czwartek, 21 kwietnia 2016

Moja historia

Zaczęliśmy na luzie, z uśmiechami na twarzy, z wielka ochotą na zmianę naszego dotychczasowego życia. Pierwszy, drugi, trzeci miesiąc - spoko, mało komu udaje się od razu. Później pojawiły się wątpliwości, czy na pewno wszystko jest ok, no bo liczyłam dni płodne, niby było ok, a ciąży brak. Do lekarza poszłam po jakichś 7-8 miesiącach, miałam wtedy 29 lat. Usłyszałam, że mam się nie martwić, że przed 30-stką do roku to norma. I kolejne złote porady: "Proszę się odstresować", "Proszę wyjechać na wakacje", "Proszę zapomnieć, że się Państwo staracie". Taa...łatwo powiedzieć. Potem był monitoring cyklu i pierwszy problem, moje pęcherzyki nie pękają. Niby coś tam rośnie, ale prawdopodobnie nie ma owulacji. Zmieniłam lekarza, przepisał mi clostilbegyt, zbadaliśmy przyszłego Tatę. U niego na szczęście nie ma żadnego problemu.
Za to u mnie...owulacja raz jest, raz jej nie ma. Pęcherzyki, jeśli pękają, to albo bardzo wcześnie (prawy jajnik - 10dc), albo bardzo późno (jajnik lewy - 18dc). Nic dziwnego, że z kalendarzykiem się nie udawało. Zrobiłam mnóstwo badań, nic nie wyszło. W końcu, po 3 latach biegania od lekarza do lekarza, decydowaliśmy się na IUI. Wcześniej miałam zrobić jeszcze drożność jajowodów. Szykowałam się do zabiegu, czekałam na @. Długo nie przychodziła, zrobiłam test. Nie pierwszy, nie ostatni. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam dwie kreski. Byliśmy przeszczęśliwi! Powiedzieliśmy rodzinie, ja powiedziałam szefowej (głupia ja, więcej tego nie zrobię). Zrobiłam betę, 34, trochę niska, ale ok, wczesna ciąża. Nasze szczęście trwało dwa tygodnie. Potem przyszła znienawidzona już wtedy @ potwierdzając ciążę biochemiczną. Byłam wściekła na los, że aż tak bezdusznie sobie z nas zakpił. Byłam już wtedy w lekkiej depresji, potem było tylko gorzej. Poszłam do tego samego lekarza, który skierował mnie na drożność, powiedziałam mu o ciąży, stwierdził, że przynajmniej wiemy, że jajowody są drożne i zaproponował IUI w kolejnym cyklu. Miałam sporo wątpliwości co do tej drożności, ale zaufałam. Były dwie IUI i ani jednej ciąży. Wtedy się poddałam, byłam w kiepskim stanie psychicznym, miałam dość tego, że nasze życie kręci wokół jednego tematu. Daliśmy sobie spokój na rok, ale gdzieś w głębi serca wierzyłam, że właśnie teraz nam się uda, w końcu udało mi się odstresować, pojechaliśmy na wakacje. Nic z tego. Ciąży brak.
I wtedy pomyśleliśmy pierwszy raz o IN VITRO. Poszliśmy do kliniki, lekarz skierował mnie na tę przeklętą drożność. Okazało się, że jeden jajowód jest zupełnie niedrożny, drugi wpuścił płyn, ale już go nie wypuścił, w dodatku jest na nim mnóstwo zrostów. Wściekłam się na poprzedniego lekarza, przecież zapewniał mnie, że skoro była ciąża, to jajowody są na 100% drożne. No cóż, nie miał racji.
Zakwalifikowaliśmy się do programu rządowego i wstąpiła w nas nowa nadzieja. Pomyślałam sobie, że skoro to problem niedrożnych jajowodów, to NA PEWNO nam się uda.
Dziś jestem po pięciu transferach, podano mi w sumie 7 zarodków, i nadal nie jestem w ciąży.
Ale nadzieja umiera ostatnia:)

7 komentarzy:

  1. Mam Cie😊Historia troche podobna do mojej.Wykonanie uiu bez zbadania drożności.Tez miałam rok przerwy zanim zdecydowałam sie na dalsze leczenie i w konsekwencji in vitro.
    Będę tu zaglądać😉
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też będę tu zaglądać ☺ pisz koniecznie! To naprawdę pomaga. Myślę, że wszystko co przeszłaś było bardzo ważne, aby teraz móc budować nową rzeczywistość. By nie żałować "a mogłam zrobić coś jeszcze " . Ja na początku bałam się in vitro, ale wiem, że być może będę musiała się na nie zdecydować. Nie chcę za 10 lat pluć sobie w twarz, że nie spróbowałam.
    Widzę, że Wasza decyzja o adopcji jest przemyślana i będę Was wspierać w tym procesie.
    Gdy słyszę pytanie "a czemu nie adoptujecie?" jakby to była naturalna reakcja na wieść o niepłodności, to zastanawiam się nad tym, jakie wyobrażenia mają ludzie o adopcji. Może myślą sobie że to taka łatwa decyzja tak pójść sobie do OA i po prostu wybrać dziecko. Ale to nie supermarket. Do takiej decyzji trzeba dojrzeć.
    Trzymam kciuki za Was ☺

    OdpowiedzUsuń
  3. No to mam już dwie czytelniczki;)Dzięki dziewczyny!Decyzja o adopcji nie była i ciągle nie jest łatwa, ale o tym w osobnym poście:)

    OdpowiedzUsuń
  4. To ja będę trzecia :)
    Też jestem po 5 nieudanych transferach w ramach programu. Program wyczerpałam i zostałam z niczym :( na prywatne podejścia póki co brak kasy, a więc czas wziąć się ponownie za diagnostykę I szukanie przyczyny.
    Pisz to naprawdę pomaga :) ja też traktuje pisanie jak formę pamiętnika. I wsparcie jakie dają dziewczyny jest bezcenne :*
    Powodzenia i czekam na dalsze wpisy :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Jesteście kochane:) I za to dla Was świeżutki post:) Póki co odgrzebuję trochę stare historie, później będę już pisać na bieżąco.

    OdpowiedzUsuń
  6. Droga Marzycielko dołączam i ja :) Witaj w blogosferze! Ładnie tu u Ciebie:) Będę wpadać i kibicować!

    Co do lekarskich rad, żeby się nie martwić przed trzydziestką... Ja też słyszałam to wiele razy (nie tylko przed zresztą). W mediach pojawiają się kampanie o tej co "nie zdążyła", zamiast edukować lekarzy, żeby nie marnowali naszego cennego czasu płonnymi nadziejami, typu jakoś to będzie, czy dajcie sobie rok i wróćcie. Czemu niby nie można zrobić podstawowej diagnostyki od razu?

    Dużo przeszłaś do tej pory. Ja też trochę. Ale nadziei nie tracę i widzę, że Ty też nie. Dużo siły życzę! I powodzenia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!Czasem się zastanawiam skąd my wszystkie bierzemy tę siłę.Trzymam za Was kciuki!

      Usuń