środa, 12 grudnia 2018

Ostatnia prosta...


Dziś będzie żal post, sorry.

Nie tak wyobrażałam sobie ten czas. Od prawie dwóch tygodni siedzę z Rysiem w domu, bo jest biedaczek chory. Najpierw standardowo oskrzela, ale jak po tygodniu inhalacji sterydem rzężenie nie ustało i kaszel wcale się nie zmniejszył, to pani doktor zaczęła podejrzewać bakterię i dała nam ostatecznie antybiotyk. Tak naprawdę ta jego choroba ciągnie się z przerwami od początku listopada...No i siedzimy tak sobie sami. A nie, sorki.

Nie siedzimy. Nie leżymy.
Zapierdzielamy.

I mam już dość, naprawdę. Jestem w 36 tygodniu ciąży i jest mi ciężko, nie ma co ukrywać. Ryś jest dużym chłopcem, ale jednak ciągle wymaga podnoszenia, noszenia, włożenia do krzesełka, i tak dalej i dalej i dalej...Poza tym jeździmy na kontrole i czasem nie jestem w stanie za nim nadążyć. Ostatnio przy rejestracji posadziłam go obok siebie na krześle, chciałam potwierdzić wizytę i to krzesło wydawało mi się bardzo bezpiecznym miejscem. Nie zauważyłam, że tuż obok na kaloryferze, tuż w zasięgu rączki Rysia, leży sobie listwa, do której podłączone są wszystkie komputery w rejestracji. Listwa miała ładne czerwone światełko. Listwa była blisko Rysia. Dopowiedzcie sobie ciąg dalszy, a ja tylko napiszę, że recepcjonistki zamordowałyby mnie wzrokiem, gdyby miały takową możliwość...

Dodatkowo ja też choruję. Kaszlę tak, że bolą mnie wszystkie mięśnie. Do tego dwa razy miałam jelitówkę. Dwie noce, gdzie myślałam, że umrę. Bałam się że wymioty wywołają skurcze, że zaszkodzę dziecku, że dzieje się coś złego. Na szczęście z małym wszystko dobrze, tylko ja się umęczyłam.

Jestem wykończona. Ten czas nie jest radosnym czasem oczekiwania, tak jak być powinno. I to podwójnym, bo przecież idą Święta. Starczyło mi sił na umycie kilku okien, ale reszta jest kompletnie nieruszona. Wiem, że to w ogóle nie jest ważne, ale przez to nie czuję zupełnie atmosfery zbliżającego się Bożego Narodzenia. Nie chce mi się wieszać światełek na brudne firanki.  Nie chce mi się dekorować domu.

W tym roku Święta spędzimy u nas, bo boję się już wyjeżdżać daleko od szpitala, w którym będę rodzić. No i chciałabym, żeby to wszystko jakoś wyglądało, a nie wygląda.

Co do porodu.

Od przysłowiowych wieków byłam pewna, że urodzę przez cesarskie cięcie, ponieważ dwa razy miałam usuwaną dużą wadę wzroku połączoną z astygmatyzmem. Ale po kilku konsultacjach okulistycznych, z badaniem dna oka, grubości rogówki i USG gałek ocznych włącznie, okazało się, że nie ma wskazań do cesarki. Będę więc rodzić siłami natury. O ile na początku ta wizja mnie przeraziła, o tyle teraz nie mogę się doczekać😊 Niestety przez to, że byłam nastawiona na cięcie, nie zapisałam się do żadnej szkoły rodzenia. Dlatego zdecydowaliśmy się wykupić położną na cały poród. Tym bardziej, że będę rodzić sama, bez męża. Mój mąż ma niestety olbrzymią fobię i nie da rady mi towarzyszyć. Postara się być ze mną jak najdłużej w pierwszej fazie porodu i wejdzie z powrotem zaraz po tym, jak nasz syn przyjdzie na świat. Ale cały poród będę sama, dlatego ciągła obecność położnej jest dla mnie taka ważna. Dodatkowo jej wykupienie gwarantuje poród w pokoju narodzin. To taki pokój, gdzie światło jest przygaszone, nad łóżkiem wiszą bawełniane kule, gra delikatna muzyka, jest kołyska dla dziecka, łazienka, piłki, worki itp. Ktoś może powiedzieć, że przesadzam, ale to mój pierwszy i jedyny poród i chcę, żeby był czymś pięknym, a nie traumatycznym. Nie boję się bólu, nie będę miała znieczulenia. Jedyne, czego się obawiam, to komplikacje w trakcie, ale nie myślę o tym, nastawiam się bardzo pozytywnie.

To już tak niedługo. Torby stoją spakowane, pokoik syna gotowy. Czekamy❤️

wtorek, 27 listopada 2018

Amarantuski

Gdyby ktoś z Was, jak ja, miał chęć na nocne, szybkie pieczenie, polecam Wam serdecznie amarantuski z Alaantkowego. Są banalnie proste i idealne na początek przygody z BLW.

Amarantuski

  • szklanka amarantusa ekspandowanego
  • jedno jajko
  • łyżka oleju rzepakowego
  • łyżka miodu*
  • łyżka syropu klonowego
  • łyżeczka masła orzechowego (opcjonalnie)
  • łyżka żurawiny

Wymieszać wszystkie składniki, na blasze wyłożonej papierem do pieczenia uformować okrągłe ciasteczka, piec max. 10 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni. Poczekać, aż ostygną i zdjąć z blachy.
Ciasteczka są miękkie, idealne dla maluchów.

* po 12 miesiącu

poniedziałek, 19 listopada 2018

Zwykła matka

Zanim jeszcze poszłam na zwolnienie, rozmawiałam z moim szefem i opowiadałam mu o którymś usg, na którym widziałam, jak mały ziewa. I ciągle mam w głowie jego komentarz, który odebrałam jakoś tak...negatywnie.

"Zupełnie inny wymiar macierzyństwa, prawda?"

Nie, nieprawda.

Jestem w ciąży, z Rysiem nie byłam. Ale te emocje, które towarzyszyły mi w oczekiwaniu na niego, jeszcze dziś sprawiają, że mam łzy w oczach. Czekałam na niego tak samo mocno, jak czekam teraz na Rysiątko. Chociaż nie. To też nie jest prawda. Na Rysia czekałam bardziej. Na Rysia czekałam całe życie. To on uczynił mnie Mamą. To on zmienił moje życie. Czas oczekiwania na niego zakończył bardzo ciężki etap naszego życia, pełen rozczarowań, żalu, łez, samotności, ciszy. Ten etap trwał tak długo, że czekając na telefon z Ośrodka Adopcyjnego chodziłam z głową w chmurach, bo wtedy byłam już tylko pełna nadziei. To chyba jak w ciąży, co nie? Miałam też mnóstwo obaw, wiadomo. Ale nie były one w stanie zepsuć mojej radości z oczekiwania na dziecko.

Opisywałam już na blogu moment, kiedy zadzwonił do nas ten telefon. A bardziej próbowałam opisać, bo emocje, jakie mi wtedy towarzyszyły, ciężko ubrać w słowa. Być może jest to porównywalne do emocji po porodzie, ale o tym przekonam się za dwa miesiące. Do tej pory to była najszczęśliwsza chwila w moim życiu.

Można by było pomyśleć, że podobna radość towarzyszyła mi, kiedy dowiedziałam się o ciąży. Ale ja nie czułam wtedy radości. Nie takiej, jak można byłoby się spodziewać. To była mieszanina zaskoczenia, niedowierzania, niepewności, strachu. Oczywiście cieszyłam się, że się udało, ale po 7 latach ta ciąża nie była już tak wyczekana, jak wyczekany był Ryś. A poza tym bardzo ciężko było nam w nią uwierzyć. Mówię o samej ciąży, żeby mnie nikt źle nie zrozumiał. Potem to się oczywiście zmieniło, im bliżej terminu porodu, tym mniej czarnych myśli w mojej głowie, a więcej pewności, że wszystko będzie dobrze. I tym to oczekiwanie na drugie dziecko jest bardziej radosne i ekscytujące.

Jestem pewna, że jak Rysiątko pojawi się na świecie, to będzie naszym drugim oczkiem w głowie.
Bo miłość do dzieci to taka miłość, której się nie dzieli na dwoje, tylko mnoży razy dwa.

Do tego postu zainspirował mnie anonimowy komentarz, którego autor stwierdził, że na blogu zrobiło się mało Rysia.

Ryś jest i będzie moim pierwszym, wyczekanym synkiem.
Rysiątko jest i będzie naszym drugim, wyczekanym synkiem. 

Nie widzę żadnej różnicy pomiędzy moimi dziećmi, pomiędzy moim macierzyństwem wtedy i teraz, pomiędzy moimi uczuciami do dzieci. Nie myślę w ogóle o tym, że jedno z nich jest adoptowane, a drugie biologiczne. Nie ma to dla mnie ŻADNEGO znaczenia. Nie myślę o tym na co dzień, często w ogóle o tym nie pamiętam. Moje dzieci są tak samo moje, nieważne, jaką drogą trafiły do naszego życia.

poniedziałek, 15 października 2018

Brzemienna

Zaczęłam trzeci trymestr ciąży. Z dzieckiem wszystko w porządku. Ze mną psychicznie gorzej.
Ponoć w tym ostatnim okresie ciąży nasilają się różne obawy i strachy. Nie wiem, czy jest to związane z hormonami, czy naszymi wcześniejszymi doświadczeniami, ale drżę o tego malucha bardzo.

Są dni, gdy czuję się dobrze, mam sporo energii i wszystko jest pięknie. Ale są też takie, i nie wiem, czy nie jest ich więcej, kiedy czuję się bardzo niepewnie. Boli mnie brzuch, coś mnie ciągnie, coś kłuje, coś rozpiera. Synek zwykle jest energiczny, ale czasem zasypia. Zasypia na długo. Objadam się wtedy słodkim, żeby tylko zmusić go do dania mi znaku, że jest, że tylko śpi. Kładę się na lewym boku i liczę ruchy. Plamiłam, trzy razy, na różnych etapach ciąży. Ostatnio w 26 tygodniu. Pędziłam wtedy do szpitala, i za każdym razem słyszałam, że nic się nie dzieje. Dlaczego mnie to nie uspokaja?

Te strachy się zmieniają, najpierw bałam się poronienia i czekałam jak na zbawienie na koniec pierwszego trymestru. Po 22 tygodniu sprawdzałam szanse dziecka na przeżycie w przypadku porodu przedwczesnego. Teraz, gdy już wiem, że moje dziecko najprawdopodobniej przeżyje, nawet jeśli urodzi się dzisiaj, boję się tych najczarniejszych scenariuszy. Tych najgorszych, które nie zdarzają się często, ale się zdarzają. Najbardziej dobiła mnie historia sprzed kilku dni. Zdrowa mama, zdrowa córka. Tydzień przed porodem, na sofie, w domu, pęknięcie pęcherza płodowego, karetką do szpitala, walka o życie matki i dziecka. Niestety, dziecka nie udało się uratować. I co mam zrobić. Nie umiem się odprężyć, nie myśleć o tym.

Boję się porodu. Byłam pewna, że będę rodzić przez cesarskie cięcie, ze względu na laserową korekcję wzroku przy bardzo dużej wadzie, ale nie, prawdopodobnie czeka mnie poród siłami natury. Chcę tego i wolę tak, ale boję się bardzo. Szpitala ciągle nie wybraliśmy. Imienia również...
Boję się, że nie dam rady karmić, a bardzo tego chcę.

Zastanawiam się, skąd u mnie tyle czarnych myśli.

Uspokoję się dopiero wtedy, kiedy poczuję to ciepłe ciałko na mojej piersi, kiedy policzę wszystkie paluszki, kiedy usłyszę jego płacz. I wtedy zaczną się inne strachy, te matczyne, ale te już znam, już nie są mi tak obce i przerażające...

środa, 19 września 2018

Morze, nasze morze...

Udało nam się pojechać na wakacje! Spędziliśmy tydzień nad morzem w miejscu, które chciałabym Wam polecić. Żeby nie było, post nie jest sponsorowany, nikt mi za niego nie płaci, są to moje osobiste odczucia związane z tym miejscem😊
W pewną piękną sobotę zapakowaliśmy się do naszego kombi i pojechaliśmy do Darłówka. Ryś bardzo dzielnie zniósł 8 godzin jazdy, mimo że zasnął tylko na godzinkę...a ja naiwnie wierzyłam, że pośpi 1/3 drogi😉 Nie wiem, czy już pisałam, że podróżujemy od początku w foteliku RWF, czyli tyłem do kierunku jazdy. My siedzimy z przodu i obserwujemy małego w lusterku, w którym on też widzi nas, więc możemy sobie pogadać, porobić miny i takie tam.
Ale do sedna, czyli naszej miejscówki.
Wynajęliśmy domek w obiekcie o wdzięcznej nazwie Pastelowe Domki. Wcześniej urzekły mnie zdjęcia w internecie, są tak pastelowe, że przez jakiś czas myślałam, że to wizualizacja, a nie rzeczywisty obraz. Ale nie, tam naprawdę jest pięknie, co możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej. Możemy wynająć dwa typy domków, jeden większy, z kominkiem, dwoma sypialniami, salonem, kuchnią i łazienką, i mniejszy, bez kominka, ale również z dwoma sypialniami, salonem, kuchnią i łazienką. Każdy domek ma taras ze stolikiem, krzesłami i grillem. Wszystko jest nowe, czyściutkie i bardzo estetyczne.
Ale to, co podobało nam się najbardziej, to plac i sala zabaw dla dzieci. Od wejścia widać, że obiekt jest nastawiony na gości z dziećmi, co jest fajne. My wzięliśmy nasze łóżeczko turystyczne i krzesełko do karmienia, ale te sprzęty są także na miejscu i można je wypożyczyć (bezpłatnie). Pod warunkiem oczywiście, że są wolne, bo nie ma ich dużo. Wypożyczyć można również rowery, z fotelikiem dla dzieci (odpłatnie). Plac zabaw jest super wyposażony, są zabawki dla młodszych i starszych dzieci, huśtawki, zjeżdżalnie, hulajnogi, auta. Wszystkie sprzęty ustawione są na piasku takim, jak na plaży, więc sam plac jest jedną wielką piaskownicą - raj dla Rysia! Obok znajduje się boisko do siatkówki, trampolina i bramki do piłki nożnej.
W razie niepogody można przenieść się do sali zabaw, i to jest hit. Jest to oddzielny domek, w którym znajdziemy wigwam, tunel, kuchnię dla małych kucharzy, książki (skandynawskich autorów, tym razem ja byłam w raju😉), gry, stolik i krzesełka do prac twórczych, kredki, kartki i sporo zabawek. Dla tatusiów jest konsola i piłkarzyki. Dla mamuś wiszące krzesła na zewnątrz i wygodne pufy do leżenia. Można się tam przyjemnie zrelaksować, kiedy dzieci zajęte są zabawą.
Jest tam tak fajnie, że co wieczór ciężko nam było zaciągnąć Rysia do naszego domku i niech to będzie najlepszą rekomendacją😊
Są też minusy, ale takie malutkie. Domki bez kominka nie są ogrzewane, więc po sezonie może być chłodno. Nie ma ręczników, trzeba przywieźć swoje, a dla 4-osobowej rodziny ręczniki łazienkowe plus te na plażę to już spory bagaż. No i za taką cenę fajnie byłoby wyposażyć w nie domki. Do plaży jest dość daleko, piechotą 15-20 minut, ale nam to akurat nie przeszkadza. Podobnie z lokalami gastronomicznymi, trzeba podjechać autem do Darłówka. Nam akurat bardziej odpowiada cisza i spokój niż zgiełk i kicz nadmorskich kurortów, więc nie narzekamy na te odległości, ale wiem, że niektórych może odstraszyć lokalizacja Pastelowych.
Największym minusem jest to, że za kilka sezonów zamiast 10 domków będzie ich dużo, dużo więcej. Teren jest ogromny, myślę, że zmieści się kolejne 20 lub więcej, a wtedy będzie już zbyt tłoczno. Polecam więc korzystać szybko i najlepiej przed lub po sezonie😊
A teraz zdjęcia:
Nasz domek




Plac zabaw




Sala zabaw






Prawda, że pięknie?😊


Edit 03.11
Wiecie co, wiem, że powinnam to olać, ale nie umiem. Pojawiły się komentarze, że ten artykuł jest sponsorowany, że wyjazd był darmowy itp. A ja nigdy nie dostałam żadnej kasy za jakikolwiek mój wpis. Nie zarabiam na blogu i nie mam takiego zamiaru. Poza tym sorry, mój blog ma za mały zasięg, żeby ktoś chciał że mną współpracować. I dla mnie to jest ok, bo piszę go dla przyjemności. Zarabiam w inny sposób tyle, że nie potrzebuję dorabiać i psuć sobie radości pisania o tym, na co mam ochotę, a nie o tym, za co ktoś mi płaci.
Nasz wyjazd do Darłówka kosztował nas prawie 1300zł, rezerwację robiłam przez booking.com (ups, znów reklama...), a Pastelowe Domki nawet nie wiedzą, że był u nich ktoś, kto pisze bloga.
Drogi Anonimowy, popatrz, jaki darmowy był ten wyjazd:



wtorek, 14 sierpnia 2018

Synuś



W związku z tym ogłaszam konkurs na imię dla Rysiątka. Jako że z małżonkiem mamy po raz drugi ten sam problem z wyborem, proszę Was o propozycje. Imię musi być:
a) ładne
b) męskie 😉
c) międzynarodowe, łatwe do przeczytania zarówno dla Polaka, jak i Francuza, Hiszpana, Rosjanina itp
d) nie może być Brajanem, Alanem, Dżonym...na pewno wiecie, o co chodzi

Wygraną w konkursie będzie moja dozgonna wdzięczność☺️

środa, 25 lipca 2018

Smak lata

Mam dziką ochotę na pomidory...Żałuję, że nie mamy jeszcze ogródka warzywnego, że mieszkamy tak daleko od mamy i nie możemy na co dzień korzystać z tych wszystkich aromatycznych, soczystych wspaniałości lata. Tam są świeże pomidory, maliny z krzaczka, fasolka, porzeczki... same dobrodziejstwa!
Póki co ratuję się malinowymi ze straganu, ale dla mnie, miłośniczki pomidorów, to nie to samo...

Dziś mam dla Was przepyszne

Placuszki pomidorowe z bazylią*

1,5 pomidora malinowego
0,5 cebuli
1 jajko
ząbek czosnku
3 łyżki mąki
1 łyżka amarantusa ekspandowanego
bazylia
sól, pieprz, kmin rzymski
1 łyżka oleju

Pomidory ścieramy na tarce na dużych oczkach od strony miąższu, aż w ręce zostanie nam sama skórka, którą wyrzucamy. Tak samo ścieramy cebulę, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek, jajko i dokładnie mieszamy. Dodajemy mąkę, amarantus, sól, pieprz, kmin rzymski i ponownie mieszamy. Dolewamy łyżkę oleju rzepakowego i poszarpane listki bazylii. Masa powinna mieć konsystencję ciasta naleśnikowego. Smażymy na suchej patelni.
Dla mnie - najlepsze placuszki ever:)


* Przepis ze strony Ala'antkowe BLW.

wtorek, 10 lipca 2018

Dzielny żłobkowicz?


Oj powiem Wam, że łatwo nie jest. Obiecałam wpis o naszych przygodach ze żłobkiem, ale ani czasu, ani weny u mnie ostatnio ni krzty:) Ale dobra, żłobek ważna sprawa, więc napiszę, jak to u nas wygląda.
Pamiętacie, że poświęciliśmy trochę czasu na wybranie najlepszego naszym zdaniem żłobka dla Rysia. Ostatecznie wybraliśmy ten najbliżej domu, na wsi, z wielkim ogrodem, przy lesie, z małymi grupami. Byliśmy naprawdę zadowoleni. Adaptacja była fajna, Ryś nie płakał, dobrze się bawił i był zadowolony. Odkąd zaczął zostawać na 8 godzin, sprawy się nieco skomplikowały. Płakał zawsze przy oddawaniu tak, że serce mi się kurczyło. Ale mówiłam sobie, że tak jest i że to minie. Poza tym najczęściej odprowadza go mój mąż. I najważniejsze, że przestawał, jak tylko "ciocie" zabierały go do sali. Mniej więcej po miesiącu przestał i nawet uśmiechał się do "cioć", więc zostawialiśmy go tam uspokojeni.
To, co mnie martwi, to jego zachowanie w domu. Odkąd chodzi do żłobka, jest bardzo zdenerwowany, sfrustrowany i zły. Zdarza mu się rzucić rowerkiem, więcej płacze, i generalnie jest taki jakiś rozbity. Z jednej strony szuka kontaktu, a z drugiej odpycha nas, jak chcemy go przytulić. Wraca też bardzo zmęczony, bo w żłobku praktycznie nie śpi. Jak jesteśmy w domu, to śpi ponad 3 godziny, a w żłobku 10-20 minut...Kładę go więc po powrocie, ale nie chcę, żeby spał długo, więc budzę go po godzinie. I zwykle wtedy jest bardzo rozżalony i płaczliwy. Ale jak go nie położę, to nie jest dużo lepiej, jeśli nie gorzej. Więc sama nie wiem, co powinnam robić. Intuicja podpowiada mi, że lepiej dać mu tę godzinkę odpoczynku, więc póki co tak właśnie funkcjonujemy.
Raz mieliśmy bardzo nieprzyjemną sytuację, przynajmniej z mojego puntu widzenia. Któregoś dnia, jak odbierałam go po południu, jedna z pań uprzedziła moje pytania i oznajmiła, że dziewczynka ugryzła Rysia w rękę. I ok, to są dzieci, zdarza się. Ale tłumaczenie babki było moim zdaniem nie do zaakceptowania, ponieważ ta całą winę zrzuciła na Rysia. Żeby było jasne, nie jestem tzw. "matką-krową", nie uważam mojego dziecka za ósmy cud świata (no dobra, może trochę;), ale kurcze, nie rozumiem, jak można mówić, że to jego wina, bo był niegrzeczny, a dziewczynka umie walczyć bo ma starszych braci (?!). Co to znaczy niegrzeczny? Takie określenie w stosunku do 15-miesięcznego dziecka jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Zapytałam oczywiście, co ma na myśli. I usłyszałam, że wszędzie go pełno i że zabiera zabawki... Niestety pani pozostała głucha na moje tłumaczenie, w tym wieku pojęcie własności jest dla dziecka zupełnie abstrakcyjne, i że ono nie rozumie, że akurat teraz nie może pobawić się tą zabawką, którą chce. A to, że jest energiczny nie jest absolutnie jednoznaczne z tym, że jest niegrzeczny. Nie rozumiem w ogóle, dlaczego ja muszę tłumaczyć takie rzeczy babce, która pracuje w żłobku i która powinna mieć choć minimalne pojęcie o dziecięcej psychice. Ja Rysiowi tłumaczę, że pewnych rzeczy nie wolno, że nie wolno zabierać zabawek itp. Na ile on to rozumie nie wiem, ale widzę, że nie upiera się przy jakiejś konkretnej zabawce, "zajętej" przez inne dziecko, kiedy tylko jestem obok, tłumaczę i daję w zamian inną. Czy nie to samo powinny robić "ciocie"? Czy nie powinny interweniować w takich sytuacjach? Czy może ja za dużo wymagam? Ale jednak oczekuję, że skoro moje dziecko jest pod ich opieką (opieką! a wraca pogryzione) przez 8 godzin, to one też powinny włożyć trochę trudu w tłumaczenie mu pewnych rzeczy. Później zdarzyła się jeszcze jedna taka sytuacja, tym razem nie doznał wprawdzie żadnego uszczerbku na zdrowiu, ale za to mój mąż usłyszał, że dziś to mały przeszedł sam siebie. Na jego pytanie, co to znaczy, usłyszał, że szkoda gadać. Ale sorry, nie ze mną takie numery. Pojechałam tam następnego dnia, poprosiłam o rozmowę z dyrektorką i zapytałam wprost, co takiego zrobiło 15-miesięczne dziecko, że aż nie można o tym opowiedzieć ojcu. I wiecie co zrobił? Nic. Wielkie nic. Po prostu się bawił, jak każde dziecko w jego wieku. Powiedziałam jej wtedy parę słów i od tej pory już nie słyszymy, że Ryś jest niegrzeczny.
Nie chcę, żeby moje dziecko od obcych osób słyszało, że ono jest niedobre, niegrzeczne itd. Nie chcę, żeby ktokolwiek go szufladkował i oceniał w ten sposób jako człowieka. Mogą ocenić jego zachowanie, proszę bardzo, nawet powinny mówić mu, że tego i tamtego nie wolno, że to, co zrobił, było niemiłe dla innych, ale jak jeszcze raz usłyszę, że był niegrzeczny, to zrobię awanturę. A nie ma nic gorszego od awanturującej się ciężarnej;)
A propos, jestem już szczęśliwe w drugim trymestrze i urósł mi już brzuszek. Ciągle pracuję, ale w kratkę, bo albo ja jestem chora, albo Ryś. Na zwolnienie planuję iść w ostatnim tygodniu sierpnia. Czuję się bardzo dobrze, więc nie widzę sensu siedzenia w domu, zwłaszcza że na tej wsi jestem zupełnie sama i po prostu mi się nudzi. A pracę mam fajną, lekką, zawsze to miło wypić kawkę z dziewczynami i się trochę pośmiać.
Jesteśmy już po badaniach prenatalnych. Wygląda na to, że maluch jest zdrowy, na pewno bardzo foremny:) Niesamowite jest oglądać go/ją na usg, teraz, jak już dokładnie widać, rączki, nóżki, główkę...no nie mogę powstrzymać wtedy łez.


niedziela, 10 czerwca 2018

Ciąża po in vitro


Fizycznie ciąża po in vitro nie różni się niczym od ciąży naturalnej. Za to na pewno jest okupiona większym stresem i obawami. A w moim przypadku nawet radość nie była tak wielka, jak można by się było spodziewać...Kiedy zobaczyłam te upragnione, od siedmiu lat wyczekiwane dwie kreski, zaśmiałam się, jakbym usłyszała żart, i to nie całkiem dobry. My byliśmy więcej niż pewni, że nigdy nie będziemy mieli biologicznych dzieci. Do criotransferu podeszliśmy teraz, bo chcieliśmy złożyć podanie o drugą adopcję. Ale przed tym chcieliśmy zamknąć definitywnie naszą przygodę z in vitro. Mieliśmy zamrożone dwa zarodki, chcieliśmy je zabrać, wiedząc, że i tak się nie uda, i wtedy ponownie skierować kroki do naszego Ośrodka. Nasze zdziwienie było ogromne, i tak naprawdę na początku po prostu nie wierzyliśmy, że naprawdę nam się udało. Mój mąż, jak pokazałam mu test, powiedział tylko: "Kochanie, zobaczymy, co będzie dalej". Nie "Kochanie bardzo się cieszę", tylko "zobaczymy"...Pierwsza beta potwierdziła ciążę, potem druga, i kolejna, a my nadal wątpiliśmy, że ta ciąża naprawdę jest. Na wizycie, na której pierwszy raz usłyszeliśmy serce naszego dziecka, oboje płakaliśmy. I przez ten moment, kiedy słyszeliśmy te szybkie uderzenia, dotarło do nas, że to się dzieje naprawdę. Ale na chwilę, bo już po wyjściu z gabinetu, kiedy minęło pierwsze wzruszenie, powiedziałam do męża, że może w końcu uwierzę, jak urośnie mi brzuch...
Obok niedowierzania od samego początku ciąży towarzyszył mi ogromny strach. Od dnia transferu miałam dość silne bóle brzucha. I mimo że lekarz potwierdził, że to normalne, że to jest objaw wczesnej ciąży, co chwilę biegałam do toalety pewna, że dostałam miesiączkę i że to już koniec naszej radości. Najgorsze, że było to dla mnie oczywiste. Oczywiste, że tak się stanie. Że przyjdzie nam uporać się z kolejną porażką, z kolejnym rozczarowaniem. Jak na złość, pierwszy trymestr jest dla mnie wyjątkowo łaskawy, nie mam mdłości, i generalnie żadnych dolegliwości ciążowych, tym trudniej było mi uwierzyć, że jestem w ciąży. Ale jestem. Każdy kolejny tydzień, każda wizyta potwierdzająca prawidłową ciążę mi to uświadamia. Właśnie zaczęłam 10 tydzień i czuję się bardzo dobrze. Bóle brzucha minęły, piersi przestały się mieścić w staniku i teraz już bez strachu mogę powiedzieć, że spodziewam się dziecka♥ Bo teraz już wierzę, że wszystko będzie dobrze.
Niesamowite są reakcje naszych najbliższych! Ich radość jest tak szczera, że ciężko ją ukryć, są łzy, są gratulacje. Ale są też komentarze, że oni wiedzieli. Oni wiedzieli, że tak będzie. Że teraz, jak już adoptowałam, to się "odblokuję", oni wiedzą, bo tak jest "zawsze". I oni mówili, że teraz to już "na pewno zajdę". Tak jakby nasza niepłodność była wynikiem blokady w mojej głowie. No nie. Inna sprawa, że nie mówimy wszystkim, że to ciąża dzięki in vitro. Wie tylko nasza najbliższa rodzina. Te komentarze mnie denerwują, ale nic nie mówię. Bo ci, którzy je wygłaszają, też się bardzo cieszą.
Teraz czekają nas badania prenatalne, za które nie płacę z racji wieku. I oczywiście, jest to kolejny powód do stresu.
Ale teraz tego stresu jest już dużo mniej. Teraz nawet pozwalam sobie na wizualizacje i widzę siebie jesienią, już na zwolnieniu, na tarasie, z książką w ręku, opartą o ciążowy brzuszek...

A w kolejnym poście napiszę Wam, co u Rysia, bo biedak ciągle choruje i w ogóle żłobek mocno odbija się na jego emocjach...

czwartek, 24 maja 2018

Coming back, coming out:)

Powinnam się chyba wytłumaczyć z tak długiej przerwy od blogowania. Chociaż, jak to zwykle bywa, powody są prozaiczne. Otóż najpierw nie miałam za wiele czasu, a potem czekałam na potwierdzenie pewnej wiadomości:) Do napisania mam sporo, bo niemało się wydarzyło przez ten miesiąc. Ale czasu nadal nie przybywa, więc się streszczę w jednym krótkim, acz treściwym poście;)
Po pierwsze żłobek Rysia. Był płacz, bunt, sporo emocji, i oczywiście choroby. Aktualnie borykamy się z gorączką po 40 stopni codziennie i zapaleniem migdałków, chwilę wcześniej było zapalenie oskrzeli. Nie wspomnę o katarze, bo to chyba taki atrybut żłobkowicza...Mały płacze przy odprowadzaniu, ale później na szczęście się uspokaja i chętnie bawi się z dziećmi. Zrobił duże postępy, gada jak najęty, oczywiście w sobie tylko znanym języku, ale mówi, co nas bardzo cieszy. W maju postawił też swoje pierwsze kroczki. Na razie ciągle są to pojedyncze zrywy, niezdarne i chwiejne, ale ma jeszcze czas. Jestem z niego bardzo dumna.
Po drugie moja praca. Wróciłam 7 maja i do tej pory ciężko mi się odnaleźć. Musieliśmy zupełnie przeorganizować nasze życie. Wstajemy o przeraźliwie wczesnej godzinie, bo 5:30 to dla mnie praktycznie środek nocy. Pracuję do 15h i migiem jadę po małego, spacer, obiad, kąpiel i dzień się kończy. A ja ciągle szukam tego czasu, który mieliśmy wcześniej tylko dla siebie. Teraz moje dziecko większą część dnia spędza z dala ode mnie i to mnie naprawdę smuci.
Po trzecie kriotransfer. Pisałam o nim jakiś czas temu, podeszliśmy do niego 23 kwietnia. Dziewięć dni później zrobiłam test ciążowy. Dziś jestem w 7 tygodniu ciąży i noszę w brzuszku centymetrowe Rysiątko z mocno bijącym serduszkiem:)
Ryś będzie miał rodzeństwo:)

piątek, 20 kwietnia 2018

Biszkoptowe muffinki

Dziś proponuję Wam proste jajeczne biszkopciki, upieczone w muffinkowych kokilkach. Są pyszne i...ładne☺️


Biszkoptowe muffinki

2 jajka
2 łyżki mąki
1 banan
pół łyżeczki sody oczyszczonej

Oddzielamy żółtka od białek, białka ubijamy na sztywną pianę. Banana rozgniatamy i mieszamy z żółtkami i mąką z sodą oczyszczoną. Do masy bananowej dodajemy ubitą pianę i delikatnie mieszamy. Ciasto przekładamy do foremek, pieczemy w nagrzanym do 180 stopni piekarniku przez ok 15 minut. Po tym czasie uchylamy piekarnik i pozwalamy biszkoptom wystygnąć. 
Enjoy!

środa, 11 kwietnia 2018

Kochać, jak to łatwo powiedzieć

Ostatnio przeczytałam komentarz, że więź i miłość do dziecka pojawiają się od razu. Komentarz ten był skierowany do pewnej świeżo upieczonej mamy adopcyjnej, która czekała na pierwsze spotkanie ze swoim dzieckiem. I pomyślałam sobie wtedy, że takie myślenie jest dość popularne i może niestety skrzywdzić rodziców adopcyjnych. Bo to nie jest prawda. To "coś" nie zawsze pojawia się od razu...Rzadko bywa tak, że widzimy dziecko i jest wielkie wow i magia. A niektórzy tego się spodziewają i martwią się, gdy przy pierwszym spotkaniu ich uczucia są zgoła odmienne. Zastanawiają się wtedy, czy na pewno są gotowi, czy na pewno wszystko z nimi w porządku, czy będą w stanie to dziecko pokochać. Będą. Ale na to trzeba czasu. Miłość i więź rodzą się długo, często w bólach i złości. Tę więź trzeba wypracować, wymaga to od rodziców cierpliwości i wytrwałości. Dzieci porzucone są skrzywdzone, mają traumę i często wiele już w życiu przeszły. Potrzebują czasu, żeby przyzwyczaić się do nowej sytuacji, poznać tych obcych ludzi, którzy mają być od teraz ich mamą i tatą, zaufać, pokochać. Ktoś ładnie napisał, że są "jak bure misie, które rozkwitają jak róże", otoczone miłością. Ale tej miłości też trzeba się nauczyć. I przede wszystkim, dzieci muszą być pewne, że tę miłość otrzymają i same mogą ją dać w stu procentach. A wcześniej mogą nas sprawdzać na wszystkie sposoby. Mogą się złościć, mogą psuć, mogą prowokować. W ten sposób będą chciały się upewnić, że nikt ich nie odda, że są bezpieczne i kochane.

Oczywiście życie pisze różne scenariusze. Na pewno są rodziny, w których więź narodziła się od razu, gdzie dzieci od razu poczuły się jak domu i od razu zaakceptowały nową sytuację i nowe życie. Ja jednak skłaniam się ku teorii, że nawiązywanie relacji musi trochę potrwać.
Nawet w przypadku adopcji noworodka.
Mojego syna poznałam, jak miał zaledwie kilka dni i był naprawdę przepięknym dzieckiem. Jak zobaczyłam go po raz pierwszy, nie mogłam opanować łez i wzruszenia. Ale nie boję się powiedzieć, że na początku wcale go nie kochałam. Musiałam się tego nauczyć. To nie było tak, że miłość macierzyńska wybuchła od razu jak pąki na drzewach po pierwszym deszczu w wiosenny dzień. Nie. To uczucie budziło się do życia z każdym jego uśmiechem, nową umiejętnością, spojrzeniem, przytuleniem. Na początku mówiłam sobie, że go kocham, bo to moje dziecko, a swoje dzieci się kocha. I kochałam go w głowie. Ale fizyczną miłość poczułam po wielu miesiącach spędzonych razem, i czuję ją dziś każdą komórką mojego ciała. I ta miłość z dnia na dzień jest coraz większa. I każdego dnia jest inna. Bo Ryś się zmienia. Świadomie się do mnie przytula, wieczorem przed snem kładzie mi głowę na piersi i jest to nasza najwspanialsza chwila w ciągu całego dnia. Wcześniej tego nie robił i dziwię się cały czas, ile nowych uczuć wzbudzają we mnie właśnie takie jego nowe zachowania. Mówi mama, co cały czas bardzo mnie rozczula.
Na wszystko potrzeba czasu. Na miłość również. Nie wymagajmy od siebie od razu uczuć, które mają prawo dopiero się w nas rodzić. Dajmy czas sobie i swoim dzieciom. Bądźmy obok, zapewniajmy poczucie bezpieczeństwa, troskę, swoją obecność, a więź się narodzi i będzie mocna i nierozerwalna.


środa, 28 marca 2018

Bananowy song:)

Kochamy placuszki! Więc dzielimy się przepisem:) Smacznego!


Placuszki bananowe

  • 1 banan
  • 3 łyżki płatków owsianych
  • 2 jajka
  • 1 łyżka mąki
  • 1 łyżka zmielonych migdałów
  • pół łyżeczki sody oczyszczonej
Banana, jajka i płatki owsiane zmiksować na gładką masę. Wymieszać z mąką, migdałami i sodą oczyszczoną. Ja do połowy masy dodałam kakao. Placuszki można polać miodem (po roku), podać z jogurtem naturalnym, domową konfiturą.










poniedziałek, 26 marca 2018

There is no place...?

Tak mówią. Że wszędzie dobrze, ale w domu, wiadomo. Zawsze jak wracam z Francji, czuję ogromny niedosyt, żal i po prostu tęsknię. Jest mi tam naprawdę bardzo dobrze. Nie w Paryżu, nie na Lazurowym Komercyjnym Wybrzeżu, ale właśnie w tej sielskiej, wiejskiej, deszczowej, wietrznej Bretanii. Życie płynie tam zupełnie inaczej. Ludzie są inni, spokojni, nigdzie się nie spieszą, są niesamowicie uprzejmi i mili. Zawsze jak tam jesteśmy, dziwimy się ogromnie, jak łatwo jest spotkać uśmiechniętego sprzedawcę, który zawsze pożyczy ci miłego dnia, podziękuje z szerokim uśmiechem, zapyta, jak się czujesz. I jak to możliwe, że to, co powinno być naturalne, jest tak trudne w naszym kraju? Dlaczego tylu tu ponuraków? Dlaczego ludzie na poczcie, w urzędzie itd. zachowują się, jakby robili ci wielką łaskę? Dlaczego na moim własnym osiedlu sąsiedzi nie mówią sobie "dzień dobry"? Zawsze jak wracam, jestem trochę rozdarta. Bo chciałabym tam żyć. Z drugiej strony nie chcę zostawiać mojego życia tutaj, domu, rodziny. Może kiedyś...póki co muszą wystarczyć mi wakacje.
Ryś lot zniósł całkiem dobrze, gorzej z nami. Umęczył nas bardzo, zwłaszcza w drodze powrotnej, bo przez strajki nasz lot był opóźniony i przesiedzieliśmy w uziemionym samolocie dodatkową godzinę. Plus dwie godziny lotu. A moje dziecko nie należy do spokojnych maluchów. On MUSI się ruszać:) Było ciężko, bo tam niestety nie mógł. Ale jakoś daliśmy radę.
Sam nasz pobyt u teściów był bardzo udany. Dziadkowie zorganizowali dla małego urodziny, zaprosili rodzinę, wypiliśmy szampana za jego zdrowie. On nacieszył się dziadkami, a dziadki wnukiem. Raz udało nam się nawet wyjść na kawę, toż to prawie randka! Ryś został wtedy z babcią i bawił się tak dobrze, że nawet nie zwrócił na nas uwagi, gdy po trzech godzinach wróciliśmy do domu. Było naprawdę bardzo sympatycznie.
A teraz powoli wracamy do naszej rzeczywistości. Od kwietnia zaczynamy adaptację w żłobku, a 2 maja wracam do pracy. Nie chcę, tak bardzo nie chcę...
Kilka zdjęć z naszej podróży:













wtorek, 20 marca 2018

Welcome Little One💗

To było dokładnie rok temu, a jakby wczoraj.
Pamiętam każdą minutę. Mogłabym odtworzyć ten dzień ze wszystkimi szczegółami.
Pamiętam, w którą bramę się schowałam, żeby móc spokojnie (no dobra, nie było w tym spokoju) porozmawiać z ośrodkiem i żeby ludzie nie widzieli moich łez.
Pamiętam, jak trzęsły mi się ręce, jak nie mogłam wydusić słowa, a łzy płynęły i płynęły...
Pamiętam, że zebrałam się w sobie i zapytałam w końcu, czy jest zdrowy i kiedy możemy go zobaczyć.
Pamiętam plakietkę fizjoterapeuty, na którą się gapiłam. Mówił coś do mnie, a ja w myślach powtarzałam "Chłopie, kończ, jestem mamą, jestem mamą, jestem mamą..."
Pamiętam po kolei wszystkie telefony, które wykonałam zaraz po tym, jak dowiedziałam się, że odnalazło się moje dziecko.
Pamiętam nawet, gdzie stałam lub przejeżdżałam w chwili każdego z nich. Najpierw mama, później szef, następnie Natalia. Wszystko to na emocjonalnym rollercoasterze. Wracając do domu wstąpiłam do Biedronki po pieluchy, za małe kupiłam.
Wieczorem poszłam do pokoju, który właściwie był gotowy i czekał na małego lokatora, zapaliłam bawełniane kule, jak robiłam to już wiele razy wcześniej i znów się rozpłakałam. Że to już.
Radość, szczęście, niedowierzanie, trochę strach, ciekawość - wszystkie te uczucia mieszały się w moim sercu, ale jedno wiedziałam, że to na pewno jest nasz Syn.
Potem wszytko potoczyło się tak szybko, kolejnego dnia najpierw zobaczyliśmy jego zdjęcie. Płakałyście kiedyś ze szczęścia tak, że szlochałyście? Że radość chciała rozerwać Wasze serca? Ja tak, właśnie wtedy, a jeszcze nawet nie widziałam go na żywo. Ale za chwilę zobaczyłam. To była najpiękniejsza chwila w moim życiu... Kiedy wzięłam na ręce to małe zawiniątko, kiedy dotknęłam tych czarnych włosków, kiedy otworzył te oczy ciemne jak węgle i spojrzał na mnie, przepadłam. Od dawna już nie kontrolowałam łez. Mój Syn. Moje dziecko. Miał tydzień i był przepięknym, zdrowym, silnym chłopcem.

Dziś to małe zawiniątko ma rok i okazało się całkiem charakternym chłopczykiem:) Mówi "mama" i daje mi mnóstwo radości.

Zmieniłeś nasze życie mały chłopczyku, sprawiłeś, że razem tworzymy coś wspaniałego, rodzinę na dobre i złe. Wypełniłeś pustkę, osuszyłeś łzy, pomalowałeś nasz świat tysiącem kolorów. Kocham Cię.
Pierwsze zakupy:)
 Z mamą jeszcze w szpitalu:)
 I z tatą:) 
 No i ze wzruszoną babcią:)
 I wreszcie w domu💗

wtorek, 13 marca 2018

Ahoj przygodo!

Drogie e-ciocie, mój syn jest już rocznym chłopcem... Chyba z tej wzniosłej okazji w dzień swoich urodzin co chwilę mówił "mama, mama, mama"😍 Jestem wdzięczna losowi, że dał nam taki piękny prezent. I będę za niego dziękować co dzień do końca życia.

 Za moment lecimy do dziadków, tam odbędzie się druga już roczkowa impreza. Sam lot nie będzie wyjątkowo długi, ale musimy dojechać do Berlina, więc cała podróż trochę się przez to wydłuży. Do tej pory wyjechaliśmy z Rysiem raz, miał wtedy niecałe dwa miesiące. To były czasy, kiedy jazda samochodem była dla nas wszystkich katorgą, bo mały zanosił się w foteliku. Teraz na szczęście lubi jeździć, bardzo szybko zasypia. Mamy zamiar wyjechać przed jego drzemką, mając nadzieję, że większość trasy prześpi. Jest na to spora szansa, bo zaraz koło nas wskakujemy na autostradę i pędzimy nią do samego Berlina. Będziemy jechać, dopóki się nie obudzi, wtedy przerwa na jedzenie i dalej w drogę. Na lotnisku kolejne karmienie, i już w samolocie butelka. Z Berlina wylatujemy o 19:20, na miejscu będziemy przed 22. Liczę na to, że i tu Ryś będzie spał. Ja spokojnie zażyję relanium. Taki jest plan, a jak to będzie w rzeczywistości, opiszę jak wrócimy.
Auto zostawiamy na parkingu niedaleko lotniska, stamtąd pojedziemy busem, który jest wyposażony w fotelik. Na miejscu wyjedzie po nas teściowa, ma mieć fotelik pożyczony od siostry męża. Od niej będziemy też mieli łóżeczko turystyczne. Specjalnie na tę okazję zakupiliśmy spacerówkę, używaną, za całe 100 słownie sto złotych. To nasz trzeci wózek, nasza spacerówka jest za ciężka i nie moglibyśmy wziąć jej do samolotu. Wezmę też nosidło, może przyda się na miejscu. Mamy podgrzewacz samochodowy plus przejściówkę z 12 na 220 V, to może na lotnisku uda się podgrzać jeszcze wodę na mleko. Ryś ma już wyrobiony dowód.
Mam znajomych, i to kilku, którzy z półrocznym dzieckiem podróżowali do Japonii, to i nam się uda, bo nasza trasa i krótsza, i mniej skomplikowana logistycznie. Przyznaję bez bicia, że najbardziej boję się o siebie. Strach przed lataniem to jednak kiepska sprawa. Co ciekawe, pierwszy raz będę lecieć z mężem. Do tej pory unikaliśmy podróży samolotem, na wakacje jeździliśmy autem, a latałam sama w ostateczności, czyli służbowo. Myślę, że jednak podróż z dzieckiem zmobilizuje mnie do opanowania tego irracjonalnego lęku. Tyle że on jest właśnie zupełnie irracjonalny, więc może być różnie...no boję się kurde jak cholera! Trzymajcie kciuki.
Za to jak już dolecimy, to na pewno sobie to solennie wynagrodzę, jedząc regionalne smakołyki, wdychając czyste oceaniczne powietrze (jakże to będzie miła odmiana dla naszych płuc), podziwiając piękne widoki i spacerując po plaży. A co;)

"Z badania, zleconego przed okresem wakacyjnym przez Spotify, muzyczny serwis internetowy, wynika, że „Someone Like You” w wykonaniu Adele jest doskonałą piosenką dla osób obawiających się lotu samolotem. Wpływa na to jej tempo (67 uderzeń na minutę ) oraz harmonijne tony."
źródło

No to lecimy:)



poniedziałek, 5 marca 2018

Już za chwilę, za momencik...

Patrzę na moje dziecko i wierzyć mi się nie chce, że zaraz skończy rok. Kiedy to minęło? Przecież jeszcze niedawno spacerowaliśmy w gondoli. Martwię się o niego, standardowo. Mam wrażenie, że jest w nim dużo złości. Czy wszystkie dzieci tak mają? Czasem tak się denerwuje, że bije na oślep rączkami. Może to normalne, nie wiem. Ludzie myślą, że największe ryzyko przy adopcji noworodka to ten czas, kiedy biologiczna mama na swoje prawa rodzicielskie i może chcieć, żeby dziecko do niej wróciło. Ale dla mnie prawdziwa niepewność zaczyna się teraz. Obserwuję Rysia i cały czas się zastanawiam, czy pewne zachowania wynikają z wieku, czy może mają inne podłoże. Fizycznie póki co wszystko jest w porządku, nawet ta mowa już mnie tak nie martwi, bo zaczyna tworzyć sylaby. Ale emocjonalnie nie wiem. Patrzę na inne dzieci i wydają mi się takie łagodne, a Ryś to taki mały łobuziak. Nie znosi, gdy czegoś mu się zabrania. Wiem, jak to brzmi, i że napiszecie, że wszystkie dzieci tak mają. I pewnie tak jest, ale ta jego złość czasem mnie zastanawia. Jakie skutki mogły mieć dni, które spędził sam w szpitalu, z odparzoną do krwi pupą, wrzeszcząc, gdy był głodny? Do tej pory zanosi się przy płaczu. Za każdym razem. Usta robią mu się sine. Dmucham mu zawsze w buzię, bo autentycznie boję się, że zemdleje. Staram się z nim być, dużo przytulać, nosić, ale i tak czasem ma straszne nerwy. Może taki jest jego charakter, może to taki etap, nie wiem. Wierzę w to, że to my, rodzice, tworzymy człowieka. Nie geny. To my pokazujemy, co jest dobre, a co złe. To my tłumaczymy, że nie wolno bić, ale pozwalamy także na demonstrowanie negatywnych emocji. Powinniśmy jednocześnie umieć je pochłaniać i zamieniać na dobrą energię, a potem oddawać w postaci pozytywnych uczuć, poczucia bezpieczeństwa w każdej sytuacji, bliskości i miłości. Nie jest to łatwe. Przykro mi, jak Ryś mnie odpycha, jak próbuję go przytulić, ale wiem, że on tak naprawdę nie robi nic złego. I dalej go przytulam, mojego niemalże roczniaka❤

Czytam właśnie biografię Steve'a Jobsa. Syn pół-Niemki i Syryjczyka, oddany do adopcji jako noworodek. Trafił do bardzo dobrej, kochającej rodziny, a mimo to całe życie ciążyła nad nim trauma porzucenia. Nigdy nie pogodził się z tym, że rodzice go oddali, tym bardziej, że wychowali jego biologiczną siostrę. Jego niesamowita historia pokazuje, że naprawdę nie geny tworzą człowieka, a wychowanie. To adopcyjny ojciec Jobsa, stolarz, wpoił mu zasadę, że wszystko co robi, musi być perfekcyjne, nawet szczegół, którego nikt nie zobaczy, jak tylna ściana komody. Dzięki temu dążeniu do ideału Jobs stworzył najpotężniejszą firmę technologiczną na świecie. To dzięki temu odważył się na rzeczy z pozoru niemożliwe, mało tego, powodował, że inni przekraczali swoje granice. Jak w tej reklamie, "Do what you can't". Dla niego wszystko było możliwe. Kiedyś opowiem o nim Rysiowi, bo to naprawdę niesamowity człowiek. Polecam jako lekturę na jeszcze chłodne, ale już prawie wiosenne wieczory.

piątek, 23 lutego 2018

Eksperyment na gryc(z)ance😉

Przepis ten dedykuję Kajmaniaczce😁


Gryczana na słodko

  • pół szklanki kaszy gryczanej
  • pół szklanki soku jabłkowego
  • pół szklanki wody
  • jedna suszona morela
  • pół gruszki
  • szczypta cynamonu
  • szczypta kurkumy
  • pół łyżeczki miodu
  • łyżeczka kakao
Jakoś tak nudno się zrobiło ostatnio przy tych naszych śniadaniach, tylko ryż-jaglana-jajka-ryż-jaglana-jajka... Poza tym Ryś jest chory i niestety, ma mały apetyt. Doprowadza mnie to do szaleństwa i skrajnej paniki, bo z mojego łakomczuszka nagle zrobił się niejadek. I już mam wizje, że chudnie, że ma anemię, że jest głodny itede itepe. Oczywiście wiem, że zagłodzić się nie da, ale i tak panikuję, jak to ja. Dodatkowo przy chorobie wyłażą mu kolejne zęby, i to też nie wzmaga apetytu. No więc kombinuję. I tak wykombinowałam tę gryczankę. Był to nasz miodowy debiut, wprawdzie Ryś jeszcze nie skończył roku, ale miód mamy "swój", z dobrego źródła, więc dodałam pół łyżeczki. 

Wodę i sok zagotować, dodać gruszkę startą na dużych oczkach, przepłukaną kaszę, pokrojoną drobno morelę, cynamon i kurkumę. Gotować 10 minut lub dłużej, aż kasza wchłonie cały płyn. Kilka minut przed końcem dodać kakao. Troszkę ostudzić i dodać miód.
Bałam się tego eksperymentu, bo nigdy nie jadłam kaszy gryczanej na słodko, ale była naprawdę smaczna! Mała rączka wyciągała się niecierpliwie do talerza, jak robiłam zdjęcie, tak Rysiowi smakowało:)



poniedziałek, 19 lutego 2018

Rabarbarowe lato w słoiku

Robicie przetwory? Pewnie nieczęsto. Bo trudno, bo długo, bo się nie chce.
Ale ten przepis musicie wypróbować! Zrobienie tej konfitury zajmuje chwilkę, a smak...mmm, pychotka:)
Przepis jest mój własny tym razem:)


Konfitura z rabarbaru


  • 1 kg rabarbaru 
  • 250 g cukru
  • kilka ziaren kardamonu

Rabarbar myjemy, odcinamy końcówki, jeśli mamy niezbyt młode łodygi, możemy je obrać, ale nie jest to konieczne.  Kroimy na kawałki ok. 1 cm.  Rabarbar razem z cukrem umieszczamy w dość płytkim i szerokim rondlu i smażymy, aż rabarbar się rozpadnie. Zdziwicie się, jak szybko to nastąpi:) Pod koniec dodajemy przetarty w moździerzu kardamon. Przekładamy do czystych, suchych słoiczków, dobrze zakręcamy, ustawiamy do góry dnem i zostawiamy tak na noc. Po tym czasie dekielki powinny się zassać:) 
Z tej ilości składników wyjdą nam dwa, trzy słoiczki. Jeśli ktoś lubi słodsze konfitury, można dodać więcej cukru. Dla nas ta ilość jest w sam raz. Ryś ze smakiem oblizuje łyżeczkę:)
Zapiszcie sobie ten przepis i wróćcie do niego latem, bo warto. Przygotowanie tej konfitury nie jest praco ani czasochłonne, a cudownie jest poczuć lato w bure, zimowe dni. No i jest po prostu pyszna:)