za te wszystkie porzucone dzieci, wychowujące się we wspólnych domach, bez bliskich, bez rodziców... Jeśli mamy warunki, chęci, siłę, to chcemy choć jednemu dziecku pomóc dając mu to wszystko, czego mu brakuje. Przede wszystkim miłość. I nie jest to żaden heroizm. W mądrej książce przeczytałam, że para jest gotowa na adopcję wtedy, kiedy czuje, że nie robi tego dla siebie, ale dla dziecka. Kiedy to dziecko, jego lepsze życie, jest dla niej głównym celem.
Kiedy pierwszy raz poszliśmy do ośrodka adopcyjnego, byłam strasznie zestresowana. Bardzo zależało mi na dobrym pierwszym wrażeniu. Później gdzieś wyczytałam, że najważniejsze to być sobą. Brzmi jak banał, ale w przypadku adopcji jest to bardzo ważne. Dziecko jest dobierane w taki sposób, żeby jak najłatwiej "wtopiło się" w nową rodzinę. Jeżeli jesteśmy w rzeczywistości energiczni, temperamentni itp, nie możemy udawać nagle wyznawców filozofii zen;) Bardzo się zdziwiłam, jak pani z ośrodka kazała nam przygotować nasze wspólne zdjęcie, takie, na którym widać nasze sylwetki. Nawet się lekko oburzyłam, bo co to ma za znaczenie jak wyglądamy. Otóż ma, bo dzieci zwykle są podobne do rodziców:)
Ta decyzja była dla nas bardzo trudna. Nawet teraz ciężko mi o tym pisać. Kiedyś myślałam sobie, że chciałabym mieć trójkę dzieci, dwoje swoich i jedno adoptowane. Niestety, życie jest bardziej skomplikowane, wylałam hektolitry łez, myśląc o tym, że nasze dziecko nie będzie miało pięknych oczu Przyszłego Taty, jego włosów, mojego temperamentu, że nie będzie miało naszych genów...Że może nie będzie rozkosznym niemowlakiem, którego będę mogła karmić piersią. Że prawdopodobnie będzie już miało pokaźny bagaż doświadczeń, niestety w większości złych. Że może być zbuntowanym, złym na swój los, niedającym się przytulić dwulatkiem...Przeczytałam "Jeża" Kotowskiej - lekturę obowiązkową dla rodzin adopcyjnych. Książeczka dla dzieci, pomagająca im zrozumieć, skąd się wzięły w rodzinie adopcyjnej. Syn autorki to tytułowy jeż, który przez przypadek urodził się z brzuszka innej pani, i czekał, aż jego prawdziwa mama i tato go odnajdą. W tym czasie na całym ciele wyrosły mu kolce. Jego mama chciała go przytulić, ale jego kolce bardzo ją kłuły. Kłuły ja w ręce, kłuły ją w całym ciele, ale przede wszystkim kłuły ją w serce. Ale ona pomimo swoich ran ciągle go przytulała, aż chłopcu odpadły wszystkie kolce i sam chciał się przytulać do mamy.
Wiem, że ja też będę miała pokłute serce, ale wierzę, że uśmiech naszego dziecka, jak już poradzimy sobie z całym złem, wszystko mi wynagrodzi:)


poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Oczekiwania a rzeczywistość...

Powiedzieliśmy sobie z Przyszłym Tatą, że jak ten ostatni raz w programie nam się nie uda, to angażujemy się na 100% w naszą rozpoczętą już procedurę adopcyjną. Planowałam nawet, że będąc na zwolnieniu po transferze napiszę życiorys. Jest to jeden z wymaganych dokumentów przy adopcji, ale nie takie CV jak do pracy, bardziej opowiadanie na swój temat. To ostatnie podejście traktowałam trochę po macoszemu, myślałam, że jak się uda to super, a jak nie, to trudno. Nawet pomyślałam sobie, że lepiej jak się nie uda, to na spokojnie będziemy mogli zacząć kurs, nie będziemy musieli niczego odkładać itd (wiem, głupio się do tego przyznać teraz...). W myślach umeblowałam już nawet pokój dla trochę starszego dziecka. Nawet miałam taki fajny sen...
Śniło mi się, że była zima, leżał śnieg. Wyszłam na balkon, jakoś tak 2-3 piętro i spojrzałam w dół. A tam, na śniegu, sam jak palec, stał mały, mniej więcej roczny chłopczyk, ubrany w czapę, kombinezon, stał i był przerażony. Ledwo się trzymał na nóżkach, bo był naprawdę maleństwem. Stał i szukał mamy. Zrozumiałam od razu, że to jest moje dziecko, że on szuka właśnie mnie i na mnie czeka. Zaczęłam wołać do niego "Synku! Synku!", wtedy on podniósł główkę i uśmiechnął się do mnie tak, jak tylko dziecko potrafi się uśmiechać do swojej mamy:) Ja wiem, że to był znak, wiem, że moje dziecko już gdzieś na mnie czeka.
Między innymi dlatego wydawało mi się, że naprawdę jestem w 100% pogodzona z tym, że nigdy nie będę w ciąży. No właśnie, wydawało... Rzeczywistość jak zwykle okazała się dużo bardziej skomplikowana. Bardzo przeżyłam tę ostatnią porażkę, Chyba najbardziej ze wszystkich do tej pory. Zrozumiałam, że jeszcze za wcześnie, że jeszcze ciągle mamy siły i środki, żeby jeszcze raz zawalczyć. Póki piłka w grze:)
Wczoraj zrobiłam wieszak na kwiaty i jestem z siebie bardzo dumna, bo zdolności manualne u mnie żadne;)

piątek, 22 kwietnia 2016

Dlaczego?

Niestety, przy żadnym podejściu w programie rządowym nie usłyszeliśmy, co może być przyczyną, że beta ani razu nawet nie drgnęła. W pierwszym cyklu mieliśmy tylko jeden zarodek, który nawet nie był blastocystą, klasy P8C. Lekarz od początku powiedział, że szanse są praktycznie żadne. I tak było, po 14 dniach od transferu odebrałam zerową betę.
Później było trochę lepiej, 4 zarodki, słabej klasy, bo najsilniejszy 2bb, ale tu przynajmniej mieliśmy jakieś mrozaki. Niestety, żaden z tych transferów się nie powiódł. Zapytałam lekarki, dlaczego się nie udaje, skoro badania Przyszłego Taty są ok, u mnie niby tylko czynnik jajowodowy, a ciąży nie ma. Usłyszałam, że to prawdopodobnie wina słabych zarodków i że nic z tym nie można zrobić. Super, zadziwiający brak empatii.
Do ostatniego cyklu zaczęłam przyjmować DHEA Eljot, przeczytałam, że może poprawić jakość zarodków.
Na 19 komórek miałam 2, słownie DWA zarodki...Klasy 2bb i 3bc. Słabo to świadczy o laboratorium. Miałam podane dwa, beta zerowa.
Teraz sobie myślę, że byłam tak strasznie naiwna ufając lekarzom, ale z drugiej strony, komu miałam ufać jak nie im. Na którejś wizycie lekarz zapytał, czy miałam wcześniej Embryo Glue, powiedziałam, że nie, a ten pyta dlaczego. To ja mam wiedzieć??? Nawet nie wiedziałam, że coś takiego jest. Zapytałam więc o to na recepcji, dowiedziałam się, że w programie MZ nie jest to możliwe. Ok, przyjęłam do wiadomości. Później przeczytałam na forum, że jest sporo osób, które miały dodatkowe zabiegi będąc w programie. Więc dlaczego ja nie mogłam?? Brak komunikacji, brak indywidualnego podejścia do pacjenta...szkoda gadać. Czuję, że zmarnowali moją szansę na ciążę, że ja zmarnowałam rok i sporo kasy w tej klinice.
Wcześniej postanowiliśmy, że jak ten raz się nie uda, to trudno, widać tak ma być. Zresztą i tak czekamy na kurs dla rodziców adopcyjnych, a niestety, jeżeli para jest w trakcie in vitro, wniosek o adopcje jest zawieszany. Chodzi o to, żeby dzieci pojawiały się w domu naturalnie, nie może być tak, że para w ciąży adoptuje maluszka. W naturze takie rzeczy się nie zdarzają J Ale kurde, nie mogę się teraz poddać! Gdybym wiedziała, że zrobiliśmy absolutnie wszystko i mimo to się nie udało, to ok, życie. Ale...
Co mogłam mieć, a nie miałam:   
  • Embryo Glue
  • AH (nacięcie otoczki żeby zarodkowi łatwiej się było wydostać)
  • Scratching endo
  • Aktywacja oocytów

Jak dla mnie, sporo tego. Dodatkowo umówiłam się na akupunkturę.
Myślicie, że zadziała?
Na szczęście mieliśmy odłożone trochę kasy, teraz zastanawiamy się nad kliniką, mamy upatrzone dwie, jedną w naszym mieście, drugą 3h drogi od nas. Obie mają dużą skuteczność, bo 41% i 37%. Wizyty mamy już umówione w obu, 14 maja i 2 czerwca. Koszty mnie przerażają, bo nie mam już refundowanych leków, ale czego się nie robi...:)


Wracamy do gry!