środa, 20 lipca 2016

Niewiadoma

Już po. Mam strasznie mieszane uczucia, chyba spodziewałam się czego innego. Przygotowałam to ciasto, kawę itd. Panie nawet nie spróbowały:( Ale nie to jest ważne. Boję się, że wyszłam na jakąś neurotyczkę, głos mi się łamał, mówiłam chaotycznie (a normalnie mam gadane!), sama przeczyłam swoim własnym słowom. Byłam bardzo zdenerwowana. Mąż jakoś lepiej sobie poradził...Mądry facet z niego ♥ Było dużo trudnych pytań i tematów. Niektóre mi się nie podobały, no bo jak mogę odpowiedzieć na pytanie, jak się czułam po śmierci taty? Albo po utracie ciąży? To chyba jasne. I tu właśnie spanikowałam, bałam się, że pomyślą, że nie do końca poradziłam sobie z traumatycznymi przeżyciami. Później jeszcze in vitro, pytały, kiedy mieliśmy ostatnią próbę, a że ta była w marcu tego roku, stwierdziły, że 4 miesiące to niedługo, że może to nie jest wystarczający czas, żeby uporać się z żałobą. Pytały, czy korzystałam z pomocy psychologa, kto mnie wspierał w trudnych chwilach. Czy rodzina wie o adopcji, jak zareagowali, czy nas wspierają w naszej decyzji. Tu musiałam powiedzieć o mamie, która chyba trochę się tego boi i nie do końca pogodziła się z tym, że nie będzie biologiczną babcią.
Padło też pytanie, jak wyobrażamy sobie nasze dziecko. Powiedziałam, że chciałabym żeby miało min. 2-3 miesiące, a max 1,5 roku. Ale już na pytanie, dlaczego tak, nie było mi łatwo znaleźć odpowiedź. Powiedziałam, że 2 miesiące, żeby ewentualne wady i choroby miały czas się pokazać, a 1,5 roku, żeby było jak najkrócej bez matki i żeby choroba sieroca nie była zbyt rozwinięta. I tu poczułam się jak zła kobieta, która chce dopasować sobie jak najfajniejsze dziecko. A nie jest tak:( I zaczęłam się z tego wycofywać i było jeszcze gorzej. Za to mój mąż powiedział po prostu, że chciałby dziecku towarzyszyć na każdym etapie jego życia. Czemu ja na to nie wpadłam?? Tylko wypaliłam o jakichś chorobach.
Powiedziałam im, że mam całą biblioteczkę książek o adopcji, wyraziły chęć,żeby je zobaczyć. Poszliśmy na górę i zbladłam, zapomniałam, że większość tych książek dałam mamie...Więc wspomniana przeze mnie biblioteczka była prawie pusta, miałam raptem jedną książkę o adopcji... Taki niewypał.
Za to plus jest taki, że podobał im się dom:) Chociaż tyle.
Teraz znów czekamy na telefon. Jeśli jednak nie dałam tak bardzo ciała, to dostaniemy od razu kwalifikację na kurs. Jeśli nie, zaproszą nas na kolejną wizytę w ośrodku. Testy będziemy analizować już na kursie.
Chciałam więcej, chciałam, żeby wiedziały, że pragniemy tego dziecka najbardziej na świecie, że jesteśmy na nie gotowi, że będziemy dobrymi rodzicami.
Wiem, że panie psycholożki podejmą dobrą decyzje. Dobrą dla dziecka. A my możemy teraz tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać:)
Dziewczyny, może jest wśród czytających jakaś adopcyjna mama? Chyba potrzebuję pocieszenia, zapewnienia, że będzie dobrze, że może u kogoś innego było podobnie?

21 komentarzy:

  1. Droga Marzycielko:) Wprawdzie nie jestem mamą adopcyjną, więc moje słowa mogą być niewystarczające... ale myślę, że przed Wami te Panie spotkały nie jedną parę, której drżał głos. Jak ma nie drżeć i się nie łamać, kiedy z obcymi osobami trzeba rozmawiać o najintymniejszych i najboleśniejszych sprawach? To jest właśnie wyraz tego jak bardzo tego maleństwa pragniecie. A co do Twojej argumentacji dotyczącej wieku myślę, że była bardzo na miejscu. Nie o to przecież chodzi, żeby zgodzić się na wszystko, a potem nie udźwignąć np. ciężaru chorego dziecka, ale o to żeby dojrzale odpowiedzieć sobie, a w konsekwencji i ośrodkowi na co jesteście gotowi, czego dacie radę się podjąć.
    To było trudne doświadczenie, ale daliście radę. Teraz trzymamy kciuki za kwalifikację!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda że to jest trudne, dzięki za ślowa otuchy:)

      Usuń
  2. Widzę,że zasypały Cię pytaniami.Sama nie wiedziałabym jak odpowiadać bo przecież każdy jest inny.Nie wykujesz na blachę odpowiedzi, które spodobają się paniom.Byłaś szczera, prawdziwa i to się liczy.Chyba zdają sobie sprawę,że byłaś zdenerwowana.Kto by nie był?!W takim ogniu pytań każdy trząsł by portkami!
    Jesteście wspaniałymi ludźmi, którzy chcą jak najlepiej dla dziecka i chyba to się liczy.
    Nie wiem czy wiesz ale wymaganie żebyście zrezygnowali z in vitro jest wymysłem niektórych ośrodków.
    Nie bardzo rozumiem, to jakbyś naturalnie zaszła w ciążę to musielibyście oddać dziecko?To tak nie działa.Macie prawo próbować dalej z in vitro czy bez.
    Kama spokojnie:);*
    Wszystko będzie dobrze!Nie zadręczaj się!Nic już nie zrobisz.
    Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, już teraz będzie co ma być. Ale główka pracuje;) Jeśli chodzi o in vitro to rzeczywiście, to, że planujemy podejść jeszcze raz niczego nie zmienia, zresztą też tego nie ukrywaliśmy. Bardziej chodzi o to, żeby decyzja o adopcji była przemyślana, a nie podjęta pod wpływem chwili. Oni chyba raczej oceniają to, czy udało nam się uporać ze stratą. Dziecku, które zostało porzucone, nie można dokładać żałoby rodziców, bo ono już przechodzi swoją własną traumę. Tak przynajmniej piszą w mądrych książkach:)

      Usuń
    2. A jest jakiś termin, w którym muszą się określić/wydać decyzję, czy to kwestia uznaniowa i będą Was trzymać w niepewności?

      Usuń
    3. NieMatka ośrodek sprawdza czy udało się parze uporać z faktem nie posiadania biologicznych dzieci. Adopcja powinna być właściwą drogą a nie alternatywą, bo można skrzywdzić dziecko które i tak już sporo w życiu przeszło. Chodzi o szczerość intencji.pozdrawiam

      Usuń
    4. No właśnie o to nie zapytaliśmy...ale myślę, że do końca lipca już będzie wiadomo. W sierpniu będą na urlopach.

      Usuń
  3. Soñadora, nie mam niestety żadnego doświadczenia w tych sprawach, ale mocno trzymam kciuki za Waszą kwalifikację. Pary, które starają się o biologiczne dziecko, też mają często jakieś oczekiwania, też chcą, by było zdrowe, czasami określonej płci itd. Dobrze, że byłaś szczera. Mam nadzieję, że zostanie to docenione. Niemniej jest to bardzo stresujące. Od decyzji obcych osób, od tego jak nas odbiorą w ciągu jednego czy dwóch spotkań, zależy tak wiele...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? One muszą mieć ogromne doświadczenie, żeby takie decyzje podejmować. A jaka to dla nich odpowiedzialność!

      Usuń
  4. Hej! Wiesz, jak to jest - chyba zawsze siebie surowiej oceniamy niż jest faktycznie. A jak Twój mąż ocenia tę wizytę? Panie z Ośrodka odwiedzały i rozmawiały z niejedną parą i te rozmowy bywają różne, a jednak większość par kwalifikuje się i na kurs i na rodziców :). I prawdą jest, że trzeba być szczetnym. Uważam, że Twoja argumentacja co do wieku dziecka jest jak najbardziej ok. Jesteśmy ludźmi, po prostu i Panie z Ośrodka doskonale to wiedzą - świadomie nie każdy jest "gotowy na wszystko", ba - większość nie jest. Wiadomo, że później życie, różne sytuacje weryfikuje nasze słabości, gotowość do pokonywania trudności itp. Jeśli okaże się, że Panie będą chciały z Wami jeszcze porozmawiać - to nic się nie dzieje, może potraktuj to jako okazję aby podzielić się z Nimi tymi spostrzeżeniami, wnioskami i odczuciami - które Nam tu opisałaś :). Trzymam za Was kciuki!! Ado mamax3 (z mnóstwem wad i słabości)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój mąż jak zwykle jest lepszej myśli niż ja;) Ale też zauważył, że nie do końca dobrze przyjęły to, że nasze ostatnie in vitro było tylko 4 miesiące temu. Dziękuję Ci za ten komentarz, a zwłaszcza za jego końcówkę - "mama z mnóstwem wad i słabości", jakoś mnie to pociesza:D

      Usuń
  5. Zgłasza się adopcyjna mama dwuletniego w tej chwili Bąbla, który trafił do nas, kiedy miał 3 miesiące.

    Z moich doświadczeń wynika, że mało którzy rodzice adopcyjni zdecydują się na "każde" dziecko - nawet to znacznie starsze, z nieuleczalnymi chorobami, niepełnosprawnością czy innymi poważnymi obciążeniami. Ośrodki też doskonale zdają sobie z tego sprawę i moim zdaniem trzeba o tym mówić zupełnie otwarcie (nasz ośrodek adopcyjny wręcz wymagał od nas, żebyśmy bardzo jasno i konkretnie się w tym temacie określili). Sami wiemy najlepiej, na co jesteśmy względnie gotowi, a co jest dla nas nie do przejścia - i lepiej nie porywać się "z motyką na słońce", bo potem można bardzo skrzywdzić zarówno dziecko, jak i siebie. Także mówienie o swoich lękach, obawach, pewnych ROZSĄDNYCH "oczekiwaniach" nie jest niczym złym i myślę, że nie powinno zostać przez nikogo negatywnie odebrane. (Inna sprawa, że pewne zaburzenia mogą pozostać w ukryciu znacznie dłużej, niż wspomniane przez Ciebie 2-3 miesiące. Niektóre mogą ujawnić się dopiero po kilku latach - ale to już zupełnie inna para kaloszy i tak samo może być w przypadku dziecka biologicznego, na to nikt nie ma wpływu i tego po prostu nie da się przewidzieć.)

    Powiem tak: z mojego punktu widzenia wszystko zależy od tego,na jakich ludzi trafiliście - bo co ośrodek to inne "wymogi" i spojrzenie, choć niby cała procedura jest wszędzie podobna. U nas akurat panie były z tych wyrozumiałych i nawet jeśli widziały w kimś jakieś wątpliwości, wahania, jakieś nie do końca przepracowane kwestie - to po prostu rozmawiały, wałkowały temat do oporu i do czasu, aż wszystkim się w głowach rozjaśniło (czasami fundowały nam prawdziwy emocjonalny rollercoaster, ale w końcu na tym między innymi polega ich zadanie). Nie sądzę, by ktokolwiek z miejsca Was skreślił - jeśli już to raczej zaproszą do siebie na kolejne widzenie, pozwolą Wam się jeszcze raz "wygadać" i opowiedzieć szerzej o tym, czego nie potrafiliście ubrać w słowa ze względu na stres związany z domową wizytacją.

    Także głowa do góry - a jakbyś miała jeszcze jakieś wątpliwości czy pytania, to pisz do mnie śmiało. Jeszcze co nieco pamiętam z naszych warsztatów i oczekiwania, więc chętnie pomogę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej :) dawno mnie tu nie było a tutaj takie wiadomości :) cieszę się, że jesteście już po :) myślę że to normalne że się denerwujesz jak wyszło :) my kobiety lubimy dzielić włos na czworo ;) a facetom przychodzi to tak łatwo. Wierzę, że wszystko wyszło dobrze. Oni na pewno widzieli niejedną zestresowaną parę :) pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:) jemu też łatwo nie jest, ale faktycznie, mniej analizuje;)

      Usuń
  7. Crazy_cat_lady21 lipca 2016 12:48

    Mój znajomy ma dwójkę dzieci z adopcji. Synek trafił do nich gdy miał około 4-5 miesięcy, a córka 1,5 roku jak się nie mylę. Ale tutaj w Anglii to oni musieli jeździc to domu adopcyjnego i widywać się z dziećmi. Mieli testy i chyba jeden kurs. Z tego c mi opowiadał to dojazdy do innego miasta oddalonego o ponad godzinę drogi dały im w kość, ale nie zniechęcili się i teraz są szczęśliwą rodziną.
    Głowa do góry! Te panie napewno spotkały na swojej drodze nie jedną osobę której głos się łamał ze stresu.
    Życzę Wam powodzenia i obyście otrzymali ten właściwy telefon :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Póki co czekamy na ten o kursie. Jak Twoja mała, nie pcha się jeszcze na ten świat?

      Usuń
    2. Crazy-cat-lady21 lipca 2016 13:46

      Jakoś jej się nie spieszy ☺ A my tak ładnie prosimy, a ona nic ��

      Usuń
  8. Chcecie dać jakiemuś maluchowi dom, a już samo to świadczy o tym, że jesteście dobrymi ludźmi. A to normalne, że człowiek boi się chorób.
    Trzymam kciuki za pozytywną decyzję :)

    OdpowiedzUsuń
  9. jestem juz po adopcji, mamy wspaniala 5 letnia coreczke, bo my od razu chcielismy starsze dziecko, ale tez nie bylo łatwo, z jednego osrodka nas odrzucili, dlaczego, bo jestesmy za wrazliwi, a za te wrazliwosc dostalismy wlasnie coreczke w innym osrodku, powiem tak, panie w osrodkach publicznych sa dziwne, te pytania , to podjescie, oni nie szukaja rodzicow dla dzieci, oni oczerniaja te dzieci, nam powiedzieli, ze te dzieci sa straszne i nam zwierzeta pobija, ale my sie nie poddalismy i mamy dziecko :)

    w sumie proces adopcyjny z kursami , z dwoma osrodkami trwal od marca 2015 do lutego 2016 i w tym miesiacu lutym , miesiac po otrzymaniu kwalifikacji otrzymalismy wiadomosc, ze jest dziecko :)od 01.04 mała jest z nami, sprawe mielismy w czerwcu i teraz czekamy juz na nowy akt urodzenia :)
    nie ma sie czego bac, te panie sa rozne, a tez los sie toczy tak, zeby na swoje dziecko trafic ;)
    życze powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie powiem nic złego na osoby pracujące w tych ośrodkach. Wyobrażam sobie, jak wielka ciąży na nich odpowiedzialność. Oni muszą wszystko sprawdzić, o wszystko zapytać. Myślę nawet, że mogłoby to być dokładniej sprawdzane. Psychiatra, internista, nic nie sprawdzają tak naprawdę. Nie będę miała do nich żalu, jeśli każą nam pójść na jakąś terapię, porozmawiać z kimś, bo wiem, że nie robią tego na złość nam, tylko dla dobra dzieci. Sama chcę się czuć w pełni gotowa. Jeśli, ktoś, kto się na tym zna, powie mi, że nie jestem, to zrozumiem, bo prawdopodobnie taka będzie prawda. Mi się może tylko WYDAWAĆ, że jestem gotowa, pogodzona z brakiem biologicznych dzieci. Dobrze, jeśli ktoś potwierdzi na podstawie obserwacji, że naprawdę jestem:)

      Usuń