poniedziałek, 11 grudnia 2017

Buraczki rules:)

UWAGA!!! Jeśli zdecydujecie się na ten przepis, musicie liczyć się z sajgonem wokół małego smakosza. Ale warto:)

Makaron z buraczkowym pesto

  • garść makaronu (ja zdecydowałam się na pełnoziarniste świderki, ale może być penne)
  • dwa buraczki
  • jabłko
  • pół korzenia pietruszki
  • majeranek
  • łyżeczka ziaren łuskanego słoneczniku
  • oliwa
Makaron gotujemy. Nieobrane buraczki w całości układamy na blasze i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni około 1,5h (zależy jak duże, moje były spore i chciałam, żeby były mięciutkie). W połowie pieczenia, w innym naczyniu, wstawiamy obrane jabłko pokrojone na ćwiartki razem z pietruszką pokrojoną w słupki, wszystko skropione oliwą. Robimy sobie dobrą kawę i czekamy, aż wszystko się upiecze🍵Następnie obieramy przestudzone buraki i  miksujemy na gładkie pesto razem z jabłkiem, pietruszką, majerankiem i słonecznikiem. Gdyby było za gęste, należy dolać oliwy lub oleju rzepakowego. Pesto mieszamy z makaronem i podajemy maluchowi. 
Efekt przed podaniem, nuuuuuda😉

I w trakcie konsumpcji😆😋
Oboje mamy z tego Rysiowego samodzielnego jedzenia ogromną frajdę:)

czwartek, 7 grudnia 2017

Ten bachor...

Spacer na wsi. Codziennie mijam te same twarze, zwykle mamuś z wózkami, mówimy sobie cześć, dzień dobry.
Ale nie dziś. Dziś spotkałam starą matronę, która doprowadziła mnie do białej gorączki.
Szłam z wózkiem prawidłowo po lewej stronie drogi. Podobnie jak dwie panie, niska i wyższa, tyle że one szły w moim kierunku tą samą stroną drogi, czyli nieprawidłowo. Droga wąska, dodatkowo zwężona przy mostku, akurat jechało auto. Niska mówi do wyższej, żeby zeszła, bo auto jedzie, na co obie słyszymy, że niech jedzie, ona ma to gdzieś, niech ją ominie. Ok, myślę, ale jestem jeszcze ja z wózkiem, nie zejdę z dzieckiem na środek jezdni, bo panie nie znają zasad poruszania się po drogach. Więc idę naprzód, i grzecznie mówię do pań, że idą złą stroną drogi. Na co wyższa rzuca do mnie, że może i złą, ale drugą się nie chodzi. Nie rozumiem, ale nie dyskutuję, bo panie już mnie ominęły. I nagle słyszę z tyłu: "Idzie taka z tym bachorem...". Reszty nie słyszałam, bo szlag mnie trafił na miejscu i para mi poszła z uszu. Krzyknęłam tylko do niej, o jakim bachorze mówi, i że chyba trochę przesadziła, na co słyszę, że mam "spadać na szczaw...". Szczerze mówiąc, miałam ochotę podejść do niej i dać jej w twarz. Ręce mi się trzęsły i chciało mi się płakać. Jak tak można. Chyba nigdy tego nie zrozumiem, bo co ja jej zrobiłam? Nic. Spacerowałam z dzieckiem. Jeśli chodziłoby o mnie, to pal licho, co gadają, ale mówiła o moim dziecku. Nie o jakimś bachorze, tylko o moim synu. Ja naprawdę nie traktuję go jak króla, raczej nie jestem jedną z tych matek, które uważają, że wszyscy powinni traktować ich dzieci jak jakieś wyjątkowe jednostki. Ale do cholery, jakim prawem jakaś obca baba tak brzydko o nim mówi? Kiedyś o okropnej sytuacji ze starą babą pisała tutaj Mama Bąbla. Bardzo mi jest przykro, że czasem trafiamy na takich głupich ludzi...
Przy okazji zdałam sobie bardzo wyraźnie sprawę, że gdyby ktoś chciał zrobić krzywdę mojemu dziecku, to przegryzłabym tętnicę...

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Słodka zupa na zimowe dni

Zupka krem z kukurydzy

Dziś przepis zupełnie nie mój, prawie całkiem ściągnęłam go z Ala'Antkowego BLW. Od siebie dodałam tylko kurkumę, koperek i mięsko z kurczaka. Zupka pyszna, nada się dla wszystkich niejadków, bo jest słodka, a wiadomo, że dzieci lubią słodkie. Nawet w postaci zupy;)

Ingrediencje:

  • pół cebuli
  • ząbek czosnku
  • szklanka kukurydzy (dałam z puszki)
  • jeden ziemniak
  • łyżeczka koperku, szczypta kurkumy, szczypta gałki muszkatołowej


Cebulę i czosnek wrzucam na rozgrzany olej rzepakowy, dodaję ziemniaka pokrojonego w kostkę i chwilkę podsmażam. Dodaję kukurydzę i koperek, zalewam wodą trochę ponad poziom warzyw i gotuję na małym ogniu około 20 minut. Na koniec dodaję gałkę i kurkumę.
Zupę trzeba dobrze zmiksować, kawałki kukurydzy mogą się dzieciom nie podobać, bo są dosyć twarde;) Do gotowego kremu dodaję ugotowane wcześniej mięso z kurczaka*.

Ryś coraz lepiej radzi sobie z samodzielnym jedzeniem. Uwielbia ogórka kiszonego, makaron, fasolkę szparagową, nie pogardzi brokułem, kalafiorem. Widzę, że sprawia mu to coraz więcej przyjemności, ciągle większość ląduje na podłodze, ale spora część zostaje też w buźce:) Ja też jestem coraz odważniejsza, nie drżę przy każdym kęsie, tylko przy tych większych;)

Dziś dzwoniłam do dwóch żłobków, w poniedziałek jedziemy je odwiedzić, zostawić Rysia na chwilkę z dziećmi. Nie mogę w to uwierzyć, jeszcze niedawno był taki malutki, a dziś rezerwujemy miejsce w placówce...Ale to temat na oddzielny post, do którego jeszcze nie czuję się gotowa:(



*Jeśli chodzi o mięso, na jeden posiłek dodaję mniej więcej 10g. Kupuję filet z kurczaka, gotuję do miękkości w wodzie z ziołami, ugotowanego dzielę na porcje, jednej używam od razu, resztę mrożę.