środa, 31 sierpnia 2016

Rośnijcie w siłę wariaty!

Są. I rosną! Może niepotrzebnie się martwiłam.

Dziś mi się śniło, że miałam mieć USG, żeby zobaczyć, ile pęcherzyków wyhodowałam i miałam, tylko że na wyniki miałam czekać dwa tygodnie...

A tak poważnie, w jednym jajniku mam 9, a w drugim 7 wariatów. Mają około 11 mm, więc sporo, pęcherzyk uznaje się za dojrzały przy 16 mm zdaje się. Pan doktor powiedział, że na pewno jeszcze urosną, że to dopiero początek stymulacji. Chociaż ilość nigdy nie była u mnie problemem, za pierwszym razem miałam 12 komórek pobranych, zapłodniła się jedna (!), za drugim chyba 14, zapłodnionych 4, i ostatnim razem 19 komórek, zapłodnione 2. Wszystkie słabe. Dziś idzie ostatni zastrzyk z Puregonu, a od jutra Fostimon. W Invikcie było jedno i to samo, za każdym razem, przez całą stymulację, a tu takie zmiany. Nie nadążam z przeliczaniem budżetu normalnie, bo ciągle muszę zmieniać leki i ich ceny na mojej liście:) Ale jest dobrze, jestem zadowolona. Pytałam o embryo glue i scratching endometrium. Doktor powiedział, że Embryo Glue ok, ale scratching nie. Jak zapytałam dlaczego nie, to baaaaardzo dziwnie na mnie spojrzał, i od razu poczułam, że nie powinnam wchodzić w jego kompetencje. Powiedział, że nie chce zmniejszyć moich szans na ciążę. Zmniejszyć? Byłam przekonana, że właśnie w ten sposób można je zwiększyć, ale pan doktor mówi, że w moim przypadku w ogóle tego nie zaleca, bo mam dobre endometrium. Musiałam zapytać, nie moja wina, że do tej pory o wszystko trzeba było walczyć, samemu się dowiadywać, dopytywać, prosić. Nie moja wina, że mam ograniczone zaufanie do lekarzy. Chociaż jemu ufam, czuję, że wie, co robi. Już pisałam, że jak nie on, to żaden:)
Zdecydowaliśmy się na zapłodnienie wszystkich komórek. Nie wiadomo, ile ich ostatecznie będzie, ile się zapłodni, ile zdegeneruje. Będę miała podane dwa zarodki. Punkcja prawdopodobnie w środę 7 września, a transfer maluchów w sobotę 10 września.
To będzie nasz 6 transfer.

Dziewczyny, bardzo Wam dziękuję za komentarze pod poprzednim postem, potraficie podnieść na duchu:) Przy każdym mailu o nowym komentarzu śmiała mi się mordka:)

No i cóż, mam nadzieję, że za kilka miesięcy będę borykać się z następującym problemem:


poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Złe myśli

Nic nie czuję, boję się, że nic nie rośnie, że nic nie mam w brzuchu, że dawka za mała, że nie będzie żadnej komórki:( W środę wizyta, a dziś włączam Orgalutran zwany przeze mnie orangutanem.
Niech się dzieje wola nieba...

piątek, 26 sierpnia 2016

Pierwszy dzień stymulacji

Dziś zrobiłam sobie pierwszy zastrzyk z Puregonu. Oczywiście nie obyło się bez przygód. Pierwszy raz biorę ten lek, wcześniej miałam Menopur (roztwór do rozrobienia z dołączonymi strzykawkami) i Gonapeptyl (gotowe, wygodne ampułko-strzykawki). Puregon kupiłam w mojej stałej aptece, gdzie jest trochę taniej, ale gdzie nie znają się za bardzo na lekach do in vitro. Niestety pani w aptece nie poinformowała mnie, że sam lek to nie wszystko. Potrzebny jeszcze tak zwany pen. Pewnie sama o tym nie wiedziała. Jakież było moje zdziwienie, gdy po otworzeniu opakowania okazało się, że w środku jest tylko ampułka i jakaś dziwna krótka igła. Nijak nie dało się tego ze sobą połączyć, a filmik na YT potwierdził, że brakuje mi bardzo ważnej części składowej. Właśnie owego pena. Polały się łzy me czyste, rzęsiste. A że mam @ i burzę hormonów, to lały się bez opamiętania. Było po 19h, mieszkamy na wsi, do najbliższej apteki mamy pół godziny jazdy autem, poza tym wiedziałam, że w tej najbliższej na pewno tego nie dostanę. W ogóle miałam wątpliwości, czy w jakiejkolwiek innej niż ta przy klinice dostanę. Nie pomyliłam się, obdzwoniłam kilka aptek i wszędzie słyszałam: "Yyy...pen? Puregon? Nie mamy czegoś takiego...". W końcu, już naprawdę zdesperowana, zadzwoniłam do rzeczonej apteki przy klinice, która o tej porze powinna być już zamknięta, ale jakaś dobra dusza odebrała i powiedziała mi, gdzie dostanę pena. Dodatkowo ta kolejna apteka była czynna do 21h. Byliśmy uratowani. Pędem do miasta po pena, w ciszy ponieważ aktualnie mamy z małżonkiem ciche dni...
Pena dostałam, zastrzyk zrobiłam. Sama sobie robię. Wolę tak, bo mam wtedy kontrolę, a ja lubię mieć kontrolę (między innymi stąd wspomniane ciche dni;).
Myślałam, że jestem już weteranką, w końcu to już moja 4 stymulacja, ale nie, jednak ciągle nowicjuszka, przynajmniej jeśli chodzi o ten lek;)
Pamiętajcie zatem dziewczyny, te, które dopiero będą zaczynać przygodę z in vitro, do podania Puregonu konieczny jest pen!




wtorek, 23 sierpnia 2016

Już za chwilę, już za momencik...

...wszystko się zacznie:) Jestem naładowana pozytywną energią! Czekam tylko na @ (która jak zwykle nie chce przyjść wtedy, kiedy się na nią czeka...) i zaczynam stymulację. Mam nawet ochotę powiedzieć, że nie mogę się doczekać zastrzyków, ale chyba jednak nie jestem aż taką masochistką;)
Jakoś tym razem się nie spinam, bo, po pierwsze, pierwszy raz naprawdę ufam lekarzowi i wiem, że zrobi wszystko, żeby się udało, a po drugie, nawet jeśli się nie uda, to my już wybraliśmy swoją drogę, kurs za pasem:)
Mieliśmy jechać na wakacje we wrześniu, ale przez kurs, który będzie się odbywał w każdy poniedziałek, mamy do dyspozycji tylko 6 dni, no i nie wiemy jak z wizytami u lekarza. Gdzieś tam pewnie pojedziemy, może nad morze, może SPA jakieś, chociaż z sauny pewnie nie będę korzystać. Będziemy spacerować po plaży, mam nadzieję, że już pustej, wdychać jod, czytać książki, będzie git:)
Cieszę się bardzo, bo dużo się dzieje.
W zeszłym tygodniu dowiedziałam się, że moja znajoma, która podchodziła do in vitro w invikcie, a potem przeniosła się do invimedu, jest w ciąży! Dziewczyna ma 37 lat, jest po jednym poronieniu, 7 lat się starali, i przysięgam, to jest pierwsza ciąża, która mnie tak szczerze, prawdziwie, bez żalu ucieszyła. Oby więcej takich newsów:)

PS Właśnie odebrałam wynik AMH, 4,93 ng/ml, jak robiłam przed in vitro miałam 4,4, jak to możliwe??? Pobrali mi przecież tyle komórek, a nawet jakby nie pobrali, to przecież to powinno spadać,a nie rosnąć??Błąd labu?

wtorek, 16 sierpnia 2016

Na rozdrożu

Czuję się trochę rozdarta. Proszę, nie oceniajcie mnie źle. Jestem w pełni zdecydowana na adopcję, ale nie mogę nie wykorzystać tej ostatniej szansy na biologiczne dziecko. Źle się z tym czuję, wiem, że powinnam się w 100% poświęcić jednemu, albo adopcji, albo in vitro. Ale nie mogę.
Byłam dziś u lekarza. Mąż zrobił badanie MSOME, i okazało się, co następuje: ilość plemników o prawidłowej budowie - 0. Zero. Jeśli dodamy to do moich postarzałych komórek, to szanse na ciążę mieliśmy taką, jak na spotkanie z yeti. No cóż. Teraz przynajmniej wiemy, dlaczego się nie udawało. Ale doktor kazał się tym za bardzo nie martwić. Na szczęście plemników drugiej kategorii jest 17%, te też nieźle zapładniają komórkę, ale dają większy odsetek poronień. Tym razem podejdziemy do IMSI. Ponoć w tej procedurze 3-4 embriologów obserwuje nasienie przez kilka godzin, żeby wybrać plemniki o najlepszej morfologii. Niech szukają ile wlezie;)
Tym razem będę też szła krótkim protokołem. Nie wiedziałam, że jest aż tak krótki;) Od drugiego dnia cyklu mam brać Puregon, w piątym włączyć Orgalutran. Leki 100% płatne, ale i tak wyjdzie mniej, niż jakbym szła długim protokołem. Póki co mam kupić dwa opakowania Puregonu i 3 Orgalutranu, razem, bagatela, około 1700 zł. Potem pewnie dojdzie po jeszcze jednym opakowaniu każdego plus coś na pękniecie.
Do zabiegu podejdziemy na początku września.
Jeszcze raz napiszę, nie oceniajcie mnie źle. Jeśli mamy jakąś szansę na biologiczne dziecko, musimy ją wykorzystać.
Z adopcji nie rezygnujemy. Jeśli ten zabieg się powiedzie i urodzę dziecko, za dwa lata wracamy po drugie z adopcji. Jeśli się nie uda, co jest bardziej prawdopodobne, 12 września zaczynamy kurs i czekamy na naszego malucha z serducha:)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Chciałabym

Jaką chciałabym być mamą? Rozumiejącą i akceptującą wybory dziecka. Godną zaufania, nie kontrolującą, Popełniającą błędy i umiejącą się do nich przyznać. Nie prawiącą kazań, ale pokazującą swoim przykładem, że należy być dobrym człowiekiem. Kochającą swoje dziecko do szaleństwa. Uczącą dobrych zachowań, wspierającą.
Ale przede wszystkim chciałabym być taką mamą, że kiedy moje dziecko będzie chciało odnaleźć swoich biologicznych rodziców, to nie zrobi tego po kryjomu, za moimi plecami. Tylko przyjdzie do mnie, powie "Mamuś pomóż mi, potrzebuję Cię". A ja pomogę, mając nadzieję, że wróci do mnie i nadal będę dla niego najlepszą mamą, jaką mogę być.
To jest jeden z moich największych adopcyjnych strachów. Wszędzie czytam, że dzieci adoptowane potrzebują wiedzieć, kim są, skąd pochodzą, poszukują swojej tożsamości, zrozumienia. Chciałabym nauczyć moje dziecko szacunku dla tej kobiety. Kobiety, która wprawdzie je oddała, ale nie zabiła, nie zostawiła gdzieś na śmietniku, nie usunęła. Na swój sposób pewnie kochała, bo oddając je, chciała dla niego lepszego życia. Czy moje dziecko nigdy w nerwach nie wykrzyczy, że nie jestem jego matką? Nastolatki się buntują, wiem o tym doskonale, bo sama byłam strasznie butna w wieku nastu lat. Czy w tym buncie mimo wszystko moje dziecko będzie czuło moje wsparcie? Nie odsunie się ode mnie? Nie będzie chciało odejść do matki biologicznej?
Naszym zadaniem jest przez całe życie pokazywać naszym dzieciom, że są dla nas najważniejsze. Że zrobimy dla nich wszystko, że liczy się dla nas tylko ich szczęście. Czy adopcyjni rodzice mają trudniej?  Ten moment, kiedy młody człowiek chce poznać swoją biologiczną rodzinę, w końcu nadchodzi, i to, jak zachowa się wtedy nasze dziecko, jest świadectwem tego, jakimi byliśmy dla niego rodzicami.
Pewnie nie zawsze tak jest, ale często. Ważne, żeby być wtedy z dzieckiem, jak trudne by to dla nas nie było.
Żebym ja miała wystarczająco dużo siły...

środa, 10 sierpnia 2016

Jest:)

Jest nasz pierwszy mały cud:) Dziś zadzwonił telefon, we wrześniu zaczynamy kurs!
I znów wszystko wróciło na dobre tory. Przyznaję, że nie jest to dla mnie łatwy okres. Boję się, ale z drugiej strony jestem pełna nadziei. Jakoś to wszystko się ułoży. Myślę też, że teraz będzie nam łatwiej, jak już wiemy, że się nadajemy, przynajmniej na kurs:P
Ciekawa jestem, jak to będzie wyglądało. Chciałabym bardzo spotkać rodziny, które już mają dzieci. Bardzo pomagają mi blogi i komentarze dziewczyn, które już są mamami adopcyjnymi. Czuję się wtedy jakoś lepiej, wiem, że nie jesteśmy sami i że ktoś nas rozumie, ktoś, kto przechodził przez to samo, miał te same dylematy i wątpliwości.
Tych wątpliwości trochę jest. Zastanawiam się, czy uda mi się podjąć od razu decyzję, czy to nasze dziecko, zaraz po tym, jak zadzwoni ten telefon. Co będzie, jeśli zobaczę dziecko i nic nie poczuję? A co, jeśli dostaniemy propozycję malucha, która nie będzie zgodna z naszymi ... no właśnie, kryteriami? wytycznymi? oczekiwaniami? Jakie my możemy mieć oczekiwania wobec dziecka? Ok, decydujemy się na pewien wiek i stan zdrowia. Ale strasznie ciężko myśli się o tym, że mamy odrzucić jakieś dziecko, bo nie spełnia naszych kryteriów... Aż ciężko mi się o tym pisze. Póki co nie mogę sobie wyobrazić takiej sytuacji. Wydaje mi się, że to my mamy spełnić jakieś oczekiwania. Mamy zaspokoić potrzeby tego dziecka, otoczyć je opieką, a nie po raz kolejny odrzucać już raz porzuconego małego człowieka.
Na Bocianie pojawiają się wpisy dziewczyn, które nie zdecydowały się na dziecko proponowane przez OA. Głównie ze względu na wiek dziecka i stan zdrowia właśnie. Dotyczy to naszego Ośrodka. Dzieci jest podobno mniej. To dobrze, tak myślę. Nawet doceniam w tym momencie 500+ (choć wiem, że nas na to nie stać i ogólnie jestem przerażona naszym rządem, nie znoszę PISu...). Ale jeśli te pieniądze są w stanie przekonać choć kilka matek, żeby zatrzymały swoje dzieci, zakładając oczywiście, że będą też w stanie zapewnić im dobre warunki i dobre życie, to niech będzie. Mówi się, że przez to jest mniej dzieci do adopcji. Ale i tak jest ich mnóstwo. W porównaniu z taką na przykład Francją, gdzie ludzie adoptują dzieci z zagranicy, bo we Francji po prostu ich nie ma, wypadamy bardzo źle.
Musimy zaplanować wakacje, urlop mamy dokładnie od 12 września, więc możemy wyjechać tylko na 6 dni, od wtorku do niedzieli:) Może Termy w słowackich Tatrach? Był ktoś? A może nad morze?
To będzie dobry czas:)

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Cudu nie będzie

Wszędzie cuda. A we mnie znów obudziła się nadzieja. Nie ogarniam tego. Nie chcę już myśleć, że może i mi się uda. Nie uda się. Nie naturalnie. Myślę, że już zawsze tak będzie, że nawet już mając dziecko adoptowane, będzie mi smutno, jak przypomnę sobie, że nie mogę zajść w ciążę. Zawsze już radość z ciąży kogoś bliskiego będzie się przeplatała z moim smutkiem. I tak widać ma być. Myślę, że to jest kwestia akceptacji tego uczucia. Oswojenia się z nim. Czy będzie mniej boleć? Pewnie nie, ale może jak się tym pogodzę, łatwiej będzie mi przez to przechodzić.
Niepłodności nie widać. To trochę jak alkoholizm (przepraszam za porównanie), chora będę już zawsze. I może czasem przestanę o tym myśleć, ale wystarczy mała chwila zapomnienia, żeby wszystko wróciło do mnie w ciągu sekundy. Cały ten ból, żal, rozczarowanie, zawiedzione nadzieje. Te pytania do siebie samej, co zrobiłam źle, gdzie po drodze się zepsułam, czy mogłam temu zapobiec? Świadomość, że mój mąż może mieć dzieci, ale nie będzie ich miał, bo jest ze mną...Niskie poczucie własnej wartości, bezużyteczność ciała...
Jeszcze myślę, że może jest cień szansy. Łykam tabletki, koenzym, witaminy, oleje. Jeszcze w sierpniu idziemy do lekarza, przejdę jeszcze jedną stymulację. A potem koniec. Nie chcę więcej do tego wracać, nie chcę rozbudzać w sobie nadziei.
Niech już zadzwonią z tego ośrodka, bo zawieszona w próżni zaczynam świrować.