poniedziałek, 11 grudnia 2017

Buraczki rules:)

UWAGA!!! Jeśli zdecydujecie się na ten przepis, musicie liczyć się z sajgonem wokół małego smakosza. Ale warto:)

Makaron z buraczkowym pesto

  • garść makaronu (ja zdecydowałam się na pełnoziarniste świderki, ale może być penne)
  • dwa buraczki
  • jabłko
  • pół korzenia pietruszki
  • majeranek
  • łyżeczka ziaren łuskanego słoneczniku
  • oliwa
Makaron gotujemy. Nieobrane buraczki w całości układamy na blasze i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni około 1,5h (zależy jak duże, moje były spore i chciałam, żeby były mięciutkie). W połowie pieczenia, w innym naczyniu, wstawiamy obrane jabłko pokrojone na ćwiartki razem z pietruszką pokrojoną w słupki, wszystko skropione oliwą. Robimy sobie dobrą kawę i czekamy, aż wszystko się upiecze🍵Następnie obieramy przestudzone buraki i  miksujemy na gładkie pesto razem z jabłkiem, pietruszką, majerankiem i słonecznikiem. Gdyby było za gęste, należy dolać oliwy lub oleju rzepakowego. Pesto mieszamy z makaronem i podajemy maluchowi. 
Efekt przed podaniem, nuuuuuda😉

I w trakcie konsumpcji😆😋
Oboje mamy z tego Rysiowego samodzielnego jedzenia ogromną frajdę:)

czwartek, 7 grudnia 2017

Ten bachor...

Spacer na wsi. Codziennie mijam te same twarze, zwykle mamuś z wózkami, mówimy sobie cześć, dzień dobry.
Ale nie dziś. Dziś spotkałam starą matronę, która doprowadziła mnie do białej gorączki.
Szłam z wózkiem prawidłowo po lewej stronie drogi. Podobnie jak dwie panie, niska i wyższa, tyle że one szły w moim kierunku tą samą stroną drogi, czyli nieprawidłowo. Droga wąska, dodatkowo zwężona przy mostku, akurat jechało auto. Niska mówi do wyższej, żeby zeszła, bo auto jedzie, na co obie słyszymy, że niech jedzie, ona ma to gdzieś, niech ją ominie. Ok, myślę, ale jestem jeszcze ja z wózkiem, nie zejdę z dzieckiem na środek jezdni, bo panie nie znają zasad poruszania się po drogach. Więc idę naprzód, i grzecznie mówię do pań, że idą złą stroną drogi. Na co wyższa rzuca do mnie, że może i złą, ale drugą się nie chodzi. Nie rozumiem, ale nie dyskutuję, bo panie już mnie ominęły. I nagle słyszę z tyłu: "Idzie taka z tym bachorem...". Reszty nie słyszałam, bo szlag mnie trafił na miejscu i para mi poszła z uszu. Krzyknęłam tylko do niej, o jakim bachorze mówi, i że chyba trochę przesadziła, na co słyszę, że mam "spadać na szczaw...". Szczerze mówiąc, miałam ochotę podejść do niej i dać jej w twarz. Ręce mi się trzęsły i chciało mi się płakać. Jak tak można. Chyba nigdy tego nie zrozumiem, bo co ja jej zrobiłam? Nic. Spacerowałam z dzieckiem. Jeśli chodziłoby o mnie, to pal licho, co gadają, ale mówiła o moim dziecku. Nie o jakimś bachorze, tylko o moim synu. Ja naprawdę nie traktuję go jak króla, raczej nie jestem jedną z tych matek, które uważają, że wszyscy powinni traktować ich dzieci jak jakieś wyjątkowe jednostki. Ale do cholery, jakim prawem jakaś obca baba tak brzydko o nim mówi? Kiedyś o okropnej sytuacji ze starą babą pisała tutaj Mama Bąbla. Bardzo mi jest przykro, że czasem trafiamy na takich głupich ludzi...
Przy okazji zdałam sobie bardzo wyraźnie sprawę, że gdyby ktoś chciał zrobić krzywdę mojemu dziecku, to przegryzłabym tętnicę...

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Słodka zupa na zimowe dni

Zupka krem z kukurydzy

Dziś przepis zupełnie nie mój, prawie całkiem ściągnęłam go z Ala'Antkowego BLW. Od siebie dodałam tylko kurkumę, koperek i mięsko z kurczaka. Zupka pyszna, nada się dla wszystkich niejadków, bo jest słodka, a wiadomo, że dzieci lubią słodkie. Nawet w postaci zupy;)

Ingrediencje:

  • pół cebuli
  • ząbek czosnku
  • szklanka kukurydzy (dałam z puszki)
  • jeden ziemniak
  • łyżeczka koperku, szczypta kurkumy, szczypta gałki muszkatołowej


Cebulę i czosnek wrzucam na rozgrzany olej rzepakowy, dodaję ziemniaka pokrojonego w kostkę i chwilkę podsmażam. Dodaję kukurydzę i koperek, zalewam wodą trochę ponad poziom warzyw i gotuję na małym ogniu około 20 minut. Na koniec dodaję gałkę i kurkumę.
Zupę trzeba dobrze zmiksować, kawałki kukurydzy mogą się dzieciom nie podobać, bo są dosyć twarde;) Do gotowego kremu dodaję ugotowane wcześniej mięso z kurczaka*.

Ryś coraz lepiej radzi sobie z samodzielnym jedzeniem. Uwielbia ogórka kiszonego, makaron, fasolkę szparagową, nie pogardzi brokułem, kalafiorem. Widzę, że sprawia mu to coraz więcej przyjemności, ciągle większość ląduje na podłodze, ale spora część zostaje też w buźce:) Ja też jestem coraz odważniejsza, nie drżę przy każdym kęsie, tylko przy tych większych;)

Dziś dzwoniłam do dwóch żłobków, w poniedziałek jedziemy je odwiedzić, zostawić Rysia na chwilkę z dziećmi. Nie mogę w to uwierzyć, jeszcze niedawno był taki malutki, a dziś rezerwujemy miejsce w placówce...Ale to temat na oddzielny post, do którego jeszcze nie czuję się gotowa:(



*Jeśli chodzi o mięso, na jeden posiłek dodaję mniej więcej 10g. Kupuję filet z kurczaka, gotuję do miękkości w wodzie z ziołami, ugotowanego dzielę na porcje, jednej używam od razu, resztę mrożę.



wtorek, 21 listopada 2017

Święta tuż tuż:)

Lubię robić prezenty moim bliskim. Co roku zabieram się za to dosyć wcześnie, bo bardzo często robię zakupy przez internet i chcę mieć pewność, że wszystko dojdzie na czas.
W rodzinie mamy sporo dzieciaków, a prezenty dla nich sprawiają mi szczególną przyjemność. W zeszłym roku postawiłam na książki. Lubię zwłaszcza te skandynawskie, z wydawnictwa Zakamarki. I tak córa mojej kuzynki dostała książeczkę "Jak mama została Indianką", a jej brat - "Jak tata pokazał mi wszechświat". Ta druga tak mi się spodobała, że w tym roku kupiłam ją też dla Rysia.

Mojej starszej chrześnicy kupiłam piękny album o koniach, ponieważ w tamtym momencie to była jej pasja, a młodszej bajkę, której bohaterką jest ona sama. Myślę, że to fajny pomysł, i że miło będzie do takiej książeczki wrócić w przyszłości, jak już będzie starsza. Wysłałam zdjęcie jej buźki, podałam imię, i za kilka dni miałam w rękach książkę z podobizną mojej ukochanej bratanicy na każdej stronie:) W Zakamarkach kupiłam też prezent dla Rysia. Wprawdzie w grudniu jeszcze o nim nie wiedziałam, ale już zaopatrywałam się w piękne lektury. Za kilka lat razem będziemy czytać "Prezent dla Cebulki". Ta piękna świąteczna opowieść ma 25 rozdziałów, do czytania co dziennie aż do Bożego Narodzenia.

W tym roku postawiłam na zabawki. No, może nie do końca, bo moja starsza chrześnica znów dostanie książkę. Ale wiem, że lubi czytać, poza tym to już pannica, 13 lat, więc "Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek" powinny jej się spodobać. Przeczytałam kilka ze stu historii dzielnych kobiet i myślę, że tę książkę powinna znać każda dziewczynka i kobieta. Polecam.

Dla dzieciaków kuzynki mam autko drewniane z Lidla i lalę Maszę. 
Moja młodsza chrześnica od niedawna chodzi na tańce i chyba złapała bakcyla, dostanie więc matę do tańczenia:) Myślę, że zadowoleni będą również jej rodzice, bo mała ma niespożyte pokłady energii, będzie miała gdzie je spożytkować:)

Dla starszych dziewczyn (kuzynek, bratowej) mam mydełka z Ministerstwa Dobrego Mydła, świąteczne pachnące świeczki i coś tam jeszcze dokupię.
Dla dziadków Rysia zamierzam kupić jakieś fajne naczynie do zapiekania, np. z Le Creuset i drewniane podkładki pod kubki, wszystko mam już upatrzone w TK Maxxie:)
Brakuje mi podarunku dla brata i bratowej, no i dla małżonka. Jakieś pomysły?:)
A co mam dla Rysia. Hmmm, nie wiem, czy mogę się przyznać...ogarnął mnie prawdziwy szał zakupowy. Ale to nie moja wina! To wina Lidla, kto to widział, takie fajne, drewniane zabawki w takich cenach!;)
Kupiliśmy mu papugę - pierścienie do zakładania na drążek, drewniane puzzle dla maluszków, drewnianą kostkę interaktywną i rowerek biegowy. To w Lidlu. Dodatkowo kupiłam mu dwie piękne zabawki firmy Plan Toys - wyścigówkę z kierowcą królikiem i aparat fotograficzny z kalejdoskopem. W Zakamarkach dwie książki, "Jak tata pokazał mi wszechświat" i "Święta dzieci z dachów". I na koniec, wisienka na torcie, pluszowa interaktywna kostka Smiki.
Dużo, wiem, ale nie dostanie wszystkiego na raz, zwłaszcza, że do części jest zwyczajnie za mały. Papugę dostanie od Mikołaja, kostkę pluszową pod choinkę, rowerek na roczek. Książki dołączą do innych i trafią na zapełniającą się coraz szybciej półkę. Wyścigówka i aparat już zdobią komodę. A resztę będziemy dawać mu po kolei, jak dorośnie.
No matka oszalała, ale co z tego, tyle na to czekałam:)

Przy okazji postanowiłam pokazać Wam, jak wygląda królestwo mojego Rysia:) 

PS Dziś mija dokładnie rok od naszego ostatniego spotkania na szkoleniu w Ośrodku Adopcyjnym. I Święta już nigdy nie będą takie same💜💜💜💜

piątek, 17 listopada 2017

Zielony obiad:)

Zupa krem z zielonego groszku, Ryś lubi:)

Z tych składników wychodzi jedna porcja zupki. Raczej zawsze robię obiad na jeden dzień. Znów niby nic specjalnego, ale zupa naprawdę jest bardzo dobra. Słodka przez groszek, aromatyczna dzięki ziołom. Pozwoliła mi delikatnie wprowadzić czosnek. No i jest z moim ulubionym mlekiem kokosowym:)

  • kilka wiórków cebuli
  • troszkę rozgniecionego ząbka czosnku
  • oliwa
  • łyżka soczewicy
  • pół szklanki zielonego groszku (dałam mrożony)
  • tymianek
  • natka pietruszki
  • łyżka mleka kokosowego
Cebulę lekko zrumieniłam z czosnkiem na łyżce oliwy, ale dosłownie troszeczkę. Dodałam groszek, zioła, zalałam wodą trochę ponad poziom groszku i zagotowałam. Dodałam wypłukaną soczewicę i gotowałam 10 minut. Ja zmiksowałam, bo miał być krem, ale można rozgnieść widelcem albo podać z kawałkami do gryzienia. Na koniec dodałam mleko kokosowe i już, gotowe:)


* U mnie zupka wyszła troszkę za rzadka, więc dodałam łyżeczkę kaszy manny.




wtorek, 7 listopada 2017

Jesień

Bardzo lubię tę porę roku, nawet kiedy pada i jest mgliście. A może właśnie wtedy najbardziej? Zwłaszcza kiedy ten deszcz mogę obserwować z okien ciepłego domku.
Zaczęliśmy dobrze, bo od przepięknej sesji zdjęciowej mojej i Rysia. W cudownym parku, wśród liści skąpanych w jesiennym słońcu, w soczystych pomarańczach, brązach i żółcieniach.

Później zrobiło się wietrznie, zimno i deszczowo. I Ryś się przeziębił. Zaczęło się od kataru, dzień później był już kaszel gruźlika, a za chwilę obustronne zapalenie oskrzeli i podejrzenie zapalenia płuc. Lekarz kazał nam pilnować go w nocy, bo miał duszności i problemy z oddychaniem. Na szczęście mamy monitor oddechu, wiec spaliśmy w miarę spokojnie. Przepłakałam cały wieczór po jego wizycie, bo wydawało mi się, że za późno zareagowałam, że nie zorientowałam się, że Ryś ciężko oddycha (a właściwie to się zorientowałam, ale winiłam katar...) Ale już jest dobrze. Mały miał antybiotyk i inhalacje ze sterydem. Jutro mamy kontrolę, mam nadzieję, że już się wszystko wyleczyło, bo bardzo chciałabym wyjść z nim w końcu na spacer.
Poza tym mamy zęba! Wygląda prześmiesznie, taki jeden biały ząbek w buźce:) Uwielbiam:) Rysiu zaczął siadać, póki co lekko na boku i z podparciem na rączkach, ale to dobry początek. Raczkuje i wstaje na nogi wszędzie, gdzie może się czegoś chwycić. Jest bardzo absorbujący, bo wprawdzie stoi stabilnie, nawet drepcze sobie w miejscu, ale nie wie, co dalej. I woła mamę. Bez przerwy;)
Bardzo szybko ten czas leci, niedługo nasze pierwsze święta razem. Ubierzemy choinkę, kupimy małemu prezenty, może spadnie śnieg. Dobrze mi...

piątek, 3 listopada 2017

Kuchnia serwuje:)

Trochę się zestresowałam, jak pod ostatnim postem przeczytałam, że Malwa czeka na moje inspiracje😉 No bo to w sumie nic takiego, nie żadna tam rocket science, tylko pierwsze jedzenie dla niemowlaka. Ale co tam, lecimy. Dziś kuchnia wydała drugie śniadanie na słodko, bez grama cukru. Szczerze mówiąc, było to tak smaczne, że trzymałam kciuki, żeby dziecię me coś mi zostawiło😃

Jaglanka na mleku kokosowym:

  • pól szklanki kaszy jaglanej
  • pół szklanki mleka kokosowego (myślę, że cały smak w tym właśnie mleku, ale można pewnie dodać inne)
  • szklanka wody
  • owoce
  • cynamon
Mleko i wodę zagotować, dodać kaszę, wypłukaną wcześniej kilka razy w gorącej wodzie, cynamon, gotować 18 minut. Dodać ulubione owoce. Voilà:) 


Może nie wygląda bombowo, ale tak smakuje😋





środa, 1 listopada 2017

Papki czy BLW?

Nasze rozszerzanie diety trwa już od jakiegoś czasu. Zaczęliśmy, jak Rysiu miał 5 miesięcy, mimo że wiem, że najlepiej byłoby zacząć miesiąc później. Ale miałam wrażenie, jak się okazało dobre, że samo mleczko już mu nie wystarcza. Do tej pory butelka jest podstawą, ale oprócz niej je już dużo warzyw, mięsko, rybę, owoce i zioła. Póki co najmniej lubi cukinię, za to zajada się buraczkami i wygląda przy tym trochę jak mały wampirek:) Na szczęście od samego początku rozszerzanie diety było dla nas przyjemnością. Ryś nie wypychał jedzenia językiem, nie walczył z łyżeczką ani z talerzykiem. Aż dziw, że nigdy mnie nie opluł;) Siedzi spokojnie i zajada. Podejrzewam, że to dzięki temu, że od samego początku podawałam mu łyżeczką różne kropelki. A to witaminę D, a to probiotyk, i tak się chłopak przyzwyczaił, że bez problemu je z łyżeczki.
Zastanawiałam się nad BLW, ale bądźmy szczerzy, jestem Matką Panikarą, więc sorry, wiem, że nie dam rady. Drżę, jak mały je chrupka kukurydzianego, więc co byłoby przy jabłku😱 Poza tym Ryś do tej pory nie siedzi samodzielnie. Ale nie chcę też dawać mu bezpłciowych papek, więc staram się jak najczęściej gotować. Słoiczki daję wtedy, kiedy nie mam czasu, albo kiedy chcę dać mu mięso, jeszcze nie udało mi się znaleźć pewnego źródła, żeby móc spokojnie kupić kawałek zdrowego drobiu na przykład. Nie idę też żadnym schematem, pokazującym, jakie produkty powinnam podać w danym wieku. Ryś jadł już całe jajko, awokado, czosnek, cebulę, mleko kokosowe, cynamon, oregano, tymianek, produkty zbożowe, płatki owsiane, soczewicę, dorsza i mnóstwo warzyw i owoców, kaszek itp. Odpukać, do tej pory nie było żadnej reakcji alergicznej. Zastanawiam się teraz nad chlebem, piekę czasem sama, ale jest to chleb na drożdżach, nie na zakwasie, więc jeszcze poczekam, zanim poczęstuję nim małego.

Nasze przykładowe menu wygląda następująco:

  • I śniadanie 6-7h - mleczko 180ml
  • II śniadanie 9h - kaszka zbożowa z płatkami owsianymi na wodze lub kaszka manna na wodzie/mleku kokosowym lub kasza jaglana na wodzie/mleku kokosowym + owoce
  • I obiad 12h - mleczko 180ml
  • II obiad 14-15h - zupka/słoiczek/pieczone warzywa/gotowana ryba...
  • I kolacja 16:30-17h - mleczko 180ml
  • II kolacja 19-19:30h - mleczko 210ml z kleikiem ryżowym/kukurydzianym

Kupiłam ostatnio książkę Ala'antkowe BLW, jest tam sporo fajnych przepisów, i mimo że nie karmimy się tą metodą, myślę, że z książki można czerpać inspiracje. I takie właśnie moje inspiracje, przepisy i zdjęcia dań mam zamiar umieszczać w nowo powstałym dziale "Kraina od kuchni"😋 Zapraszam!




czwartek, 26 października 2017

Lukru nie będzie

Tyle było już tekstów o przelukrowanym macierzyństwie. U mnie też cukierkowo nie jest. Szczerze mówiąc, czasem padam na ryj. Ostatnio częściej. Ryś ma kiepski czas, nie śpi w nocy, nie śpi w dzień, nie śpi na spacerze.
Budzi się o 6h, staram się go przetrzymać ok. 4 godziny do drzemki, i rano nie jest jeszcze najgorzej, bawimy się, mnie udaje się zjeść śniadanie. Zwykle nie wytrzymuje tych czterech godzin, kładę go przed 10h, zasypia praktycznie od razu, i śpi...20 minut, do pół godziny. Starcza mi czasu na ogarnięcie kuchni po śniadaniu. I potem się zaczyna. Sam bawi się jakieś 10 minut, zresztą ze mną podobnie. I marudzi. Nie daje się ubrać, na spacerze marudzi, w krzesełku marudzi, na macie marudzi, na plecach marudzi, na brzuchu marudzi...i tak w kółko. Staram się gotować mu jakieś fajne obiadki, robię to w międzyczasie, jak nie akurat nie płacze. O drugiej drzemce można pomarzyć. Zwykle nie daje się w ogóle położyć, a jak już mi się uda, to budzi się po 15 minutach.
A gdzie jakiś obiad? Pranie? O sprzątaniu już nawet nie wspomnę. Dobrze, że jest ten kojec, to chociaż dziecko nie leży na sierści psa. Ha! Zapomniałam o psie. Łazi za mną krok w krok, staje mi na drodze jak osioł i się o niego potykam, zwykle wtedy, kiedy niosę Rysia. Jak udaje mi się uspać małego, to pies oczywiście ma potrzebę, żeby sobie szczeknąć. Albo popiszczeć. Chce wyjść, wejść, wyjść, wejść, wyjść, wejść, wyjść, wejść...aaaaaaa!  Jak karmię dziecko, to oczywiście stoi tuż przy jego twarzy. Nie mogę się nawet spokojnie wysikać za przeproszeniem, bo, oczywiście, drzwi muszą być otwarte i muszę mówić do syna, względnie śpiewać Jadą jadą misie, żeby nie płakał, a pies towarzyszy mi w środku. No dom wariatów. Mąż wraca późno, 17:30h, czasem, np. dziś, jeszcze później, przejmuje wtedy Rysia, a ja, oczywiście, robię wtedy obiad. Którego zazwyczaj nie udaje nam się zjeść, bo Ryś marudzi, jak się go gdziekolwiek odłoży. Więc idziemy go kąpać, mąż go karmi i kładzie spać. Ja w tym czasie ogarniam kuchnię, i jemy jak Ryś śpi. Na szczęście szybko zasypia. (No trudno, napisałam to, pewnie dziś zaśnie o 22h.) Mogłabym iść wtedy spać, ale nie chcę, bo to jedyny moment, kiedy mogę obejrzeć serial, poczytać, napić się herbaty, pogapić w ogień w kominku. I potem jestem nieprzytomna.

Czy to zęby? Nie wiem. Czy jestem złą matką? Pewnie nie, chociaż czasem zdarza mi się stracić cierpliwość. Czy to minie? Boże drogi, mam nadzieję.
Nie piszcie w komentarzach, że jak to minie, to zaczną wychodzić pozostałe zęby, będzie kolejny skok rozwojowy, bunt dwulatka itp. Nie tego teraz potrzebuję☹

A dziś na obiad będzie pizza.


piątek, 20 października 2017

Spaaaaać

Ząbkowanie.
To słowo już zawsze będzie mi się kojarzyło z nieprzespanymi nocami, z brakiem drzemek w ciągu dnia, z marudzeniem, płaczem i bólem mojego dziecka. Ryś ciężko to znosi. Ponoć im później zęby się wyrzynają, tym bardziej boli. Objawy ząbkowania widzę już od kilku dobrych tygodni, ale teraz to jest już apogeum.
Nie pomaga homeopatia, czyli wszystkie czopki, camillie itp. Maści z lidokainą działają chwilę, poza tym podaję je rzadko, no bo to jednak nic dobrego. Paracetamol o tyle o ile.
Mały budzi się w nocy co godzinę, najczęściej z pieluszką tetrową w zębach. Na szczęście najczęściej wystarcza dać mu smoczek i ponownie zasypia. Na kolejną godzinę. Ja już nawet nie marzę o takim luksusie, jak przespana noc. Ja chcę spać chociaż 3 godziny ciągiem...
W dzień nie jest dużo lepiej. Czasem zdarzy się jedna dłuższa drzemka, przerywana płaczem, druga to zwykle 15-20 minut. I marudzenie do wieczora.
Na szczęście widzę światełko w tunelu w postaci dwóch białych kreseczek w dolnym dziąśle. Wiem, że zanim ząbki się przebiją, może minąć jeszcze trochę czasu, ale są, widać je, więc mam nadzieję, że to już niedługo.
W weekend tata będzie do niego wstawał, ale to w zasadzie nic nie zmienia, bo i tak za każdym razem się budzę i nasłuchuję.
Tak wyglądają dziąsła mojego syna:
Choć oczywiście zdjęcie nie oddaje rzeczywistości.

Za to jutro! Ach, jutro! Jutro matka idzie na imprezę:) I mam zamiar napić się wina nawet. Wiadomo, niewiele, ale jednak:)


wtorek, 10 października 2017

Cholera jasna!

No już nie mogę! Od wczoraj chodzę zdołowana i nie do końca potrafię ułożyć sobie w głowie, dlaczego na świecie jest tyle niesprawiedliwości i dziadostwa. Rodzice Filipa walczą o jego życie i nie oszukujmy się kurde, nie zbiorą tych dwóch milionów, zostało 10 dni i nadal brakuje półtora miliona. Pozostaje się modlić, że trafi się jakiś darczyńca, który przekaże im brakującą kwotę zamiast pojechać na kolejne ekstra wypasione wakacje.
A gdzieś jakaś baba, bo nie napiszę matka, chleje wódę i nawet nie wie, że odeszły jej wody. Jeśli w ogóle wiedziała, że była w ciąży. I rodzi pijane bliźnięta, które na wejście w ten cholerny świat mają stwierdzony FAS i prawdopodobnie zrypane życie. A ona nadal będzie chlać. Jeśli trafi do więzienia, to tylko pogłębi się jej patologia. Ciekawe ile pijanych dzieci jeszcze urodzi.
Inna "mamusia" wywala noworodka na śmietnik i idzie w długą. Nie wiadomo, czy chłopiec przeżyje.

Myślę o moim Rysiu i ryczę jak bóbr, bo dziękuję Bogu, że to dziecko miało tyle szczęścia, że jego matka biologiczna nie zrobiła mu krzywdy i urodziła zdrowe, silne dziecko. I nie mogę sobie nawet wyobrazić, że mogło być inaczej. Serce ściska mi się do rozmiarów rodzynka jak pomyślę, że mógł mieć dużo mniej szczęścia. I myślę o tych wszystkich dzieciach, których "matki" miały za nic ich życie. I ja wiem, że nie wolno oceniać, że patologia rodzi patologię, że nie wiem nic o życiu tych kobiet, ale sorry, dziś nie mam dla nich za grosz zrozumienia. Ze swoim życiem niech robią co chcą, ale niech nie krzywdzą dzieci.

poniedziałek, 9 października 2017

7

Jakiś czas temu, jak Ryś był malutki, ściągnęłam sobie aplikację Moje dziecko. Ma kilka fajnych funkcji, m.in. pomaga liczyć tygodnie, pokazuje, jak wspierać rozwój malucha, jak rozszerzać dietę (choć akurat w tym obszarze jest spooooro do poprawy), pomaga śledzić siatki centylowe i takie tam. Sygnalizuje również kolejne etapy w życiu dziecka. I dziś mój telefon zapikał, a aplikacja poinformowała mnie, co powinno umieć 8-miesięczne dziecko. I się popłakałam. Ósmy miesiąc? Mój maluszek, mój słodki, kudłaty bąbelek, skończył 7 miesięcy. Kiedy to minęło?

Z jednej strony jestem bardzo dumna, bo umie już tyle rzeczy, wspaniale się rozwija, jest bardzo ruchliwy, czołga się jak mały komandos, zwłaszcza tam, gdzie mu nie wolno;) Jest taki bystry, wydaje mi się, że zaczyna rozumieć, że różne zdarzenia mają swoje konsekwencje (albo mój matczyny zakochany rozumek chce właśnie to widzieć;) Pięknie je na moich kolanach, lubi poznawać nowe smaki, ślicznie trzyma w rączce chrupka. Bardzo dobrze idzie nam rozrzerzanie diety. Zaczyna coś tam sobie gadać. Śmieje się jak szalony! Za chwilę pewnie zacznie raczkować, bo już kilka razy się przymierzał. Uwielbiam go obserwować. W ciągu dnia śpi w swoim pokoju 2 razy po 2 godziny, co jest moim ogromnym sukcesem, bo do tej pory spał tylko w gondoli. Próby położenia w łóżeczku kończyły się na 20-minutowej drzemce. I tyle. A teraz jestem w raju, bo piję ciepłą kawę, a czasem nawet drzemkę sobie utnę w tym czasie.

Z drugiej strony chciałabym, żeby nie rósł tak szybko, żeby jak najdłużej był moim malutkim syneczkiem, którego mogę nosić, całować i przytulać. Przeraża mnie myśl, że już w sumie niedługo będę musiała oddać go do żłoba...Więc korzystamy, póki czas. Czytamy książeczki, Ryś potrafi się już skupić na dwóch bajeczkach z rzędu, dopiero później zaczyna wkładać sobie książkę do buzi:) Kładę się z nim na macie i pozwalam dotykać mojej twarzy, pokazując mu gdzie mama ma nosek, buzię i oczko. Potem jego palec ląduje w tym oczku, więc przechodzimy do kolejnej zabawy. Chodzimy na spacery, spacerówkę obróciłam mu już przodem do kierunku jazdy i to jest strzał w dziesiątkę, widzi wszystko i podziwia świat. Ciągle czekamy na zęby, co dziennie wydaje mi się, że już są na wylocie, ale nie, ciągle nie widzę tych wyczekiwanych białych kreseczek. Męczy go to strasznie, ślinę produkuje już hektolitrami, do buzi trafia wszystko, łącznie z ogonem psa.

Patrzę z dumą na tego mojego przystojniaka i nie mogę uwierzyć, że spotkało mnie takie szczęście...Jakżeż ja go kocham! ❤💜


czwartek, 5 października 2017

2 miliony za życie

Nie robię tego, zwykle. Ale kurde, kurde, kurde. Jak to się dzieje. Dlaczego. Tyle kasy. Jeśli można uratować życie, życie dziecka, to dlaczego za tak olbrzymie, niewyobrażalne pieniądze?? Skoro można, to niech żesz do k... nędzy będzie to dostępne dla rodziców tak chorych dzieci. No bo kto jest w stanie zapłacić taką kasę? No kto? Nie rozumiem. Jeśli możecie, pomóżcie.

https://www.siepomaga.pl/filip-banas

środa, 20 września 2017

Jak rodzi się miłość

Kiedy w naszym życiu pojawił się Ryś, mój mąż był zupełnie unieruchomiony. Leżał plackiem lub siedział z nogą na kanapie. Był po dość rozległej operacji kolana. Ruszył się tylko dwa razy: pierwszy raz, gdy pojechaliśmy do Ośrodka, a następnie do szpitala poznać naszego syna, i po raz drugi, gdy zabieraliśmy małego do domu. Kuśtykał o kulach i bardzo się męczył. Od początku była u nas moja mama, która pomagała mi kąpać małego, usypiać, lulać, nosić...robiła wszystko, co powinien robić tata, łącznie ze złożeniem łóżeczka. Do męża należało karmienie i przytulanie. Obserwowałam w tym czasie jego ogromną frustrację i żal, że nie może dobrze zająć się własnym dzieckiem. Przez jego ograniczone możliwości ruchowe więź między nimi tworzyła się wolniej, niż między mną a Rysiem. Nie było nam łatwo. Po miesiącu mama wróciła do siebie, a my zostaliśmy sami. Mąż towarzyszył nam przy kąpieli, ale ciągle to ja przynosiłam wypełnioną wodą wanienkę, trzymałam Rysia, myłam, ubierałam. Potem oddawałam go tacie, który go karmił, i w końcu nosiłam dopóki nie zasnął. Sama chodziłam na spacery. 
Ale powoli, z dnia na dzień, mąż coraz bardziej angażował się w opiekę nad małym. Najpierw było noszenie, z początku w miejscu, bez spacerowania po pokoju, ale widziałam, że i jednemu, i drugiemu bardzo tego brakowało, szczególnie tacie. Może mój mąż nie ma jakiejś mega szerokiej klatki piersiowej (sorry kochanie;), ale jednak męska klata to męska klata, Ryś wtulał się w nią z ogromną radością:) Później doszło kołysanie do snu po karmieniu. A w końcu wyszliśmy na pierwszy wspólny spacer, całą trójką. Eh, jaka ta była przyjemność:) Oczywiście tato pchał wózek:)
Dziś mąż robi przy małym to co ja. Gdy wraca z pracy, Ryś wita go swoim najpiękniejszym uśmiechem, przy którym w prawym policzku robi mu się uroczy dołek:) Tulą się do siebie, tata go całuje, przytula, i ma w oczach nieskończoną miłość. Miłość, która może nie wybuchła na samym początku z całą siłą, ale za to mogłam obserwować, jak rodzi się dzień  po dniu, jak silna staje się więź ojca i syna, jak zmienia się ich relacja. W dodatku wszyscy mówią, że Ryś to cały tata, a wtedy tata pęcznieje z dumy:)
Dziś mój mąż za syna oddałby życie. Troszczy się o niego, nie dałby zrobić mu krzywdy. Wieczór należy do nich, po kąpieli zamykam drzwi do pokoju Rysia, mąż go karmi i usypia. To jest ich czas. 
To nasz siódmy miesiąc razem i nie wyobrażam już sobie, że nasze życie mogłoby wyglądać inaczej. Jest idealnie. Pomimo nieprzespanych nocy, dziennego zmęczenia Rysiowym marudzeniem, bolących ramion od dźwigania tych kochanych 10kg:) Jego rozbrajający śmiech załatwia wszystko:)



piątek, 15 września 2017

Co to będzie, co to będzie...

Mam jeszcze ponad pół roku do powrotu do pracy a już widzę, że łatwo nie będzie. Nie oszukujmy się, liczyłam się z tym, że nie wrócę na swoje stanowisko. Pracuję w korporacji, gdzie nie ma umów na zastępstwo. Moje stanowisko przejął ktoś inny. Wprawdzie prawo gwarantuje mi powrót na stanowisko równoległe, ale takie może się znaleźć w innym dziale, gdzie mówi się po angielsku, a to, wstyd się przyznać, nie jest moją najmocniejszą stroną. Jak mam coś powiedzieć w tym języku, to od razu jestem sparaliżowana i nie daję rady. Mimo wszystko do tej pory jakoś bardzo się tym nie przejmowałam, do wczoraj. Zadzwonił do mnie mój szef z informacją, że, nie wchodząc w szczegóły, sytuacja się skomplikowała, i mogłabym wrócić na swoje stare stanowisko pod warunkiem, że skrócę urlop macierzyński (!) albo ewentualnie wrócę jako szeregowy pracownik (!!). Żeby ktoś mnie źle nie zrozumiał - uwielbiam szeregowych pracowników, uważam, że to oni są w firmie najważniejsi, bo de facto oni dostarczają usługę dla klienta. Nigdy nie mówiłam o nich inaczej jak "współpracownicy". Ale ja od 7 lat jestem kierownikiem...mam swoje zespoły, które budowałam często od zera, wyprowadzałam ich z naprawdę trudnych sytuacji, mam autorytet, wiedzę, doświadczenie...nie wyobrażam sobie, że miałabym to stracić. Bo to była moja ciężka praca.
Oczywiście nikt mi niczego nie narzuca, bo nie może. Prawo jest po mojej stronie. Póki co, ani jedno, ani drugie rozwiązanie jest dla mnie nie do zaakceptowania. Nie wiem, co będzie, mam jeszcze chwilę, ale boję się. Bo ja lubiłam swoją pracę. Jestem korposzczurem, do tego zadowolonym, tacy też istnieją! Było mi tam dobrze, nauczyłam się mnóstwa rzeczy, nie mam ochoty zaczynać od nowa, czy to w innym dziale, czy firmie. W obecnej pracuję prawie 10 lat i bardzo cenię sobie ten czas. Trafiłam tam praktycznie zaraz po studiach, do tego pracowało tam kilka osób z mojego roku, więc było to trochę przedłużenie studenckiego życia. Kurcze, byłam wtedy młoda:) Miałam 25 lat! Poznałam cudownych ludzi, wielu z nich stało się moimi przyjaciółmi. Ja wiem, że to tylko praca, że prawdziwe życie toczy się poza nią, ale co mam zrobić, smutno mi, że moja sytuacja się zmieni.
Pewnie mało Was to interesuje, ale musiałam to z siebie wyrzucić. Kto by pomyślał, że tak będę się przejmować pracą w korpo...

piątek, 1 września 2017

Pomocy! Zepsuło mi się dziecko!

Miałam taki plan, że stworzę dziś post, na który od dawna mam pomysł. Myślałam, że jak Rysiu zaśnie, usiądę sobie spokojnie przed komputerem i będę pisać. Ale nie mam na to siły. Gdzieś kiedyś musiałam się pochwalić, że Rysiu przesypia noce. Że śpi właściwie od 20h do 7h. I mówili mi wtedy: "Ty to nie wiesz, co to znaczy mieć dziecko!" No to już wiem. Bo powszechnie wiadomo, że dziecko pochwalone od razu się psuje.
Od kilku nocy mój syn budzi się o:
21:30 (tu dostaje smoka),
22:15 (i tu też smok),
23:40 (tu dostaje mleczko, ja się kładę spać),
1:30 (smok, ja wstaję po godzinie snu),
3:00 (smok, noszenie i moje przerażenie bo to godzina duchów(!),
3:45 (głównie noszenie, które niewiele pomaga),
potem, jeśli w ogóle zasypia, to budzi się ponownie o 5, i tu już nie ma szans na sen, noszę go i uspokajam i w końcu daję butlę.
Zwykle potem zasypia około 7 rano i śpi do 9.
Po kilku takich nocach jestem nieprzytomna. A dziś było jeszcze gorzej, bo wstawałam do niego średnio co pół godziny - godzinę.
Gdzie się podział mój przesypiający noce synek? Nie wiem, dlaczego tak jest. Nie jest głodny, nie boli go brzuszek, może to zęby. Ryś ma teraz 25 tygodni, czytałam, że to czas kolejnego skoku rozwojowego, który może potrwać (o zgrozo!) kilka tygodni..."Okres marudzenia może zacząć się już około 23 tygodnia i trwać około 4 tygodni. Typowe dla tego okresu jest na przykład to, ze dziecko źle śpi." Super.
Dodatkowo, tato Rysia dziś wrócił do pracy, bo wcześniej on też do niego wstawał, wymienialiśmy się. Teraz pewnie będę wstawać tylko ja.
Gdy podchodzę w nocy do łóżeczka Rysia z piaskiem pod powiekami, to najczęściej wita mnie płacz, ale zdarza się też rozbrajający uśmiech. I wyobrażam wtedy sobie, że Rysiu myśli:"chciała mama dziecko, to ma, ze wszystkimi urokami macierzyństwa":) I co mam zrobić, kocham ten uśmiech nad życie i za każdym razem, jak słyszę, że się obudził, to pędzę do niego w try miga;)

piątek, 25 sierpnia 2017

Własna domena

Dziś króciutko. Pewnie zauważyliście, że zakupiłam własną domenę. Bardzo miło jest mieć swój własny adres:)
Zadebiutowałam też na Facebook'u, mam zamiar wrzucać tam zdjęcia i moje luźne przemyślenia, które są zbyt krótkie na oddzielny wpis na blogu. Zapraszam serdecznie do polubienia:)

A na deser, sytuacja z salonu fryzjerskiego:
- A gdzie się Pani tak śpieszy?
- Do dziecka:)
- O, ma Pani dziecko, naturalnie czy cc?
- Ani jedno, ani drugie, adoptowaliśmy:)
- No to teraz NA PEWNO PANI ZAJDZIE.

Kurtyna.


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

To teraz dla odmiany nie dzieje się nic;)

Ale czy mi z tym źle? Wcale a wcale:) Zatapiam się codziennie w tym moim małym wielkim szczęściu i wciąż nie mogę uwierzyć, że życie może być takie po prostu. Nas dwoje, Ryś i pies. Rodzina. Nasz syn jest zdrowym, energicznym, uśmiechniętym i pięknym brzdącem.
Wróciłam ostatnio do starych postów i wzruszyłam się, czytając wpis z 16 lutego. Napisałam wtedy: "Ale czuję, że już gdzieś tam jest, mam nadzieję, że kobieta, która go nosi, dba o niego na tyle, na ile może. Że nie pije. Że myśli o przyszłości tego dziecka, chociaż chwilami."
Boże mój, naprawdę był! Urodził się raptem miesiąc później. Patrzę teraz jak śpi i robi mi się ciepło na sercu, jest taki spokojny, taki nasz. Chciałabym pochwalić się całemu światu naszym szczęściem. I duma mnie rozpiera! Uwielbiam, jak ludzie się nad nim rozpływają, a nie jest to trudne, bo Ryś to mały czaruś, czaruje uśmiechem i ciemnymi oczami. Taka moja mała matczyna próżność;)
Znajoma zapytała mnie ostatnio, czy już czujemy się rodzicami. Nie zrozumiałam jej pytania, bo ja matką czuję się od samego początku, od momentu, kiedy dowiedziałam się o Rysiu, nawet go jeszcze nie widząc. Ok, na początku mówienie o nim "mój syn" i o sobie "mama" nie było całkiem naturalne, musiałam się do tego przyzwyczaić, ale trwało to dosłownie chwilę. Ta sama znajoma zapytała mnie, czy pamiętam jeszcze, jak wyglądało moje życie bez dziecka. Pamiętam, a jakże. Pamiętam te wszystkie lata okupione żalem, marzeniami i zawiedzionymi nadziejami. I nie chcę do tego więcej wracać. Decyzja o adopcji była najlepszą decyzją w naszym życiu, podjętą świadomie i w najbardziej dla nas odpowiednim momencie. Bo to właśnie Ryś miał być naszym synem. To on mi się śnił:) Nawet teraz, tworząc ten wpis, mam gulę w gardle. Bo bardzo, bardzo go kocham...
Żeby trochę zrównoważyć ten obrazek i żeby nie było aż tak cukierkowo, przyznam się, a co, że czasem się też denerwuję. Nie na Rysia, ale na różne sytuacje. Jestem osobą, która lubi realizować plan, i nie cierpię, jak coś idzie nie po mojej myśli. No cóż, dziecko skutecznie to rewiduje;) Powoli, ale to bardzo powoli, zaczynam to akceptować. Na szczęście jest mój małżonek, który naprowadza mnie na dobrą drogę:)

Ryś skończył pięć miesięcy i ostatecznie postanowiliśmy rozszerzyć mu dietę. Na razie od kilku dni dostaje tylko marchewkę i ją po prostu uwielbia. Powoli będziemy wprowadzać dalsze produkty, bo ewidentnie jest na to gotowy. Brzuszek też jakoś sobie radzi. Jedyne zmartwienie to zęby. Idą, idą i wyjść nie mogą. No i w ostatnich dniach mamy w domu małą marudę, która wszystko pożera i pluje na potęgę. Sama radość:)


czwartek, 3 sierpnia 2017

Się dzieje part 2

23 lipca ochrzciliśmy naszego syna. Pierwszy raz Ryś poznał całą naszą rodzinę:) Przyjechali dziadkowie z zagranicy, ciocia z małym kuzynem Rysia i wujek, który był chrzestnym. Impreza była zaplanowana na ogrodzie mojej mamy, miało był luźno, bez spiny, miło i rodzinnie. I tak było, tyle że pogoda spłatała nam figla i zaraz po powrocie z kościoła zerwała się wichura i zaczęło lać jak z cebra. Mieliśmy ustawione takie pół-namioty, których dachy miały nas chronić przed słońcem, panowie stali przez pół godziny i trzymali nogi tej konstrukcji, coby nie odleciała w siną dal:) Na szczęście wichura przeszła i mogliśmy zasiąść do stołów. Ja zasiadłam tak niefortunnie, że przy jakimś podmuchu wiatru cała woda, która zabrała się na materiałowym dachu namiotu wylądowała na mojej głowie i sukience! Myślałam, że dostanę zawału, jakby ktoś chlusnął mi w twarz wiadrem wody. Takie moje odnowienie chrztu, tyle że w naturze;)
Bardzo się cieszyłam na przyjazd teściów, chciałam bardzo, żeby poznali naszego rozkosznego chłopca. Niestety okazało się, że w ich rodzinie już jest jeden rozkoszny wnuk, syn mojej szwagierki...Dla Rysia zabrakło miejsca. Było mi bardzo przykro, bo gołym okiem było widać, jak różnie traktują wnuków. Wątpię, żeby chodziło o adopcję, raczej fakt, że z tamtym spędzają dużo więcej czasu, poza tym to syn córki, może to jest powód, nie wiem, grunt, że Ryś był mniej ważny. Ani razu nie wyszli z nim na spacer. No trudno.
Do chrztu nasz ksiądz zażyczył sobie postanowienie z sądu, że prawnie jesteśmy rodzicami Rysia. Nasza rozprawa odbyła się pod koniec czerwca, bałam się, że będzie ciężko, ale poszłam zapytać. To było dzień po uprawomocnieniu się wyroku. W sądzie powiedzieli mi, że oni nic takiego nie wydają, bo na postanowieniu są dane matki biologicznej. Logiczne. Powiedzieli mi za to, że jeśli zależy mi na czasie, to dadzą mi wniosek do USC, który normalnie wysyłają pocztą, i mogę pójść osobiście zarejestrować dziecko i dostać akt urodzenia. Tak też zrobiłam i od 19 lipca jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami najważniejszego i najbardziej wyczekanego dokumentu - aktu urodzenia naszego dziecka z naszymi nazwiskami w rubryce Rodzice:) Mamy też jego nowy pesel. Od momentu kiedy poznaliśmy Rysia, do momentu otrzymania aktu minęły 4 miesiące. Myślę, że to fantastyczne tempo i naprawdę nie mogę narzekać na sądy czy w ogóle na administrację, u nas wszystko zadziałało bardzo sprawnie.

A teraz o Rysiu. Mały ma 4,5 miesiąca. Mam wrażenie, że zostaliśmy zasypani lawiną kamieni milowych i innych skoków rozwojowych;) Ryś zaczął przewracać się z plecków na brzuszek i właściwie od tej pory nie uznaje żadnej innej pozycji. Jest to dość kłopotliwe zwłaszcza przy zmianie pieluchy;) Mało tego, oczywiście nie wystarcza mu leżenie na brzuszku, teraz ma ochotę się poruszać! Próbuje przesunąć się do zabawki, śmiesznie podciągając pupę do góry i zginając nóżki w kolanach. Zanim się obejrzymy zacznie raczkować. Ciągnie głowę do siadu. Przesiedliśmy się do spacerówki, bo gondola coraz bardziej parzy (oczywiście zachowujemy pozycję leżącą:) Przekłada zabawki z rączki do rączki. Ma łaskotki! Śmieje się jak szalony jak łaskoczę go po brzuszku:) Naszą radość psują trochę dolegliwości związane z braniem antybiotyku, ale i te za moment powinny się skończyć, bo leczenie zakończyliśmy wczoraj rano. Czekamy teraz na wynik kontrolnego badania moczu. Mam nadzieję, że po bakterii nie ma śladu.
Jak tylko jego brzuszek dobrze się poczuje,chcemy zacząć rozszerzać dietę, myślę, że w przyszłym tygodniu. Ale będzie zabawa! :) A jeszcze niedawno był taki malutki...

piątek, 28 lipca 2017

Się dzieje:) part 1

Długo się nie odzywałam, ale tyle się ostatnio działo, że nie miałam kiedy usiąść do kompa.

Po pierwsze szpital. Pisałam Wam w ostatnim poście, że mały ma bakterię. Kolejne badania to potwierdziły i dostaliśmy skierowanie do szpitala. Od pediatry, który nieźle mnie nastraszył, wróciliśmy do domu tylko po to, żeby spakować torbę i pojechaliśmy na oddział. Przyjęli nas od razu, po raz kolejny pobrali małemu mocz do badania, ukłuli rączkę, pobrali krew i zamontowali wenflon. Dostaliśmy pojedynczy pokój z własną łazienką, prawdziwe SPA...za 20 zł za noc. Warunki naprawdę niezłe, zresztą zobaczcie sami:
Niestety poza pokojem wszystko było nie tak. Przede wszystkim żyliśmy zupełnie innym rytmem. Ryś bardzo mało spał w dzień, bo było głośno, krzyki, trzaskanie drzwiami, szuranie krzesłami, sprzątanie pokoju kiedy właśnie zasnął itp. Był zmęczony, marudny i w ogóle nie do życia. W nocy to samo, oddział dziecięcy, a o północy siostra wrzeszczy do siostry "Baaaaaaaśka!!! Gdzie dałaś te klucze?????" No żesz kurde! Dzieci śpią, a i matki mogłyby trochę odpocząć...Ale najgorsze było to, że byliśmy tam zupełnie niepotrzebnie. Od piątku do poniedziałku zupełnie nic się nie działo, nie było żadnych badań, lekarz rzadko do nas zaglądał, tak sobie leżeliśmy. Dopiero we wtorek przyszła jakaś bardziej konkretna pani doktor i powiedziała, że w sumie to ona nie wie, po co my tu jesteśmy. Zleciła USG brzuszka i badanie moczu i nas wypuściła. No właśnie, badanie moczu...Ryś miał pobierany mocz przez cewkę. W dodatku przez jakiegoś młodego, niedoświadczonego lekarza, który sobie nie poradził. Dziecko darło się wniebogłosy. To było straszne, mały złapał mnie za koszulkę i kurczowo trzymał, łzy ciekły mu po policzkach, a ja nie mogłam nic zrobić. Najgorsza dla matki jest bezradność w obliczu cierpienia własnego dziecka. No nic, wyszliśmy ze szpitala we wtorek, w piątek zadzwoniłam po wynik i niestety bakteria nadal jest, co było raczej do przewidzenia, skoro Ryś nie był leczony. Teraz bierze antybiotyk, po którym boli go brzuszek. Mam nadzieję, że to się niedługo skończy, bo szkoda dzieciaka.
Ale są też plusy naszego pobytu w szpitalu. Po pierwsze, Ryś nauczył się spać w dzień w swoim pokoju, a nie na dole w gondoli i przesypia tam nawet 2,5 godziny, a po drugie przestał budzić się na karmienie o 4 rano. Przesypia całą noc! Karmię go 23-24 i śpi do 7 rano. Nie wiem, czy to zasługa szpitala, ale właśnie tam zaczął. Przespać 6 godzin ciurkiem - bezcenne:)

Po drugie chrzest, ale to już w kolejnym poście.

środa, 12 lipca 2017

Cztery miesiące

Ryś skończył cztery miesiące. Niby to złoty wiek niemowlęctwa, ale chyba nie u nas...mamy troszkę problemów z brzuszkiem ciągle. Znów zmieniamy mleko, przeszliśmy już przez bebilon pro expert, potem było pepti, ale poprawa nikła, skóra szorstka, w pieluszce niezbyt pięknie, do tego doszło wyginanie się przy jedzeniu i rozdzierający płacz. Więc przechodzimy na Nutramigen i tu się zaczyna masakra...Ryś nie jest niejadkiem, waży 8,2 kg, wypijał normalnie ok. 180 ml. Więc zdziwiłam się bardzo, jak nagle zaczął pić po 100 ml maksymalnie i koniec. Potem odwraca buzię, pluje, wypycha smoczek, no po prostu tortury. Zrozumiałam dlaczego, jak spróbowałam tego cudownego mleczka. To jest obrzydliwe! Smakuje jak kreda. I się zastanawiam, jak można było wyprodukować coś tak wstrętnego dla dzieci. Męczy się biedaczek strasznie,a my z nim. Ale nie powiem, poprawa jest. Do tego doszła nam jakaś infekcja układu moczowego prawdopodobnie, czekamy właśnie na wynik badania.
Zastanawiam się nad rozszerzaniem diety, zdania są podzielone, niektórzy mówią, że po czwartym miesiącu już można zagęszczać mleko i dawać pierwsze posiłki. Zwolenniczką wczesnego rozszerzania diety jest oczywiście moja mama. Inni z kolei radzą poczekać nawet do końca szóstego miesiąca, wg zaleceń WHO. Biorąc pod uwagę delikatny brzuszek mojego syna i nasze dotychczasowe problemy, wstrzymam się chyba do końca piątego.
Martwią mnie niektóre zachowania małego. Ja jestem nadopiekuńcza, budzę na przykład psa, żeby sprawdzić czy żyje, jak zbyt twardo śpi;) Ale nic na to nie poradzę. Ryś jest bardzo ruchliwy, czasem jak przywali zabawce na pałąku, to się zastanawiam, czy nie będzie bokserem. Ma przy tym taką minę, jakby robił to w złości. Przy zasypianiu rzuca główką na boki. Kopie nogami i wygina się jak, nieprzymierzając, Regan z "Egzorcysty"... Mam w pamięci jego pierwsze dziesięć dni, które spędził w szpitalu, sam, z odparzoną do krwi pupą i zastanawiam się, czy mogło to spowodować jakieś szkody w jego organizmie. Widziałam wykład profesora psychologii na temat traum, i pierwsza, na jaką narażone są dzieci, związana jest z separacją noworodka od matki. Staram się go jak najwięcej przytulać, całować, głaskać i mam nadzieję, że wszystkie te zachowania miną. A to wyginanie skonsultujemy z neurologiem na pewno.
Poza tym, Ryś jest kochany:) Dużo się śmieje, a my razem z nim, zwłaszcza jak śmieje się na głos:) Ostatnio jakaś pani zajrzała mi do wózka i powiedziała, że jest śliczny. Czułam, jak unoszę się kilka centymetrów nad ziemią:) Cudowne uczucie, taka byłam dumna! Jest najpiękniejszy. Gondola nadal parzy i już chyba tak zostanie. Staram się wychodzić w porach jego drzemek, wtedy udaje mi się połazić z pół godzinki. Kupiłam super nosidło, będziemy się tulić, jak zrobi się trochę chłodniej, przynajmniej będzie mógł pooglądać świat z innej perspektywy. Polecam, jestem tak zadowolona, że nawet markę Wam podam - Fidella Fusion:) Żyjemy spokojnie i szczęśliwie z najpiękniejszym naszym chłopcem:)



poniedziałek, 26 czerwca 2017

Nasz Ryś

Dziś sąd orzekł, że prawnie jesteśmy rodzicami naszego Rysia.
Cała rozprawa trwała 5 minut, ja płakałam przy odczytywaniu wyroku, mój mąż w samochodzie:)
To była dla nas bardzo wzruszająca i bardzo ważna chwila.
Teraz czekamy na uprawomocnienie i nowy akt urodzenia naszego synka.
Szczęście!!!!!!! Czyste szczęście.



piątek, 23 czerwca 2017

Dzień Ojca

Czas na nowo zapisać tę datę w kalendarzu. Mój tato nie żyje od 12 lat, zmarł jak miałam 23 lata. Od tamtej pory zapomniałam o 23 czerwca, właściwie celowo, żeby było mi mniej smutno. Choć kwiaty na cmentarz zanoszę co roku.

TATO

Najważniejszy mężczyzna w życiu każdej córki. Mój był wspaniałym człowiekiem. Dobrym, honorowym, mądrym, dobrze wychowanym, bardzo inteligentnym. I jakim przystojnym! I młodym, dla mnie zawsze młodym, bo zmarł w wieku 44 lat. Mam tyle wspaniałych wspomnień, pamiętam, jak był w wojsku i wracał do nas na stopa, pamiętam jego ogoloną po wojskowemu głowę. Ile mógł mieć wtedy lat? Na pewno był młodszy niż ja teraz. I pamiętam też, jak był na studiach, ale to już musiała być końcówka. Jak przywoził nam różne rzeczy, które gdzieś "rzucili", a jemu udało się je zdobyć, typu suszarkę do bielizny;) Nasze przejażdżki motorem po okolicznych polach, to było super! Pamiętam, jak mama krzyczała do mnie, żebym się mocno trzymała, a ja śmiałam się, bo wiedziałam, że i tak nie spadnę. Byłam typową córeczką tatusia i było mi z tym cholernie dobrze. A potem był wypadek, kiedy byłam za granicą, i nawet się z nim nie pożegnałam, nie powiedziałam mu tylu rzeczy. Ciągle tego żałuję i pamiętam, żeby mojemu mężowi, i teraz synowi, jak najczęściej mówić, jak bardzo ich kocham. Teraz jednak bardziej żałuję tego, że Tato nie poznał ani mojego męża, ani Rysia.

MĄŻ

Pamiętam jak zaczęliśmy się spotykać i wszyscy mówili mi, że nie jest w moim typie;) No bo tak, ja wariatka z nałogami (tak tak, paliłam papierosy, ależ to były czasy;), gaduła straszna, zawsze w biegu, zawsze głośna, niecierpliwa, i on, milczek i oaza spokoju. Chyba nikt tak do mnie nie pasuje jak on, bo nikt nie potrafiłby tak mnie zrównoważyć jak on właśnie. Trochę przy nim "okrzepłam". Był zawsze przy mnie, wspierał mnie i pomagał się podnieść, kiedy myślałam, że nie dam więcej rady. Te wszystkie lata starań o biologiczne dziecko były dla nas mocno obciążające, a on nigdy nie pisnął nawet, że ma dość. Zawsze był w tym ze mną na 200%. Czekał na mnie przy każdej punkcji, schodził do Lidla i kupował ciastka, żebym zjadła coś dobrego po:) Robił wszystkie badania, robił wszystko, żeby się udało. Ale najważniejsze, że zawsze mówił mi, że CO BY SIĘ NIE WYDARZYŁO, będzie dobrze. Co by się nie wydarzyło. Od początku zakładał, że może się nie udać i pomógł mi się do tego przyznać samej przed sobą, a później pogodzić. Nigdy nie dał mi odczuć, że jest zawiedziony, a przecież wiem, jak bardzo chciał mieć dziecko. I te słowa, które upewniły mnie jeszcze bardziej, że adopcja to jest nasza droga. Kiedy powiedział, że nawet jeśli będziemy mieli biologiczne dziecko, to i tak chce adoptować. Patrzę teraz na niego i widzę, jak kocha Rysia:) Śmieszny jest jak mówi, że był u lekarza i obserwował dzieci, i że nasze jest jednak najpiękniejsze:)

Bardzo się cieszę, że znów będę obchodzić Dzień Taty, tym razem z  moim mężem i synem. Chyba ten dzień jest dla mnie nawet ważniejszy niż Dzień Matki, bo ten jednak obchodzę co roku z moją mamą.

Taki prezent dostanie w tym roku tatuś od swojego synka:


 No dobra, sobie też kupiłam, nie mogłam się powstrzymać:)




piątek, 9 czerwca 2017

Śpij wtedy, kiedy śpi Twoje dziecko

Ok, spróbujmy.

⋆ Godzina 11, pierwsza drzemka Rysia.

Jak tylko umyję butelki po nocy, posprzątam zużyte pampersy i zjem śniadanie, położę się na chwilkę. No dobra, jeszcze zrobię sobie kawę, może uda mi się łyknąć ciepłą (nie gorącą;). Ładna dziś pogoda, nastawię jeszcze pranie, to szybko wyschnie. Acha, no i zmywarkę opróżnię, potem nie będzie czasu. Meble przetrę, zajmie mi to chwilkę. Odkurzacz włączę, niech śmiga i sierść zbiera. Zerknę na internet, tak szybciutko, sprawdzę, co tam na świecie słychać O, mama dzwoni, dobra, chwilkę pogadamy, a potem się położę.
.
.
.
.
.
.
O matko, dwie godziny minęły, Rysiu się obudził...

⋆ Godzina 15, druga drzemka Rysia.

Idziemy na spacer, a ja jeszcze nie opanowałam sztuki spania z otwartymi oczami, w dodatku w ruchu;) Poza tym Ryś o tej godzinie śpi jakieś 30-40 minut.

⋆ Godzina 17, trzecia drzemka Rysia.

Dom ogarnięty, obiad trzeba nastawić. Tato zaraz wróci to się Rysiem zajmie. Tylko kwiatki podleję. I naprawdę się położę.

Leżę.
Zasypiam.
Minęło 15 minut, Rysiu się obudził...

⋆ Godzina 20, Ryś śpi snem nocnym.

Teraz mam czas dla siebie. Serial, blogi, Ale położę się szybciej niż zwykle. Tylko że nogi muszę ogolić, włosy umyć. W końcu trzeba jakoś wyglądać. Herbatę z mężem wypiję, bo on cały dzień w pracy. Coś tam przeprasuję, pranie poskładam, bo wyschło. O matko, już 23h? Dobra, przeczytam tylko kilka stron. Północ, już naprawdę muszę spać, bo jutro będę nieprzytomna.

Śpię.

Godzina 1:30, Ryś budzi się po raz pierwszy...

Aaaaaa!! ;) Śpij wtedy, kiedy śpi Twoje dziecko?? Tego na pewno nie wymyśliła matka;)

Pozdrawiam wszystkie mamusie!






piątek, 2 czerwca 2017

Dzień dziecka w kinie


We did it! Poszliśmy do kina:) Jestem strasznie dumna z mojego syna, który w ogóle nie marudził! Był zafascynowany ekranem, lampami, światłem. To było bardzo fajne doświadczenie. Bez spiny, na luzie. Będziemy to powtarzać:) Później z jedną cudowną brzuchatką poszłyśmy na frytki, lody, kawę, a w końcu na spacerek do Ogrodu Staromiejskiego. Cieszę się, jak uda nam się pojechać do miasta. Teraz jak jest tak gorąco, u mnie na wsi głównie siedzimy w domu. Niestety ani u nas w ogrodzie, ani w pobliżu nie ma zacienionego miejsca. Ryś denerwuje się, jak jest mu za gorąco i nasze spacery szybciutko się kończą. Takie uroki mieszkania na południu kraju;)
Bardzo chciałabym pojechać gdzieś na chwilę, zrobić sobie chociaż małe wakacje. Niestety, nie wiadomo jak będzie, bo Rysiowy tato zmienia pracę. W nowej pewnie nie dostanie od razu dwóch tygodni urlopu. Marzy mi się morze...Najlepiej we wrześniu, w jakiejś mieścince, gdzie nie ma ludzi i plaże są puste. Już dwa razy byliśmy nad naszym morzem po sezonie i było naprawdę fajnie. Pewnie nie każdemu by to odpowiadało, bo nie można kupić gofra na każdym rogu, ale dla nas to był raj. Zwłaszcza jak byliśmy z psem. Mogliśmy spacerować brzegiem morza, poleżeć na kocyku, a nie lawirować między wszechobecnymi parawanami. Byleby nie padało, a my akurat mieliśmy farta, bo pogoda była wymarzona, można się było nawet trochę opalić. Polecam:)
Ryś jest cudownym małym chłopcem, książkowo się rozwija:) Uwielbiam patrzeć, jak każdego dnia robi coś nowego, i wzruszam się wtedy bardzo. Potrafi już utrzymać lekką zabawkę i nawet trafić nią do buzi i pociumać. Łączy rączki i się im przygląda. Coraz bardziej lubi leżeć na brzuszku i oglądać świat. Chociaż nie za długo, bo wiadomo, u mamy na rękach najlepiej:)Cudownie rozmawia z tatą i obdarza go mnóstwem najpiękniejszych uśmiechów:) Zaczyna trzymać główkę w pionie.
I tak nam mija ta wiosna:)

Mamy już wyznaczony termin rozprawy, na koniec czerwca. Już niedługo Rysiu będzie nasz:)Na papierze, bo on jest nasz od zawsze:)

piątek, 26 maja 2017

Mama w mieście

Pisałam już o urokach mieszkania na wsi, a dziś chciałabym napisać, jakie możliwości daje mamom z dziećmi nasze miasto.
🔹Kino.
Do kina z maluszkiem? Dlaczego nie. Kino Nowe Horyzonty proponuje nam kulturalne czwartki dla rodziców - wózkownia. W sali jest miejsce na wózek, obok miejsce do przewijania i karmienia. Dla starszych dzieci przygotowano zabawki i miejsce do rysowania. Nie musimy się stresować, że maluch zacznie marudzić, bo w kinie są praktycznie same mamy. Mam nadzieję, że już w przyszłym tygodniu wybierzemy się z Rysiem na film:)
🔹Muzyka.
Narodowe Forum Muzyki przygotowało super rozrywkę dla najmłodszych - zajęcia muzyczne dla dzieci w różnym wieku. Nas póki co najbardziej interesują śpiewanki, dedykowane najmłodszym dzieciakom 0-3. Uważam, że jest to świetny pomysł, dzięki któremu można uwrażliwiać maluchy na muzykę już od najmłodszych lat. Wybierzemy się na pewno! A dla rodziców, którzy chcieliby jeszcze piękniej śpiewać swoim dzieciom, NFM prowadzi warsztaty śpiewu - pośpiewaj mi:)
🔹Sport.
Oczywiście basen. Na razie nie wybraliśmy jeszcze konkretnego miejsca, ale na pewno będziemy z Rysiem chodzić. On uwielbia wodę:) A i mamie przyda się trochę ruchu, nie mówiąc już o tacie. Myślimy o facecie od mokrej roboty, ale z zajęciami dla maluchów akurat nie ma we Wrocławiu problemu.
Stosunkowo łatwo można też znaleźć fitness dla mam z dziećmi, na przykład tu. Kiedyś była też salsa dla mam, zamotana salsa. Pamiętam, że Asia z Ziarnikiem Piasku chodziła i była bardzo zadowolona. W naszym przypadku odpada, bo Ryś nie daje się zamotać w chuście:( Szukałam też jogi dla mam z dziećmi, ale niestety nic nie znalazłam.
🔹Spotkania.
Tu akurat od wyboru do koloru, FamilyCafeklubodzieciarniadzieciolada, ha!makMamkaCafe i pewnie wiele innych. Ja polecam Nalandę, może to nie jest typowe miejsce dla dzieci, ale atmosfera jest tam cudowna, jedzenie pyszne, kawa jeszcze lepsza, jest przewijak, wygodne kanapy i przemiła obsługa. Ostatnio byłam tam z dwiema innymi mamusiami, trzy wózki, trójka dzieciaczków i nikt nawet brwi nie zmarszczył, wręcz przeciwnie, witały nas przyjazne uśmiechy i miłe komentarze. Nalanda jest KsięgarnioKawiarnią, więc starszym dzieciom można poczytać książeczki, które znajdziemy na miejscu.

Na szczęście do Wrocławia mam blisko, więc mam nadzieję, że już wkrótce uda nam się z czegoś skorzystać. Póki co Ryś jest bardzo niespokojny, nasze przyjemne do tej pory spacery zamieniły się w walkę o chociażby 15 minut bez krzyku. Wiem, że to wina mleka, Ryś od jakiegoś czasu dostaje mleko HA, ale to za mało, mam nadzieję, że lekarz zmieni je na Bebilon Pepti. Nie mogę patrzeć, jak się męczy, płacze, pręży się, ma szorstką skórę i w ogóle jest mu źle. We wtorek mamy kolejne szczepienie, liczę na to, że wrócimy z receptą na nowe mleczko.

Cudownego Dnia Mamy dla wszystkich mamuś:) I dla wszystkich cudownego dnia💗

piątek, 19 maja 2017

Przywileje

Jako że Rysiu wydoroślał i nie robi już awantur, coraz częściej wychodzę z nim do ludzi. A to daje mi szerokie pole do obserwacji zachowań ludzkich. I niestety, dochodzę do ponurego wniosku, że ludzie mają bardzo złe maniery i są nieuprzejmi. Zwłaszcza kobiety. Miałam już kilka tak dziwnych sytuacji, że w głowie się nie mieści. Pierwszy przykład, wchodzę z wózkiem z parkingu pod windę, gdzie czeka już kilka osób, w tym para około 50-tki. Otwierają się drzwi windy, w środku też kilka osób, wiadomo że się nie zmieszczę, ale też nie mam zamiaru. Pan z pary chyba chciał mnie przepuścić, ale jego partnerka głośno i wyraźnie stwierdza, że "ostatnia przyszła, niech czeka". No żesz, poczekam, ale po co taki komentarz. Dalej, w punkcie pocztowym, podjeżdżam wozem i pytam, czy jest taśma pakowna. Można było się domyślić, że zajmie mi to parę chwil. W kolejce jakieś 4 osoby, każda z paczką do nadania. I nikt mnie nie przepuścił, stałam z tym wózkiem pół godziny po to, że w ciągu 30 sekund kupić tę taśmę. W sumie nawet nie oczekuję jakiegoś specjalnego traktowania, ale jednak fajnie byłoby wiedzieć, że w ludziach jest trochę empatii. Mężczyźni jakoś inaczej reagują, przytrzymują drzwi, puszczają w kolejce, ale kobiety...

Dziś złożyliśmy w sądzie wniosek o przysposobienie. Mam nadzieję, że szybko to pójdzie, bardzo chciałabym mieć już Rysia akt urodzenia, z nami w rubryce "rodzice".  Sporo nam to ułatwi, będziemy mogli zapisać go do Lux Medu i nie płacić za wizyty. Ale przede wszystkim chciałabym, żeby był. Z imienia i nazwiska, żeby miał swoją tożsamość. Teraz czuję, że ciągle jest w zawieszeniu. Jest cały nasz, ale z jej nazwiskiem. Ostatnio na jakimś dokumencie pierwszy raz zobaczyłam jego imię i nasze nazwisko. Bardzo mnie to wzruszyło i poczułam się taka dumna:) Chcę, żeby tak było już zawsze.

Co polecacie na wakacje z kilkumiesięcznym dzieciakiem? Niezbyt daleko, jakieś jezioro w okolicach Dolnego Śląska?

piątek, 12 maja 2017

Wypad nad jezioro

Wróciliśmy cali i zdrowi. Było dobrze! Bałam się, nie powiem, pomimo że to nie było jakoś super daleko. Ale ostatecznie jestem bardzo zadowolona. Ryś był spokojny, sporo spał, dzięki czemu rodzice mogli spokojnie wypić kawę, pomyśleć, pogapić się na jezioro. A było na co, widok z domku obłędny. Tangernia, miałaś rację, warto:) I nawet kiepska pogoda jakoś za bardzo nam nie przeszkadzała. Nie było to takie świętowanie drugiej rocznicy, jak myśleliśmy. Było lepsze:) Bo we trójkę.

A w środę dotarła do nas bardzo dobra informacja. Odbyła się rozprawa matki biologicznej Rysia. Bez żadnych trudności, dziewczyna przyszła do sądu i zrzekła się praw. W przyszłym tygodniu Ryś zostanie zakwalifikowany do adopcji i niedługo odbędzie się nasza rozprawa o jego przysposobienie. Jestem tej kobiecie bardzo wdzięczna. Wiem, że różnie się ocenia takie sytuacje i pewnie większość zadaje sobie pytanie "Jak można". Widać można, oby zawsze w taki sposób jak w naszym przypadku. Ona od początku konsekwentnie dążyła do tego, żeby Rysiu trafił do dobrej rodziny. Prawdopodobnie nie dbała o siebie jakoś szczególnie w ciąży, ale na tyle, żeby urodzić zupełnie zdrowe, silne, duże dziecko. Do tego piękne. Od początku chciała, żeby trafił do adopcji, przychodziła do ośrodka za każdym razem, gdy była potrzebna, podpisywała wszystkie potrzebne dokumenty, i teraz stawiła się w sądzie.Dzięki temu, że pomimo swojej sytuacji i młodego wieku podeszła do tego bardzo rozsądnie, Ryś będzie miał dobre życie. Będzie miał szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo, kochających rodziców, dziadków, dom. Mam ochotę spotkać się z nią i podziękować. Mamy wielkie szczęście. Tak wielkie, że trochę mnie to przeraża. Boję się, że w przyrodzie jednak musi być równowaga. Nie wiem, czy szybko zdecydujemy się na drugie dziecko, bo dwa razy taki cud się nie zdarza.

Od wczoraj mamy piękną pogodę, spacerujemy sobie po wsi i myślę, że wyprowadzka z miasta była bardzo dobrą decyzją. Tu wszystko pachnie! Bzy, konwalie, kwitnące drzewka, rzepak, mieszają się wszystkie cudowne zapachy maja, które pamiętam z mojego dzieciństwa. Jest mi dobrze, jestem szczęśliwa:)

Kilka zdjęć z naszego rodzinnego wyjazdu:)






niedziela, 7 maja 2017

Mamine strachy

Jest ich tak dużo i codziennie pojawiają się inne. Na szczęście niektóre znikają:) Pamiętam naszą pierwszą noc, mały w łóżeczku a ja na materacu na podłodze obok, nie zmrużyłam oka, bo ciągle nasłuchiwałam i patrzyłam, czy oddycha. Zresztą ciągle tak mam, zdarza mi się go obudzić, bo boję się, że nie oddycha i muszę go koniecznie ruszyć:) A że Rysiu to mały susełek i śpi nawet po 6 godzin w nocy (słyszę Wasze westchnienia, pewnie niektórzy zazdroszczą;), to zdarza się to dosyć często. Moim największym strachem jest Syndrom Nagłej Śmierci Łóżeczkowej. Więc jak się budzę i widzę, że on śpi już 5 godzin, to go szturcham:) Nie ma spania:D
Boję się, że jest za duży. Bo jest wielki. Nie ma nawet dwóch miesięcy, a waży ponad 6 kg. Że ma za słabe mięśnie. Że nie dźwiga głowy, jak leży na plecach, a ja podnoszę go za rączki. Tu akurat pani neurolog mnie wystraszyła, bo powiedziała, że powinien próbować ciągnąć głowę.
Bałam się szczepienia. Strasznie. Wcześniej, zanim zostałam mamą, miałam bardzo jednoznaczne podejście - szczepić i kropka. Jak się ma dziecko, to jednak wszystko się zmienia. Naczytałam się o skutkach ubocznych, o NOP, autyzmie i już nie byłam tak zdecydowana w moich poglądach. Ale szczepić trzeba. Rysiu został ukłuty w grubiutkie udko. Dobrze, że nie jest chudziutki, bo jak zobaczyłam tę długą igłę, to myślałam, że zemdleję. A znam się trochę, bo trochę się kłułam i wiem, że igła niekoniecznie musi mieć 2 centymetry długości...Teraz jestem na etapie obserwowania małego, ale raczej wszystko jest w porządku.
I boję się wychodzić z nim z domu:) Ale to już coraz mniej, nawet byliśmy w mieście, Rysiu poznał kumpli, a ja spotkałam się z ludźmi z pracy i innymi mamusiami. Byłyśmy nawet na lodach! Trochę wrzeszczał w foteliku na początku, bo chyba tak jak mama lubi szybką jazdę:) Stanie w korkach go nie kręci;)
Żeby nie było, nie jestem spanikowaną mamusią, już nie. Teraz nawet jak Rysiu płacze, to nie przejmuję się, co powiedzą ludzie na osiedlu. Po prostu idę dalej, a mały szybko przestaje płakać. I odkryłam, że nie tylko moje dziecko robi sceny:) Każdemu się zdarza, więc chyba wszystko z nami w porządku.
Robimy ogromne postępy. Rysiu ogląda swoje rączki, śmieje się do mnie pełną buzią, próbuje chwytać zabawki. Strasznie mnie to wzrusza, bo jeszcze niedawno ledwo je widział. Dziś zainteresowały go jego stópki. Uspakaja się u mnie na rękach. Wszystko zmieniło się, jak zostaliśmy sami. Zaczęliśmy się rozumieć i prowadzimy teraz poważne rozmowy matki z synem. Ja mówię, że jest moim najukochańszym syneczkiem, a on mówi agugu:P
A jutro jedziemy na wycieczkę:) Za dwa dni jest nasza druga rocznica ślubu, jedziemy do domku nad jeziorem. Rezerwację zrobiliśmy, jak Rysia nie było jeszcze na świecie, chciałam ją odsprzedać, ale się nie udało, więc jedziemy. Raz kozie śmierć.
Z formalności, ciągle czekamy na rozprawę MB. Mam nadzieję, że niedługo Rysiu będzie tylko nasz.

środa, 26 kwietnia 2017

Brygada kryzys

Ostatnio mieliśmy ciężki dzień. Ryś darł się wniebogłosy. Naprawdę w żaden sposób nie mogłam go uspokoić. Zresztą ani ja, ani tata. Zanosił się, robił przerwę tylko żeby nabrać powietrza i ryknąć z jeszcze większą siłą, robiąc się przy tym purpurowy. Łzy lały się strumieniami, i moje, i jego. Miałam kryzys. Rozpłakałam się i wyłam w pieluchę tetrową. Byłam strasznie zestresowana, co mały oczywiście czuł. 
Wyrzucałam sobie, że jestem złą matką, że to moja wina, bo nie umiem opanować emocji, bo się boję, co pomyśli moja mama, która jest u nas od początku. Cały czas myślałam, że muszę go uspokoić, bo inaczej mama pomyśli, że sobie nie radzę. Bez sensu. To moje dziecko. Ani to moja wina, ani jego. Tak jest i już. Wiem o tym, ale cóż, emocje górą, jak zawsze u mnie. 
Kolejnego dnia obudziło się koło mnie zupełnie inne dziecko. Uśmiechnięte, zadowolone, próbujące wydać z siebie dźwięki:) I tak było cały dzień. Mój syn miał prawdopodobnie pierwszy skok rozwojowy. Tak po prostu. Stąd ten płacz i krzyk. 
Jestem mojej mamie bardzo wdzięczna, cieszę się, że jest, widzę, że kocha Rysia. Ale moja relacja z nią jest trudna. Czasem śmiejemy się razem do łez, czasem jesteśmy na siebie wściekłe i ciężko się nam dogadać. Co nie zmienia faktu, że bez niej byłoby dużo ciężej. Bardzo nam pomaga, bo zostaje z Rysiem, jak ja z mężem jadę na rehabilitację. 
Niestety chwilę przed tym telefonem mój mąż przeszedł operację, która unieruchomiła go na kilka tygodni. Ale z drugiej strony, co za dużo, to niezdrowo, jak to mówią. Muszę zostać z synkiem sama. Musimy się poznać, nauczyć się siebie, i nie chcę przy tym czuć się oceniana i ciągle próbować sprostać czyimś wymaganiom. Teraz wymagania wobec mnie może mieć tylko moje dziecko. 
Dziś mama wraca do domu, w piątek mąż wraca do pracy i zostaniemy sami.
Boję się i cieszę jednocześnie:) Chciałabym z nim wyjść do ludzi, ale boję się, że będzie mi płakał. Nasz debiut był straszny, poszłam spotkać się z dziewczynami, na początku było ok, bo mały spał jak aniołek. Jak się obudził, oczywiście był głodny, a zmieszanie mleka w proszku z wodą zajmuje jakieś 30 sekund, do tego trzeba usiąść i mieć wolne ręce. A ja musiałam go trzymać, bo w wózku się zanosił. Ludzie patrzyli na nas z przerażeniem w oczach, tak wrzeszczał., Do tego pociągnął mi bluzkę, więc wszyscy w windzie widzieli moje cycki. Na szczęście odziane w biustonosz, ale jednak. Więc sami rozumiecie, że pozostał mi uraz do wyjść na miasto. To już chyba wolę spacery po naszej wsi póki co:) Ale pogoda u nas fatalna, więc i to nie wchodzi w grę. Jutro jesteśmy zaproszeni w gości, zobaczymy w jakim Rysiu obudzi się humorze, może jednak odważę się z nim pojechać. Dam znać:)
.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Roczek:)

Dokładnie rok temu napisałam pierwszy post o naszych początkach.  Leci ten czas jak wściekły. Mam wrażenie, że to było wieki temu. Nie mieliśmy nic. Ani dzieci, ani nadziei. Tylko smutki, żal i kolejne rozczarowania. I mnóstwo czasu na przemyślenia. Byłam skupiona na niepowodzeniach, ograniczona kolejnymi transferami, nafaszerowana hormonami. Pamiętam ten moment, kiedy się od tego wszystkiego psychicznie uwolniłam. Jaka to była ulga... Ale nigdy tak do końca nie byłam pewna, jak to będzie. Czy dam radę zaakceptować fakt, że nie urodzę. Czy się nie wystraszę, czy problemy adoptowanego dziecka mnie nie przerosną. Miałam rok na zastanowienie się nad tym wszystkim. Sporo dało mi szkolenie w OA, ale głównie pomagały mi książki i historie mam adoptowanych dzieci. Bałam się, ale szłam naprzód. Z dnia na dzień byłam coraz bardziej gotowa. Aż zadzwonił ten telefon. Szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał.
Dziś mamy Rysia💛💜 I ciągle nie mogę uwierzyć, że jesteśmy takimi szczęściarzami. Nasze życie zmieniło się diametralnie. Już nie wylegujemy się w weekendy, nie celebrujemy wspólnych śniadań, jeszcze nie😉 Za to mamy coś, co jest bilion razy ważniejsze. Mamy uśmiech naszego dziecka, mamy małe rączki, które ufnie ściskają nasze ręce, mamy wpatrzone w nas zaciekawione oczy. Mamy zapach dziecka w domu. Mamy szczęście 😍
I mamy też ogromną nadzieję, że nikt nam tego nie zabierze. Zostało kilka dni. W poniedziałek mija 6 tygodni, po których kobieta, która go urodziła, powinna przed sądem zrzec się praw rodzicielskich. Do tej pory jakoś to znosiłam, teraz strasznie się denerwuję. Nie mogą nam go zabrać. Nie mogą.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Blaski i cienie


No...łatwo nie jest:) Nasze dziecko jest wymagające. Śpi, je, płacze. Taki schemat, każdego dnia. Dzieci płaczą, wiem. Ale nasze się wydziera. Zanosi się. Ciężko mi jest wtedy i często płaczę razem z nim. Głównie dlatego, że nie wiem, jak mu pomóc i dlaczego płacze. Jest nakarmiony, przewinięty, wyspany i płacze. Pręży się, sztywnieje. Niestety myślimy, że te 10 dni, kiedy leżał sam w szpitalu, gdzie nikt go nie przytulał, nie nosił, nie dotykał, nie głaskał, zbierają teraz żniwo. Powoli uczymy się siebie, coraz częściej udaje mi się go ukoić, ale ciągle czuję się...nie wiem, winna. I jest mi smutno, bo wiem, że to nie bicie mojego serca czuł przez 9 miesięcy. I myślę, że to dlatego nie łatwo jest mi go uspokoić. Chciałabym nosić go w chuście, była u nas chuściarka, pokazała mi wiązania, kupiłam super chustę...zawinęłam go raz. Wygina się strasznie, nie mogę tej chusty dobrze dociągnąć. Fakt, że jak już mi się udało, było cudownie, Ryś był spokojny, ja też, mogłam całować to piękne łyse czółko:) No ale póki co powtórki nie było. 
Czas leci szybko, mały ma już miesiąc. Jest coraz bardziej komunikatywny, patrzy na nas, obserwuje otoczenie, zaczyna dostrzegać swoje rączki.
Za to noce przesypia pięknie. Budzi się na jedzenie co 4-4,5 godziny. Czasem co 3. Je, zmieniamy pampersa i śpimy dalej. Ale i tak jestem zmęczona i niewyspana. Był nawet taki wieczór, ciężki, kiedy umyłam sobie twarz...płynem do higieny intymnej:D Zorientowałam się dość późno, że coś słabo się pieni:D

Macierzyństwo ma swoje cienie.

A jeśli chodzi o blaski, to dziś cały dom dla mnie pojaśniał, bo dziś, po raz pierwszy,  mój syn się do mnie uśmiechnął:) Patrząc mi prosto w oczy, całkiem świadomie posłał mi najpiękniejszy na świecie pierwszy uśmiech:)

sobota, 15 kwietnia 2017

piątek, 7 kwietnia 2017

Królu mój

Królu mój,ty śpij,ty śpij a ja
Królu mój,nie będę,dzisiaj spał.
Kiedyś tam,będziesz miał dorosłą duszę,
Kiedyś tam,kiedyś tam...
Ale dziś jest mały jak okruszek,

Który los rzucił nam.

Skarbie mój,ty śpij,ty śpij a ja,
Skarbie mój,do snu Ci będę grał.
Kiedyś tam,będziesz spodnie miał na szelkach,
Kiedyś tam,kiedyś tam...
Ale dziś jesteś mały jak muszelka,

Którą los zesłał nam.

Tak mnie wzrusza ta kołysanka...dzięki Boże za niego.



środa, 5 kwietnia 2017

Kiedy dzwoni ten telefon

Do nas TEN telefon zadzwonił bardzo szybko. Trzy miesiące od uzyskania kwalifikacji.

Poniedziałek
Stałam pod gabinetem czekając na wizytę u fizjoterapeuty, nie słyszałam, kiedy zadzwonił. Jak zobaczyłam na ekranie "Ośrodek adopcyjny", to nogi się pode mną ugięły. Wiedziałam, co usłyszę. Ale i tak nie byłam na to przygotowana. Płakałam jak bóbr. Dowiedziałam się tylko, że mały niedawno się urodził i jest zdrowy.
Popędziłam do domu, po drodze obdzwaniając mamę i N.

Wtorek
Dzień później pojechaliśmy do ośrodka zobaczyć dokumentację małego, potem mieliśmy jechać do niego do szpitala. W ośrodku zobaczyłam jego zdjęcie...był na nim śpiący, włochaty, najpiękniejszy na świecie nasz synek:) Nie zastanawialiśmy się nawet chwili, to było to. Zresztą, musiało być, to była sytuacja idealna, o jakiej nawet nie marzyłam. Z tego co wiemy jego "matka" była zdrowa i niepijąca.
No i pojechaliśmy do szpitala, przywieźli nam go, a ja nie mogłam się uspokoić, łzy płynęły mi wartkim strumieniem.

Środa
Kolejne dni upłynęły wyjątkowo szybko, pożyczyliśmy fotelik, złożyliśmy łóżeczko, codziennie jeździliśmy do niego do szpitala. W środę byłam w pracy. Prawie 10 lat zamknęłam w kilka godzin, da się;)

Czwartku nie pamiętam;)

Piątek
Zabraliśmy małego do domku.

Nie mam teraz za wiele czasu żeby pisać, ale postaram się opisać niedługo, jak nam upływają te pierwsze wspólne chwile.

PS Daliśmy synkowi wybrane przez nas imię, ale dla potrzeb blogowych będę go nazywała Rysiem, bo jak jest głodny to śmiesznie marszczy buźkę i wygląda jak Rysiek Kalisz:D

Pozdrawiam Was i dziękuję Wam ogromnie za wszystkie komentarze pod wcześniejszymi postami, jesteście niesamowite, nie wiedziałam, że tyle osób mnie wspiera:)

Rozmarzona Mama:)