środa, 20 września 2017

Jak rodzi się miłość

Kiedy w naszym życiu pojawił się Ryś, mój mąż był zupełnie unieruchomiony. Leżał plackiem lub siedział z nogą na kanapie. Był po dość rozległej operacji kolana. Ruszył się tylko dwa razy: pierwszy raz, gdy pojechaliśmy do Ośrodka, a następnie do szpitala poznać naszego syna, i po raz drugi, gdy zabieraliśmy małego do domu. Kuśtykał o kulach i bardzo się męczył. Od początku była u nas moja mama, która pomagała mi kąpać małego, usypiać, lulać, nosić...robiła wszystko, co powinien robić tata, łącznie ze złożeniem łóżeczka. Do męża należało karmienie i przytulanie. Obserwowałam w tym czasie jego ogromną frustrację i żal, że nie może dobrze zająć się własnym dzieckiem. Przez jego ograniczone możliwości ruchowe więź między nimi tworzyła się wolniej, niż między mną a Rysiem. Nie było nam łatwo. Po miesiącu mama wróciła do siebie, a my zostaliśmy sami. Mąż towarzyszył nam przy kąpieli, ale ciągle to ja przynosiłam wypełnioną wodą wanienkę, trzymałam Rysia, myłam, ubierałam. Potem oddawałam go tacie, który go karmił, i w końcu nosiłam dopóki nie zasnął. Sama chodziłam na spacery. 
Ale powoli, z dnia na dzień, mąż coraz bardziej angażował się w opiekę nad małym. Najpierw było noszenie, z początku w miejscu, bez spacerowania po pokoju, ale widziałam, że i jednemu, i drugiemu bardzo tego brakowało, szczególnie tacie. Może mój mąż nie ma jakiejś mega szerokiej klatki piersiowej (sorry kochanie;), ale jednak męska klata to męska klata, Ryś wtulał się w nią z ogromną radością:) Później doszło kołysanie do snu po karmieniu. A w końcu wyszliśmy na pierwszy wspólny spacer, całą trójką. Eh, jaka ta była przyjemność:) Oczywiście tato pchał wózek:)
Dziś mąż robi przy małym to co ja. Gdy wraca z pracy, Ryś wita go swoim najpiękniejszym uśmiechem, przy którym w prawym policzku robi mu się uroczy dołek:) Tulą się do siebie, tata go całuje, przytula, i ma w oczach nieskończoną miłość. Miłość, która może nie wybuchła na samym początku z całą siłą, ale za to mogłam obserwować, jak rodzi się dzień  po dniu, jak silna staje się więź ojca i syna, jak zmienia się ich relacja. W dodatku wszyscy mówią, że Ryś to cały tata, a wtedy tata pęcznieje z dumy:)
Dziś mój mąż za syna oddałby życie. Troszczy się o niego, nie dałby zrobić mu krzywdy. Wieczór należy do nich, po kąpieli zamykam drzwi do pokoju Rysia, mąż go karmi i usypia. To jest ich czas. 
To nasz siódmy miesiąc razem i nie wyobrażam już sobie, że nasze życie mogłoby wyglądać inaczej. Jest idealnie. Pomimo nieprzespanych nocy, dziennego zmęczenia Rysiowym marudzeniem, bolących ramion od dźwigania tych kochanych 10kg:) Jego rozbrajający śmiech załatwia wszystko:)



piątek, 15 września 2017

Co to będzie, co to będzie...

Mam jeszcze ponad pół roku do powrotu do pracy a już widzę, że łatwo nie będzie. Nie oszukujmy się, liczyłam się z tym, że nie wrócę na swoje stanowisko. Pracuję w korporacji, gdzie nie ma umów na zastępstwo. Moje stanowisko przejął ktoś inny. Wprawdzie prawo gwarantuje mi powrót na stanowisko równoległe, ale takie może się znaleźć w innym dziale, gdzie mówi się po angielsku, a to, wstyd się przyznać, nie jest moją najmocniejszą stroną. Jak mam coś powiedzieć w tym języku, to od razu jestem sparaliżowana i nie daję rady. Mimo wszystko do tej pory jakoś bardzo się tym nie przejmowałam, do wczoraj. Zadzwonił do mnie mój szef z informacją, że, nie wchodząc w szczegóły, sytuacja się skomplikowała, i mogłabym wrócić na swoje stare stanowisko pod warunkiem, że skrócę urlop macierzyński (!) albo ewentualnie wrócę jako szeregowy pracownik (!!). Żeby ktoś mnie źle nie zrozumiał - uwielbiam szeregowych pracowników, uważam, że to oni są w firmie najważniejsi, bo de facto oni dostarczają usługę dla klienta. Nigdy nie mówiłam o nich inaczej jak "współpracownicy". Ale ja od 7 lat jestem kierownikiem...mam swoje zespoły, które budowałam często od zera, wyprowadzałam ich z naprawdę trudnych sytuacji, mam autorytet, wiedzę, doświadczenie...nie wyobrażam sobie, że miałabym to stracić. Bo to była moja ciężka praca.
Oczywiście nikt mi niczego nie narzuca, bo nie może. Prawo jest po mojej stronie. Póki co, ani jedno, ani drugie rozwiązanie jest dla mnie nie do zaakceptowania. Nie wiem, co będzie, mam jeszcze chwilę, ale boję się. Bo ja lubiłam swoją pracę. Jestem korposzczurem, do tego zadowolonym, tacy też istnieją! Było mi tam dobrze, nauczyłam się mnóstwa rzeczy, nie mam ochoty zaczynać od nowa, czy to w innym dziale, czy firmie. W obecnej pracuję prawie 10 lat i bardzo cenię sobie ten czas. Trafiłam tam praktycznie zaraz po studiach, do tego pracowało tam kilka osób z mojego roku, więc było to trochę przedłużenie studenckiego życia. Kurcze, byłam wtedy młoda:) Miałam 25 lat! Poznałam cudownych ludzi, wielu z nich stało się moimi przyjaciółmi. Ja wiem, że to tylko praca, że prawdziwe życie toczy się poza nią, ale co mam zrobić, smutno mi, że moja sytuacja się zmieni.
Pewnie mało Was to interesuje, ale musiałam to z siebie wyrzucić. Kto by pomyślał, że tak będę się przejmować pracą w korpo...

piątek, 1 września 2017

Pomocy! Zepsuło mi się dziecko!

Miałam taki plan, że stworzę dziś post, na który od dawna mam pomysł. Myślałam, że jak Rysiu zaśnie, usiądę sobie spokojnie przed komputerem i będę pisać. Ale nie mam na to siły. Gdzieś kiedyś musiałam się pochwalić, że Rysiu przesypia noce. Że śpi właściwie od 20h do 7h. I mówili mi wtedy: "Ty to nie wiesz, co to znaczy mieć dziecko!" No to już wiem. Bo powszechnie wiadomo, że dziecko pochwalone od razu się psuje.
Od kilku nocy mój syn budzi się o:
21:30 (tu dostaje smoka),
22:15 (i tu też smok),
23:40 (tu dostaje mleczko, ja się kładę spać),
1:30 (smok, ja wstaję po godzinie snu),
3:00 (smok, noszenie i moje przerażenie bo to godzina duchów(!),
3:45 (głównie noszenie, które niewiele pomaga),
potem, jeśli w ogóle zasypia, to budzi się ponownie o 5, i tu już nie ma szans na sen, noszę go i uspokajam i w końcu daję butlę.
Zwykle potem zasypia około 7 rano i śpi do 9.
Po kilku takich nocach jestem nieprzytomna. A dziś było jeszcze gorzej, bo wstawałam do niego średnio co pół godziny - godzinę.
Gdzie się podział mój przesypiający noce synek? Nie wiem, dlaczego tak jest. Nie jest głodny, nie boli go brzuszek, może to zęby. Ryś ma teraz 25 tygodni, czytałam, że to czas kolejnego skoku rozwojowego, który może potrwać (o zgrozo!) kilka tygodni..."Okres marudzenia może zacząć się już około 23 tygodnia i trwać około 4 tygodni. Typowe dla tego okresu jest na przykład to, ze dziecko źle śpi." Super.
Dodatkowo, tato Rysia dziś wrócił do pracy, bo wcześniej on też do niego wstawał, wymienialiśmy się. Teraz pewnie będę wstawać tylko ja.
Gdy podchodzę w nocy do łóżeczka Rysia z piaskiem pod powiekami, to najczęściej wita mnie płacz, ale zdarza się też rozbrajający uśmiech. I wyobrażam wtedy sobie, że Rysiu myśli:"chciała mama dziecko, to ma, ze wszystkimi urokami macierzyństwa":) I co mam zrobić, kocham ten uśmiech nad życie i za każdym razem, jak słyszę, że się obudził, to pędzę do niego w try miga;)